Reklama
Kraj

Od Piłsudskiego do Zondacrypto. Tak politycy walczą z kryzysami wizerunkowymi

„Na pohybel polskim imperialistom!”, „Ręce precz od Rosji Sowieckiej!”, „Ani jednego naboju dla pańskiej Polski!” – takie hasła rozbrzmiewały na ulicach Londynu, Paryża i Antwerpii latem 1920 roku. W czasach gdy współczesne partie narzekają na czarny PR, warto przypomnieć sobie moment, gdy wizerunkowym wrogiem publicznym numer jeden dla znaczącej części europejskiej lewicy była cała Polska.

Tomasz Czapla
Opinia autorstwa: Tomasz Czapla
Dzisiaj 21:22
20 min
Od Piłsudskiego po Tuska – polscy politycy od stu lat zmagają się z wizerunkowymi kryzysami, choć w zupełnie innej skali. (fot. tło; Piłsudski; Tusk: Getty Images / Kanał Zero)
TYLKO NA

Czy Donald Tusk przed wrześniowym posiedzeniem Sejmu słuchał piosenek „Skaldów”? Niewykluczone, bo w polityce, jak u Jacka i Andrzeja Zielińskich: „nie o to chodzi, by złowić króliczka, ale by gonić go”. Premier nie po to przecież podjął próbę obalenia weta prezydenta w sprawie kryptowalut, żeby rzeczywiście uregulować ten rynek.

Chodzi o to, żeby na starcie nowego sezonu politycznego pogrillować trochę Prawo i Sprawiedliwość, Karola Nawrockiego, a jak się uda, jeszcze Konfederację. Na pocieszenie dla tych i innych formacji, historycznie polscy politycy mierzyli się z o wiele większymi kryzysami wizerunku, i to nie partyjnego, a państwowego. Józef Piłsudski i II RP zmagali się na przykład z oskarżeniami o imperializm i napaść na Rosję Sowiecką. Dla europejskiej lewicy byliśmy wręcz w pewnym momencie wrogiem publicznym nr 1.

Ibiza Moskala i śliwki Romanowskiego

„Zonda zondzi w PiS-ie” – przekonywał szef rządu już w kwietniu i dzięki ostatnim zatrzymaniom, w tym prezesa PKOL Radosława Piesiewicza, może wrócić do tego hasła ze zdwojoną siłą. Na ile uda się jemu i Koalicji Obywatelskiej skleić wizerunkowo PiS z aferą Zondacrypto, czas pokaże. Jeśli jednak na plan pierwszy, jako obrońca prezesa kryptowalutowej giełdy Przemysława Krala, wysuwa się Roman Giertych, trudno będzie o sukces.

Część „normalsów” może uznać, że mecenas „z największym doświadczeniem w aferach w Polsce” (cytat z nagrania na youtubowym profilu Giertycha), a zarazem naczelny antypisowiec KO, niespecjalnie dodaje potencjalnym oskarżeniom Krala wiarygodności. Najwyraźniej jednak to nie przeszkadza Tuskowi, który ostatnio wyspecjalizował się we współpracy z ludźmi ze styku świata polityki i świata sprawiedliwości.

Reklama
Reklama

Czytaj też: Tusk ujawnił fragmenty zeznań w sprawie Zondacrypto. Padło nazwisko Ziobry

Przykładem jest nie tylko Giertych, ale i Maciej Berek, który właśnie został sędzią Trybunału Konstytucyjnego. Do niedawna minister nadzoru nad wdrażaniem polityki rządu, teraz będzie badał konstytucyjność ustaw, nad którymi sam pracował. To się nazywa konflikt interesów albo „kpina [...] z tych ludzi, którzy tysiącami wychodzili na ulicę [w obronie apolityczności Trybunału Konstytucyjnego]” (Marcin Matczak na antenie TVN24). Prawnik i publicysta od kilku tygodni bił w tej sprawie na alarm i słusznie, bo czynny polityk nie powinien zasiadać w takim organie. I to niezależnie od tego, czy ma legitymację KO, PSL-u, PiS-u, Konfederacji, czy nie ma jej w ogóle.

Po stronie koalicyjnej pojawiły się wprawdzie głosy, że człowiek zaufania premiera to niekoniecznie najlepsza kandydatura na niezależnego sędziego TK (Paweł Śliż, Anna Maria Żukowska). Generalnie jednak zapanowała zasada „Donald locuta, causa finita”, czyli „Donald przemówił, sprawa skończona”. Sam szef rządu z pewnością nie jest i nie będzie „jak ciotuleńka”, pozostaje za to hipokrytą. Przecież to jego partia w 2024 roku dążyła do wprowadzenia w ustawie o Trybunale zapisu o tzw. „kwarantannie politycznej”. Zgodnie z nim politycy, w tym członkowie Rady Ministrów, musieli odczekać 4 lata po odejściu ze stanowiska, zanim mogli wejść w skład sądu konstytucyjnego.

Reklama
Reklama

Sprawdź również: Głosowanie w Sejmie. Ostra wymiana ciosów o Zondacrypto

Przepisy te zablokował Andrzej Duda, także KO może zrzucać winę na byłego prezydenta. Niemniej przy okazji wypadałoby być konsekwentnym, a nie udawać, że 4 tygodnie i 4 lata to w sumie żadna różnica. Z drugiej strony rozbawienie budzi hipokryzja PiS-u – teraz Jarosław Kaczyński i jego ludzie rozdzierają szaty, a sami kierowali do TK Krystynę Pawłowicz czy Stanisława Piotrowicza.

Lamentowanie teraz ani nie doda największej (jeszcze?) partii opozycyjnej powagi, ani nie pomoże w wygrzebaniu się z wizerunkowej defensywy. Nie pomoże w tym również Michał Moskal, spotykający się na Ibizie z szefem Zondacrypto, ani Marcin Romanowski, który rozdaje na odległość śliwki węgierki w swoim biurze poselskim. 

Polska między Wartą a Bugiem i wystarczy

„Świat cały był zdania, że wszelkie pretensje Polski do ziem przekraczających linję Bugu są agresją, że ziemie te są zdobyczą na ciele Rosji. 100 lat niewoli, którąśmy przeżyli, zostawiły ślady nie tylko w nas, ale i w panach całego świata” – oto komentarz Józefa Piłsudskiego na temat stosunku opinii międzynarodowej do przynależności Wilna, Grodna czy Brześcia do II RP.

Lwów był nieco mniej problematyczny, ale tylko nieco. Skąd ta niechęć np. Brytyjczyków, którzy w lipcu 1920 roku, występując jako mediator w konflikcie polsko-sowieckim, zaproponowali nawet bolszewikom zajęcie Galicji Wschodniej wraz z jej stolicą? Zrobili to oczywiście bez pytania Polaków o zdanie. Tak jak dziś, Polska miała się kończyć nie tylko na Bugu, ale i na Sanie.

Reklama
Reklama

Polecamy także: Polityczna wojna powinna mieć swoje granice. Inaczej zagraża państwu

Dlaczego? Zarówno Londyn, jak i Paryż jeszcze w trakcie I wojny światowej uznały, że owszem, Rzeczypospolitej należy się niepodległość, ale absolutnie nie w granicach I RP. Dla tamtejszych polityków „Polska” oznaczała bowiem terytorium byłego Królestwa Polskiego, Wielkopolskę, może Pomorze Gdańskie, ale już na pewno nie tereny dzisiejszej Litwy, Białorusi i Ukrainy. Tam była Rosja i to nie byle jaka, ale carska, czyli sojusznik zachodnich mocarstw w Wielkiej Wojnie. Co prawda historycznie, bo w 1917 roku carat został obalony i do władzy doszli bolszewicy, ale zachodnie elity były przekonane, że ich władza nie potrwa długo. Utwierdzali ich w tym oczywiście rosyjscy „biali”, czyli zwolennicy poprzedniego reżimu.

Wśród nich był minister spraw zagranicznych Imperium Rosyjskiego, Siergiej Sazonow. Goszcząc na dyplomatycznych i arystokratycznych salonach, dowodził, że upadek „czerwonych” to jedynie kwestia czasu. Kiedy zaś właściwi Rosjanie zasiądą na Kremlu, będą chcieli mieć decydujący głos, gdy idzie o ich ziemie. Czyli niemal wszystko, co leżało w granicach Rosji do 1914 roku. Niemal, gdyż on i jemu podobni łaskawie zrzekali się praw do Finlandii i „Polski etnograficznej”. Co się kryło pod tym ostatnim pojęciem? Otóż dawna Kongresówka, ale bez Chełmszczyzny i części Podlasia. Zgodnie z tą koncepcją poza naszym krajem miał się też znaleźć Białystok i okolice.

Reklama
Reklama

Może Cię zainteresować: Kacprzyk, Misiewicz i inni. Tak polska władza tworzy swoich „złotych chłopców”

O wyjściu Polski za linię Bugu nie chciał też słyszeć jeden z najważniejszych dowódców „białych” – Anton Denikin. Generał latem 1919 roku miał nadzieję na wygranie rosyjskiej wojny domowej i pokonanie bolszewików, a wspomóc go mieliby teoretycznie Piłsudski i jego żołnierze. W zamian Polacy mogliby liczyć na akceptację swojej niepodległości i można by rzec: „Ludzki pan z tego Rosjanina!”.

Problem w tym, że ta niepodległość ograniczała się do 120, może 130 000 kilometrów kwadratowych. Wojskowy miał jednak wsparcie w postaci Francuzów i Brytyjczyków, a ci usilnie namawiali przyszłego Marszałka do współpracy z Denikinem. Na szczęście Piłsudski doskonale zdawał sobie sprawę z wielkoruskich poglądów przeciwnika i uchylił się od większej pomocy.

Ale, ale – czy na przykład brytyjski premier David Lloyd George byłby zadowolony z Polski wciśniętej między Wartę a Bug tylko dlatego, że satysfakcjonowałoby to Rosjan? Nie, postawa takich polityków jak on wynikała także z innych przyczyn. Uważali bowiem, że jako reprezentanci mocarstw mają prawo, a wręcz obowiązek, decydować o losie mniejszych krajów.

Do takich zaliczała się Rzeczpospolita, która do tego musiała się jeszcze zmagać na arenie międzynarodowej z łatką państwa „nowego”. Co to znaczy? Że Polska z 1918, 1919 roku nie była kontynuatorką I RP, a skoro tak, nie mogła powoływać się na jej dziedzictwo, w tym terytorialne, i domagać się Wilna czy Lwowa w swoich granicach. Była za to krajem startującym od zera, który otrzymał wolność w prezencie od ententy – zwycięzców I wojny światowej.

Reklama
Reklama

W związku z tym powinna wręcz przepraszać, że żyje, stać w kącie i czekać, aż najważniejsi gracze przy politycznym stole zatwierdzą jej obszar. Nic dziwnego, że nasi przywódcy walczyli z tym wizerunkiem, jak tylko się dało, i wszędzie podkreślali, że Polska to nie państwo „nowe”, ale „odrodzone”, „zmartwychwstałe”, z blisko 1000-letnią historią. W jaki sposób? Z jednej strony poprzez szereg symbolicznych nawiązań do dawnej Rzeczpospolitej.

Sprawdź również: Gierek hejterem. Jak komuniści niszczyli robotników

Od godła jakby żywcem wyjętego z czasów Stanisława Augusta Poniatowskiego (orzeł z zamkniętą koroną i krzyżem), poprzez przyjęcie bieli i czerwieni jako barw narodowych, po historyczną nazwę waluty – złoty. Nieprzypadkowo też premier Wincenty Witos i marszałek Sejmu Wojciech Trąmpczyński złożyli 17 marca 1921 roku kwiaty na grobie Marszałka Sejmu Wielkiego, Stanisława Małachowskiego.

W tym samym dniu uchwalono konstytucję marcową, a jeśli dodamy do tego fakt, że to Sejm Wielki uchwalił Konstytucję 3 maja, trudno o bardziej symboliczny gest. Majowa ustawa zasadnicza jest ponadto wspomniana w preambule konstytucji z 1921 roku, a sama preambuła jasno wskazuje, że zabory stanowiły tylko przerwę w istnieniu państwa polskiego. Jak czytamy:

Reklama
Reklama

My, Naród Polski, dziękując Opatrzności za wyzwolenie nas z półtorawiekowej niewoli, wspominając z wdzięcznością męstwo i wytrwałość ofiarnej walki pokoleń, które najlepsze wysiłki swoje sprawie niepodległości bez przerwy poświęcały, nawiązując do świetnej tradycji wiekopomnej Konstytucji 3-go Maja [...] tę oto Ustawę Konstytucyjną na Sejmie Ustawodawczym Rzeczypospolitej Polskiej uchwalamy i stanowimy.

Piłsudski nie czepia się cudzych rękawów

W 1927 roku do biało-czerwonych barw i godła dołączył hymn. „Mazurek Dąbrowskiego” również stanowił dowód, że Polska nie powstała „ni z tego, ni z owego” w 1918 roku, ale ma wcześniejszą, wielowiekową historię. Tekstem przypominał m.in. o XVII-wiecznych bojach Stefana Czarnieckiego ze Szwedami w trakcie potopu. Okolicznościami powstania zaś, że Polacy nigdy nie pogodzili się z rozbiorami. Józef Wybicki napisał go w 1797 roku dla legionistów, którzy z Włoch mieli powrócić do ojczyzny i ją wyzwolić. „Mazurka” śpiewali żołnierze Księstwa Warszawskiego, powstańcy listopadowi i styczniowi, a o żyjących jeszcze uczestnikach niepodległościowych zrywów II RP pamiętała na różne sposoby. Mogli oni liczyć choćby na specjalne mundury, stopnie oficerskie i emerytury. Cieszyli się powszechnym szacunkiem, jak dziś powstańcy warszawscy.

Reklama
Reklama

Co ciekawe, odrodzona Polska zdążyła uhonorować nie tylko kilka tysięcy bojowników z lat 1863-1864, ale nawet dwóch uczestników powstania listopadowego (1830-1831). Dołóżmy do tego działania podkreślające łączność II RP z Rzeczpospolitą Obojga Narodów w architekturze, a i to nie będzie pełny obraz. Tylko kilka przykładów: w 1921 roku posłowie przegłosowali ustawę o budowie świątyni pod wezwaniem „Opatrzności Bożej”. Tej samej, która miała powstać jeszcze w I RP. Wtedy zdołano tylko wmurować kamień węgielny, dalsze prace uniemożliwiła agresja rosyjska w 1792 roku i III rozbiór Polski (1795). Świątynia w odrodzonej Polsce miała nie tylko to zmienić, ale i regularnie przypominać o polskich bojach o niepodległość poprzez codzienne nabożeństwa.

Fragment ustawy z 1921 roku:

Przy kościele «Opatrzności Bożej», [...], ufunduje Rząd Rzeczypospolitej wieczyste stypendjum mszalne na odprawianie codziennej mszy św.: w dnie powszednie o godz. 7 rano, w dnie świąteczne o godz. 12 w południe, na intencję pomyślności Rzeczypospolitej i za dusze wszystkich Polaków, którzy zginęli w walkach za odzyskanie niepodległości Ojczyzny, albo w czasie niewoli za miłość i wierność ku Ojczyźnie przez zaborców zamordowani zostali.

Reklama
Reklama

Ostatecznie projekt budowy świątyni nie został w II RP zrealizowany (jej uroczyste otwarcie nastąpiło dopiero w 2016 roku), ale intencje autorów dokumentu są czytelne. W tę przemyślaną politykę państwa wpisywała się też decyzja o rozbiórce symbolu rosyjskiej okupacji, czyli soboru św. Aleksandra na Placu Saskim (obecnie plac Piłsudskiego).

