Reklama

Walc „Melanii”: Trump, Jackson, Bezos i prawdziwi Amerykanie

Reklama
TYLKO NA

A gdybym napisał, że „Melania” – nakręcony za wywrotkę dolarów dokument o codziennym heroizmie oraz odświętnej introspekcji Pierwszej Damy Stanów Zjednoczonych – to najlepszy film, jaki widziałem od dawna?

Światowa premiera filmu "Melania"
Pierwsza Dama Melania Trump podczas premiery filmu w Trump-Kennedy Center, styczeń 2026 / fot. Allison Robbert / AP Photo / East News (fot. Allison Robbert / East News)

Żartowałem. Jest najgorszy. „Wchodząc do Kapitolu, poczułam ciężar historii spleciony z moją własną drogą imigrantki. Przypomniałam sobie, dlaczego tak bardzo szanuję ten kraj” – wyznaje jego bohaterka. Wciąż myślicie, że to moje żarty są kiepskie?


Reklama

Pierwsza dama tańczy sama

24 stycznia w Minneapolis z rąk służb celno-imigracyjnych ginie obywatel USA – to drugi taki przypadek w miesiącu. Tego samego dnia, w Białym Domu, prezydencka para ogląda przedpremierowo „Melanię” na „kameralnym” pokazie dla 70 osób. Wśród zaproszonych są Rania, królowa Jordanii, Erika Kirk, Mike Tyson, guru motywacyjny Tony Robbins oraz prezes firmy Apple Tim Cook. Nieobecność reszty szefostwa big techów trudno odczuć, skoro większość z nich zadaje szyku na ekranie.  

Na ulicach koncert na sto karabinów, u Trumpów orkiestra wojskowa. Słychać „Walc Melanii”, skomponowany przez czwartoligowego hollywoodzkiego wyrobnika Tony’ego Neimana (dajcie sobie chwilę, by ta informacja przylgnęła do waszej kory mózgowej). Ludzie protestują, internet się śmieje, członkowie ekipy filmowej próbują usunąć swoje nazwiska z czołówki, zaś kiniarze dochodzą do wniosku, że dosłownie i w przenośni, nie ma na co liczyć. Wisienka na torcie – film jest okropny. Wszyscy przegrywają. Większości się należy.

W normalnych okolicznościach tragedia potrzebowałaby czasu, żeby zamienić się w farsę. Tłoki historii musiałyby pracować wystarczająco długo, by towarzyszący takiej premierze kontekst polityczno-społeczny stał się pieśnią przeszłości. Nie żyjemy jednak w „normalnych okolicznościach”, tylko w centrum wielkiej kompresji czasu. To, co dziś jest koszmarem na jawie, jutro staje się puentą żartu z brodą.


Reklama

Skoro komedia sceniczna, gospodarze late night shows oraz scenarzyści „South Parku” nie nadążają za tym teatrem absurdu, to czemu mielibyśmy pokładać nadzieję w Melanii Trump?


Reklama

Łańcuszek nieszczęść

Ćwiczenie intelektualne, które mimowolnie uprawia się w trakcie seansu „Melanii”, to klasyczna myślowa pułapka. Możesz gdybać do skutku, lecz na końcu tej drogi czeka jedynie niemoc.

A co, gdyby film nie był relacją z Wersalu, tylko opowieścią o wyrzeczeniach w drodze na szczyt? Gdyby nie wyreżyserował go Brett Ratner – facet, którego kariera wytraciła pęd na długo przed tym, zanim sześć kobiet oskarżyło go o molestowanie seksualne? Gdyby w równaniu zabrakło rodziny Ellisonów z Paramount Skydance, którzy na prośbę Trumpa wskrzeszają rzeczoną karierę? Gdyby Jeff Bezos nie przeznaczył 35 mln dol. na produkcję filmu i kolejnych 40 mln na jego promocję? Gdyby 28 mln dol. gaży nie zainkasowała sama Melania? Gdyby premiera nie odbyła się w Trump Kennedy Center, które prezydent przekształca właśnie w „świątynię rozrywki” (jak mniemam w zgodzie z własnymi kanonami estetycznymi)? Gdyby całość spełniała podstawowe założenia kina faktu, a nie propagandowej czytanki? 

Kto wie, być może Martin Scorsese był zajęty, włodarze Amazona nie liczą drobniaków, a propagandę da się przebrać za coś szlachetniejszego. ”It is what it is” – mawiają Amerykanie. Sugerowanie, że przy odmiennej koniunkcji gwiazd „Melania” byłaby czymś więcej niż hagiografią, wydaje się naiwnością. Tak jak mówiłem – wszędzie niemoc.  


Reklama

Moja żałoba jest piękniejsza niż twoja

Film rozpoczyna ujęcie z drona frunącego nad posiadłością Mar-a-Lago, czego następstwem jest kolaż scenek rodzajowych z życia Pierwszej Damy.    Melania zamienia prywatne odrzutowce na limuzyny, „załatwia biznesy”, w chwili oddechu dzieli się z reżyserem swoim gustem muzycznym.


Reklama

Choć szlagier Rolling Stonesów „Gimme Shelter” nadaje się na ilustrację ciała w bezustannym ruchu, smak tych scen jest raczej kwaśnawy. O ile dobrze pamiętam, Mick Jagger i Keith Richards napisali piosenkę w akcie rozczarowania światem na krawędzi politycznego chaosu. Nie bez powodu słyszeliśmy ją w tylu filmach o pułapkach amerykańskiego dżingoizmu. 

