- Zjednoczenie Niemiec miało trwać latami, co najmniej dekadę. Przeprowadzono je w ciągu zaledwie 329 dni.
- Kanclerz Helmut Kohl, walcząc o władzę, wpakował mieszkańców dawnego NRD w liczne ekonomiczne pułapki.
- Choć od zjednoczenia RFN i NRD minęło 36 lat, różnice pomiędzy wschodnią a zachodnią częścią Niemiec są widoczne gołym okiem.
- Przeprowadzone naprędce zmiany odbijają się krajowi czkawką do dziś, a podział – choć formalnie nie istnieje – dawno nie był aż tak widoczny.
3 października 1990 r. Wokół gmachu Reichstagu kłębił się tłum, jakiego Berlin nie widział od dziesięcioleci. Impreza trochę jak sylwester, choć ledwo zaczął się październik. Było wspólne odliczanie do północy i wystrzały fajerwerków. „Einigkeit und Recht und Freiheit // Für das deutsche Vaterland!” – wybrzmiewało dumnie z głośników.
Ludzie śpiewali i tańczyli. Jeśli ktoś płakał, to wyłącznie ze wzruszenia. Kanclerz Helmut Kohl, stojąc w blasku jupiterów, z emfazą obiecywał rodakom ze wschodu, że ich zrujnowana gospodarka już wkrótce przekształci się w „kwitnące krajobrazy”, a na zjednoczeniu nikt nie straci ani feniga. Do stolicy zjechali dziennikarze z całego świata, relacjonując euforycznie „koniec pewnej epoki” i początek nowej.
Lepszej, rzecz jasna.
Dwa światy
Gdy w maju 1945 roku ucichł wreszcie świst pocisków, alianccy zwycięzcy podzielili zrujnowany kraj na cztery strefy okupacyjne. Zgodna współpraca Waszyngtonu, Londynu i Paryża z Moskwą szybko okazała się jednak mrzonką. Wraz z nadejściem zimnej wojny strefy zachodnie zaczęły tulić się pod amerykańskim kocem, a strefa wschodnia została podporządkowana dyktatowi Józefa Stalina.
Czytaj też: AfD i Donald Tusk. Kto naprawdę przyczynił się do sukcesu niemieckiej partii?
W 1949 roku pęknięcie zyskało państwowe ramy: na zachodzie powstała Republika Federalna Niemiec (RFN), na wschodzie – Niemiecka Republika Demokratyczna (NRD). Na jednym narodzie, jak chwilę wcześniej w Korei, rozpoczęto dwa całkowicie sprzeczne eksperymenty cywilizacyjne. Zachód, napędzany planem Marshalla, wolnym rynkiem i zachodnią popkulturą, przeżywał legendarny Wirtschaftswunder – cud gospodarczy, który w ciągu kilkunastu lat uczynił ze zniszczonego kraju potęgę przemysłową.
Na wschodzie tymczasem, pod czujnym okiem radzieckich bagnetów i rodzimej bezpieki (Stasi), budowano socjalistyczną fortecę. Przemysł znacjonalizowano, rolnictwo przymusowo skolektywizowano, a sklepy świeciły pustkami. Różnica w poziomie życia stała się tak rażąca, że do początku lat 60. na zachód przez otwartą jeszcze granicę w Berlinie uciekły prawie trzy miliony najlepiej wykształconych obywateli NRD. Aby zatrzymać krwotok, reżim Waltera Ulbrichta w sierpniową noc 1961 roku postawił pierwszą, prymitywną wersję Muru Berlińskiego – zasieki z drutu kolczastego, które na przestrzeni lat (aż do 1975) stopniowo przekształcały się w betonową, niemożliwą do sforsowania ścianę.
Od tamtej pory całe pokolenia Niemców, choć mówili w tym samym języku, a dzielił ich tylko kawałek muru, dorastały w zupełnie innych światach. Z innymi lekturami szkolnymi, innymi nawykami, innym poczuciem bezpieczeństwa socjalnego i skrajnie odmiennym wyobrażeniem tego, czym w ogóle jest państwo.
A potem zderzono ich ze sobą, przekonując, że wszystko będzie dobrze. Że „wszyscy zyskają”.

Mieszkańcy RFN witają entuzjastycznie braci ze wschodu (fot. David Turnley / Getty Images)
„Może być tylko lepiej”
Technicznie rzecz biorąc, samo „zderzenie” nastąpiło jednak już jakiś czas wcześniej. Pierwszy cios wyprowadził kanclerz Kohl. Pomimo ostrzeżeń ekspertów, grając pod publiczkę i zbliżające się wybory, przeliczył wschodnie marki na zachodnie w relacji jeden do jednego (z pewnymi wyjątkami). Ekonomicznie był to wyrok śmierci na wschodni przemysł. W portfelach było co prawda więcej pieniędzy, ale koszty produkcji skoczyły z dnia na dzień o kilkaset procent, a przestarzałe fabryki z Lipska, Chemnitz czy Magdeburga straciły jakiekolwiek szanse na przetrwanie na wolnym rynku.
Kolejne uderzenie wykonał Treuhandanstalt – potężny urząd powierniczy powołany do sprywatyzowania niemal całego majątku narodowego NRD: ponad ośmiu tysięcy przedsiębiorstw i czterech milionów miejsc pracy. Prywatyzacja, jak w romantycznych książkach do ekonomii, miała oznaczać modernizację, unowocześnienie, dostosowanie do zachodnich potrzeb. Ludzie wmawiali sobie wzajemnie, że przecież są ważni, potrzebni, a ich fabryki to nie lada gratka. I że może być tylko lepiej.