Polacy nie poprzestali przy tym na pozbyciu się znienawidzonego obiektu, ale jego elementy wykorzystali m.in. do upiększenia Wawelu. W końcu, jak wiadomo, zemsta, zwłaszcza na zaborcy, najlepiej smakuje na zimno. W związku z tym sześć kolumn z soboru, podarowanych przez cara Mikołaja II, zostało przetransportowanych do Krakowa. Następnie posłużyły jako podpory baldachimu strzegącego wejścia do krypty z ciałem Józefa Piłsudskiego. Z czasem szczątki Marszałka przeniesiono gdzie indziej, ale kolumny pozostały, służąc jako dekoracja wyjścia z krypt królewskich. Myliłby się jednak ten, kto sprowadzałby akcję „historycznego uświadamiania zagranicy” (profesor Krzysztof Kloc) do budowli czy symboli narodowych.

Weźmy polsko-turecki traktat przyjaźni z 1923 roku. Głosił on, że oba państwa utrzymują stosunki dyplomatyczne, „pragnąc [...] wznowić i zacieśnić węzły szczerej przyjaźni, której Najjaśniejsza Rzeczpospolita Polska i Turcja złożyły sobie dowody w ciągu ubiegłych wieków”. Poniżej możemy przeczytać, że „przyjaźń pomiędzy Polską a Turcją ostała się wobec najcięższych przejść dziejowych”. Do tego kilkukrotnie jest mowa o wznowieniu, a nie nawiązaniu wzajemnych relacji. Innymi słowy, traktat podkreślał ciągłość państwa polskiego na przestrzeni wieków, której nie przerwały nawet zabory („najcięższe przejścia dziejowe”). Jakim cudem? Autorzy tego aktu wyszli z założenia, że w latach 1772-1918 ziemie Rzeczypospolitej były tylko okupowane przez Rosję, Prusy i Austrię.

Reklama
Reklama

Sama Polska natomiast „i po rozbiorach istniała jako państwo, aczkolwiek w stanie potencjalnym” (orzeczenie Sądu Najwyższego z 1922 roku). Wobec tego nie było przeszkód, aby przyjaźń z Turcją nadal trwała. Podobne cytaty jak w traktacie znajdziemy i w innych dokumentach dyplomatycznych sygnowanych przez przedstawicieli II RP. Wszystkie potwierdzały, że polskie władze stoją na stanowisku, iż reprezentują nie państwo „nowe”, ale państwo z kilkusetletnią państwowością. A skoro tak, mają prawo domagać się (a później bronić) włączenia do „zmartwychwstałej” Polski ziem dawniej do niej należących, w tym Galicji Wschodniej, Wołynia czy Wileńszczyzny.

Ktoś mógłby powiedzieć, że w praktyce o przynależności tego, co za Bugiem, i tak decydował żołnierz. Czy to jednak oznacza, że nie należało walczyć z propagandą przekonującą, iż Polska Piłsudskiego i Dmowskiego nie ma nic wspólnego z I RP? Że należało bezkrytycznie przyjmować tezy, iż Polacy powinni chwycić się brytyjskiego albo francuskiego rękawa, a nie twardo rozpychać się w Europie Środkowo-Wschodniej? Absolutnie nie i doskonale rozumiał to premier Ignacy Jan Paderewski. Jako główny polski delegat (obok Dmowskiego) na powojennej konferencji paryskiej (1919), „uzmysławiał światu, że to nie klei się jakieś tzw. nowe państwo [...], ale że zmartwychwstaje naród z wielką cywilizacją”.

Reklama
Reklama

„Ani jednego naboju dla pańskiej Polski!”

Propagandowa wizja Polski jako „państwa nowego”, rozpowszechniana wśród francuskich i brytyjskich elit, wyrządziła II RP niemało szkód. Prawdziwa katastrofa wizerunkowa nastąpiła jednak wiosną i latem 1920 roku, gdy zyskaliśmy na Zachodzie Europy, szczególnie w lewicowych kręgach, miano „imperialistów” i „kijowskich awanturników”. Efekt? Robotnicy portowi we Francji, Belgii czy Wielkiej Brytanii odmawiali ładowania na statki broni i amunicji dla polskich żołnierzy. A nawet jeśli wojenny materiał udało się przenieść na pokład i taki ładunek dopłynął do Polski, wcale nie było pewne, czy trafi na ląd. Tym razem przez niemieckich dokerów w Gdańsku, którzy blokowali z kolei wyładunek.

Nie lepiej było w głębi Europy. W kwietniu austriaccy komuniści podpalili fabrykę amunicji w miejscowości Hirtenberg. Zakład doszczętnie spłonął, a właśnie miał wyprodukować dla naszego wojska 30 milionów pocisków! Armia walcząca z bolszewicką nawałą potrzebowała tymczasem naboi, granatów i części do karabinów jak wody, jak powietrza... Ale po kolei. Józef Piłsudski w lutym 1920 roku przystąpił do ofensywy medialnej. Spotkał się mianowicie z dziennikarzem londyńskiego „Timesa” i jego trzema kolegami z Francji, aby przekazać na Zachód polskie stanowisko wobec Rosji Sowieckiej. Mówił m.in.: „Metody, które wprowadził ustrój socjalistyczny w Rosji (politykę terroru i zupełne zniszczenie istniejącego ustroju społecznego), są nie do pomyślenia w jakimkolwiek cywilizowanym kraju”.

Reklama
Reklama

I dodawał: „Zachodzi niebezpieczeństwo, że bolszewicy mogą usiłować przyjść tutaj, ażeby bez zaproszenia zreorganizować rząd”. W związku z tym los Polski „zależy od naszych decyzji. Musimy się zdecydować, mówiąc: «tak» albo «nie», wypowiadając się za pokojem lub wojną. Nie możemy dłużej czekać”. Naczelny Wódz niedwuznacznie dawał do zrozumienia, że Armia Czerwona jest poważnym zagrożeniem dla polskiej niepodległości. W razie potrzeby Polacy zrobią więc wszystko, aby odrzucić wrogie siły jak najdalej na wschód. Dziś wiemy, że Piłsudski miał rację: już od stycznia bolszewicy przerzucali kolejne jednostki, m.in. z Kaukazu, na tereny dzisiejszej Ukrainy i Białorusi.

Czytaj też: Zapomniani tyranie historii. Trzej szaleńcy, którzy zamienili swoje kraje w piekło

Cel tych ruchów mógł być tylko jeden: atak na Polskę i próba jej podboju, a dalej kolejnych krajów europejskich. Komendant nie zamierzał się temu biernie przyglądać, co więcej, miał własny plan na urządzenie Europy Środkowo-Wschodniej. Sojusz z ukraińskim przywódcą, atamanem Symonem Petlurą, polsko-ukraińska ofensywa przeciw „czerwonym”, wyzwolenie Kijowa i budowa nad Dnieprem wolnej Ukrainy – oto koncepcja Marszałka w telegraficznym skrócie. 25 kwietnia ruszyła zatem „wyprawa kijowska”, a już 9 maja generał Edward Śmigły-Rydz (dowódca 3. Armii) i pułkownik Marko Bezruczko (dowódca ukraińskiej 6. Dywizji) przyjmowali defiladę zwycięstwa w stolicy.

Reklama
Reklama

Ale, ale: sukcesy militarne to jedno, a zaprezentowanie ich Europie w odpowiednim świetle to drugie. Tym bardziej że nim Piłsudski i Petlura posłali swoje wojska do boju, bolszewicy rozkręcili na Zachodzie antypolską kampanię propagandową. Po swojej stronie mieli dziesiątki lewicowych działaczy oraz intelektualistów, a niejeden robotnik agitował na wiecach za Leninem i spółką. Szczególne wsparcie „czerwoni” zyskali w Wielkiej Brytanii, gdzie od lutego na wielu robotniczych zebraniach powtarzano hasło „Ręce precz od Rosji!”. Prokomunistyczni dziennikarze pisali z kolei, że nad Wisłą dominują prawicowcy, którzy wszędzie sieją „biały terror”. No i last but not least – w ramach nagonki na Polskę nie mogło zabraknąć głosu polityków tamtejszej lewicy.

Najważniejsi z nich wystosowali zresztą oficjalne pismo do naszego poselstwa w Londynie. Wyjątkowy to list, dlatego zacytujmy jego fragment:

Ostatnie działania polskiego rządu budzą odrazę. Jeśli polscy imperialiści kontynuować będą obecną politykę, nazwa polskiego rządu cuchnąć będzie dla każdego członka zorganizowanego ruchu ludzi pracy w Wielkiej Brytanii.

Cóż, jeśli ktoś tu brzydko pachniał, to raczej ślepo zapatrzeni w „sowiecki eksperyment” labourzyści. Polskie władze budowały za to własną narrację na temat „wyprawy kijowskiej” i szerzej – polityki wschodniej. Przykładowo poseł RP nad Sekwaną miał informować Francuzów, że „Polska wyzwala spod panowania bolszewików sąsiadujące z nią małe narody, stwarza warunki pozwalające im skorzystać w pełni z demokratycznego prawa narodów do samostanowienia o własnym losie, jest rzecznikiem tych samych zasad, o które walczyli alianci”.

Reklama
Reklama

Aż takimi altruistami nie byliśmy. Piłsudski chciał uczynić z niepodległej Ukrainy bufor oddzielający Polskę od Rosji. Niemniej to Marszałek dał Ukraińcom możliwość budowy swojego państwa, Lenin chciał ich jedynie podbić. Zachodnia opinia publiczna nie wnikała jednak w te intencje, wystarczyło jej, że wyprawa na Kijów wymusiła odwrót tysięcy czerwonoarmistów. Na ulice wielu europejskich miast wylegli więc demonstranci z czerwonymi sztandarami i hasłami typu: „Ręce precz od Kijowa!”, „Precz od Rosji Sowieckiej!”, „Na pohybel polskim imperialistom!” czy „Ani jednego naboju dla pańskiej Polski!”. Te ostatnie słowa przekuli niebawem w czyn portowcy w Londynie, Antwerpii i Gdańsku, podpalacze fabryki amunicji w Hirtenbergu itp.

Niestety, nawet odwrócenie sytuacji na froncie i wkroczenie krasnoarmiejców na Podlasie oraz Mazowsze nie zmieniły antypolskich nastrojów. Wśród zachodnioeuropejskich lewicowców przeważało przekonanie, że Polsce należy się kara za rzekomą napaść na „pierwsze państwo robotniczo-chłopskie”. W tej sytuacji mogliśmy tylko minimalizować wizerunkowe straty i zabrali się za to działacze Polskiej Partii Socjalistycznej. W czerwcu i lipcu 1920 roku delegaci PPS odwiedzili Francję, Wielką Brytanię oraz Belgię.

Reklama
Reklama

Wszędzie, w tym na kongresie Partii Pracy, bronili prawa Rzeczypospolitej do niepodległego bytu i odparcia Armii Czerwonej. Ignacy Daszyński, wicepremier z PPS w Rządzie Obrony Narodowej, robił to samo w wywiadach z korespondentami zachodniej prasy. Z kolei ci socjaliści, którzy nie mogli bronić ojczyzny ani głosem, ani piórem, udawali się ochotniczo na front, nieraz płacąc za to najwyższą cenę.

Źródło: Zero.pl
Tomasz Czapla
Tomasz CzaplaPublicysta, historyk, członek Stowarzyszenia Pamięci Generała Kazimierza Sosnkowskiego - autor zewnętrzny