Fakt, że ironia jest twórcom filmu obca, jakoś specjalnie mnie nie dziwi. Rytmu nie wybijają tu Stonesi, tylko czerwone louboutiny Melanii. Ewentualnie Michael Jackson, którego „Billie Jean” staje się czymś na kształt magdalenki – zarówno dla bohaterki, jak i dla samego reżysera. Przypomnę tylko, że Ratner tańczył z Jacksonem do piosenki „Ignition” R. Kelly’ego w słynnym wiralowym filmiku. Niemal każda scena dokumentu to pole minowe pełne takich niewybuchów; zignorowanych kontrowersji, problematycznych tematów, symboli, postaci, wydarzeń. 


Reklama

„Szalony dzień” Melanii kończy się wraz z pierwszym monologiem: „Wszyscy na to czekaliście. Oto dwadzieścia dni mojego życia. Jako żony, biznesmenki, filantropki oraz – po raz drugi – Pierwszej Damy Stanów Zjednoczonych”.


Reklama

Komentarze w stylu „Hej, ale to ty dzwonisz!” są zabawne i jednocześnie nieco przestrzelone. Może nie „wszyscy”, ale ktoś poza republikańskim elektoratem jednak na tę biografię czekał. Melania Trump wciąż funkcjonuje w popkulturze jako enigma. Jest konstruktem wzniesionym na filarach „chłodnych” znaków – powściągliwej ekspresji, ostentacyjnego milczenia, silnej modowej stylizacji, trudnej przeszłości w kraju urodzenia. Niby wiemy o niej sporo, ale wciąż za mało i będę się upierał, że jest to temat przez spore „T”. 

Posypka na torcie samozachwytu

Sęk w tym, że samej zainteresowanej, mówiąc kurtuazyjnie, słucha się z trudem. Kolejne monologi nie wnoszą nic wartościowego, nawet pomimo faktu, że słowa płyną tu jak z przyciśniętego palcami szlauchu. Po części dlatego, że przyjęta konwencja wymusza na niej opowieść o hartowaniu stali. Zaś po części dlatego, że napisane przez dział PR pretensjonalne frazy podaje tonem beznamiętnego cyborga.

Ratner nie jest w tym układzie ani partnerem w dyskusji, ani skrytym w cieniu biografem. Jest natomiast połączeniem uniżonego fana oraz dworskiego grajka. To niebezpieczny miks – choćby dlatego, że na naszych oczach tworzy się coś w rodzaju alternatywnego hollywoodzkiego obiegu. Wyłączając filmy bazujące w całości na licencjonowanej muzyce, „Melania” jest dziś najdroższym dokumentem w historii kina.  


Reklama

Kolejne spotkania z dekoratorami wnętrz oraz przymiarki ciuchów przeplatają się z półprawdami na temat własnych dokonań (o samej „przedsiębiorczości” bohaterki można byłoby nakręcić kilka dokumentów) oraz naskórkową opowieścią o matce, żonie, córce i dobrej kumpeli ściśniętych jedną garsonką. Sceny spotkań z Brigitte Macron oraz zakładniczką Hamasu Avivą Siegel trudno nazwać kontrapunktem – to raczej posypka z lukrecji na słodziutkim torcie samozachwytu.


Reklama

W tle trwają przygotowania do inauguracji prezydenckiej, która w obiektywie Ratnera i w ustach Melanii urasta do rangi przeprawy Izraelitów przez Morze Czerwone. Bohaterka maluje portret swojego męża jako wybitnego politycznego gracza, namiestnika prawdziwych Amerykanów oraz męczennika sprawy. Nie ma jednak w jej relacji niczego, co nie mieściłoby się w jego zakodowanym przez popkulturę wizerunku.

Rzadko przeziera zza tej fasady jakiś rodzaj emocjonalnej prawdy. Najbliżej Melanii jesteśmy, gdy ta opowiada o żałobie po swojej matce. Ale nawet wtedy kamera obcałowuje ją tak, jakby śmierć miała swoich faworytów. Jeśli są w filmie pozy i gesty uwolnione spod żelaznego rygoru choreografii, operator robi wszystko, byśmy ich nie zauważyli.

Triumf boli

Ponieważ „Melania” otworzyła się w amerykańskich kinach na 7 milionów dolarów, w sprzyjających prezydenckiej parze mediach mówi się o kasowym sukcesie. Nic bardziej mylnego. Przy blisko 75-milionowym budżecie (włączając koszty promocji i prawa do streamingu), to raczej sromotna porażka. Z tym zastrzeżeniem, że trudno na obecną chwilę wywróżyć, jak długie nogi film będzie mieć na platformie Amazona.


Reklama

Z drugiej strony, porównania do „Triumfu woli” Leni Riefenstahl w mediach nieprzychylnych prezydenckiej parze uważam za chybione. Abstrahując od jakości filmowej roboty, to jednak zupełnie inna skala szkodliwości historycznej oraz, przepraszam za wyrażenie w tym kontekście, kinowego doświadczenia.


Reklama

Jeśli zatem historia w ogóle zapamięta „Melanię” (w co osobiście wątpię), to raczej jako wielowektorową łapówkę – od Bezosa dla Trumpa, od Ratnera dla Bezosa i od Melanii dla innych zaangażowanych podmiotów. Nie jest bowiem tajemnicą, że korzystając ze swojej firmy producenckiej Muse Films, Pierwsza Dama chciałaby zakraść się do Hollywood od zakrystii.

Pytanie, gdzie w tym wszystkim widz, jest nie tylko retoryczne. Jest też, najzwyczajniej w świecie, głupie.


Reklama