Rzeczywistość okazała się brutalna. Zachodni inwestorzy często kupowali zakłady za symboliczną markę tylko po to, by przejąć ich patenty, zamknąć linie produkcyjne i wyeliminować potencjalną konkurencję. W ciągu zaledwie czterech lat zlikwidowano ponad dwie trzecie miejsc pracy w przemyśle. Miliony dumnych stoczniowców, hutników, włókniarzy i inżynierów z dnia na dzień wylądowały na zasiłkach. Zachodni doradcy grzecznie i cierpliwie tłumaczyli im, że całe zawodowe doświadczenie mogą wyrzucić do śmietnika, a jeśli chcą przetrwać na rynku, muszą zacząć od nowa.
Wschodnie Niemcy zyskały więc, owszem, nowoczesne autostrady, wyremontowane fasady kamienic i zachodnie supermarkety, ale zapłaciły za to całkowitym rozbiciem własnej tkanki przemysłowej.
Obywatele drugiej kategorii
Zapaści ekonomicznej towarzyszył potężny kryzys demograficzny. Po upadku muru ze wschodnich Niemiec masowo wyjeżdżali ludzie młodzi, często dobrze wykształceni, szukający na zachodzie pracy i lepszych perspektyw. Wśród nich głównie dziewczęta, co stworzyło bolesną nierównowagę: wiele było okręgów, w których na 100 mężczyzn przypadało co najwyżej 80 kobiet. A i ci, którym udało się połączyć w pary, wcale nie garnęli się do zakładania rodziny – bieda, niepewność jutra i zmieniającego się świata nie pozwalały spać spokojnie.
Efekt? Wskaźnik urodzeń osiągnął poziomy nienotowane nigdzie indziej w Europie. Likwidowano przedszkola, zamurowywano okna w pustoszejących blokach z wielkiej płyty, a na prowincji zostawali głównie emeryci i zgorzkniali, pozbawieni perspektyw mężczyźni.
Problemów było i jest jednak znacznie więcej. Wschód Niemiec to wciąż prowincja najemców, którzy nie posiadają niemal niczego na własność. Na zachodzie kolejne pokolenia dziedziczą rodzinne domy, pakiety akcji i małe firmy (Mittelstand), a przeciętny majątek jest tam ponad dwukrotnie wyższy niż na wschodzie. Kamienice w Lipsku czy Dreźnie należą w przytłaczającej większości do rentierów z Frankfurtu, Hamburga czy Monachium. Co więcej, w nowych landach – poza Berlinem – do dziś nie ma swojej centrali ani jedna spółka z prestiżowego indeksu giełdowego DAX 40. Wschód pozostał wielką montownią dla zachodnich gigantów, którzy co prawda chętnie stawiają tam hale produkcyjne, ale ośrodki badawcze, strategiczne decyzje i podatki zatrzymują u siebie.
Po 1990 roku zachodnie elity skolonizowały też wschodnie instytucje. Na uniwersytety przyjechali profesorowie z zachodu, w sądach rozsiedli się zachodni sędziowie, w gabinetach lekarskich – zachodni ordynatorzy. Miejscowi szybko ochrzcili ich pogardliwie mianem Besserwessis, czyli „wszystkowiedzących zachodniaków”.
Mimo że zjednoczonymi Niemcami przez szesnaście lat rządziła Angela Merkel, a prezydentem był Joachim Gauck – oboje ukształtowani na wschodzie – zwykli obywatele dawnego NRD wciąż są w krajowych elitach marginesem. Na szczeblu federalnym wschodni Niemcy stanowią ułamek procenta rektorów uczelni, dowódców Bundeswehry czy szefów wielkich mediów. Przez lata budowało to głębokie poczucie poniżenia: wrażenie, że we własnym kraju jest się obywatelem drugiej kategorii, wiecznie pouczanym przez starszego, bogatszego brata.
Podzieleni jak nigdy
Tłumiony przez lata gniew musiał w końcu znaleźć ujście. Mapy wyborcze Niemiec bezbłędnie odtwarzają dziś granice dawnej NRD z czasów zimnej wojny. Tam, gdzie kiedyś rządziła partia komunistyczna, a później przez lata frustrację zagospodarowywała postkomunistyczna Die Linke, dziś triumfy święci skrajnie prawicowa Alternatywa dla Niemiec (AfD) oraz lewicowo-konserwatywny Sojusz Sahry Wagenknecht (BSW).
Czytaj też: System kaucyjny do poprawki. Ministerstwo szykuje zmiany, ale problem jest większy
Głosowanie na radykałów w Saksonii czy Turyngii to nie tylko wyraz tęsknoty za minioną epoką czy sprzeciw wobec kosztów transformacji ekologicznej. To przede wszystkim wotum nieufności wobec zachodniego establishmentu, odrzucenie jego moralizatorstwa oraz manifestacja odmiennej tożsamości. Wschodni Niemcy inaczej patrzą na imigrację, z dużo większym sceptycyzmem podchodzą do NATO, a dekady wymuszonej obecności radzieckiej sprawiły, że ich stosunek do Rosji jest zupełnie inny niż w Nadrenii czy Bawarii.
Mur Berliński runął pod naporem ludzi pragnących wolności i normalności. Jednak scalenie dwóch społeczeństw, które przez niemal pół wieku formowały się w skrajnie różnych warunkach, okazało się zadaniem znacznie trudniejszym niż kilka stuknięć młotkiem w beton. Niemcy mają wspólny parlament, jedną walutę i te same prawa. Wciąż jednak brakuje im poczucia, że obie połowy kraju znaczą dokładnie tyle samo.
Może Cię zainteresuje:


