Reklama
Świat

Parada szalonych dyktatorów. Tyrani, którzy zamienili swoje kraje w piekło

Adolf Hitler, Józef Stalin, Pol Pot, Idi Amin Dada, Mao Zedong. Nazwiska największych tyranów w historii są powszechnie znane. Kojarzymy przywódców południowoamerykańskich junt oraz afrykańskich jedynowładców, którzy od dekad trzęsą swoim skrawkiem ziemi. Jednak poczet dyktatorów to też mniej popularne postaci winne równie obrzydliwych czynów. Przedstawimy wam trzech z nich: dziwaków, szaleńców, satrapów oskarżanych o kanibalizm, zbrodnie przeciw ludzkości i zamianę państwa w ogromne więzienie.

Szymon Janczyk
Opinia autorstwa: Szymon Janczyk
Dzisiaj 16:15
28 min
Jean-Bédel Bokassa, Gurbanguly Berdimuhamedow i Alberto Fujimori — trzej mniej znani dyktatorzy oskarżani o kanibalizm, zbrodnie przeciw ludzkości i zamianę państwa w więzienie. (fot. tło; Jean-Bedel Bokassa; Gurbanguly Berdimuhamedow; Alberto Fujimori: Getty Images)
TYLKO NA

Tekst ukazał się w Magazynie Zero#2.

Każdy z nich uchował się w innym zakątku świata. Alberto Fujimori wygrał uczciwe, demokratyczne wybory w Peru, lecz kończył w więzieniu, skazany za sterylizację setek tysięcy kobiet. Jean-Bédel Bokassa w Republice Środkowoafrykańskiej obalił własnego kuzyna. Najpierw ogłosił się cesarzem, u schyłku życia zaś apostołem. Gurbanguły Berdimuhamedow był dentystą władcy Turkmenistanu, po czym zastąpił go na tronie i został autorem tylu absurdów, że wzorowano na nim głównego bohatera filmu „Dyktator”.

Punkty wspólne są oczywiste. Samouwielbienie, zachłanność, żądza władzy, liczne przestępstwa. Bruce Bueno de Mesquita i Alastair Smith w znakomitym „Poradniku dyktatora” zwracają jednak uwagę, że nawet największy tyran nigdy nie rządzi sam. Za plecami dyktatora zawsze stoi koalicja czerpiących korzyści z jego rządów. Często gorsza niż sam satrapa, gotowa go obalić i zdradzić, gdy tylko wyczuje, że zbliża się kres wspólnych interesów, więc warto zmienić front, żeby zachować wpływy.

Watażkowie tacy jak Berdimuhamedow, Bokassa czy Fujimori są jednak frontmanami gotowymi na każdą niegodziwość, która przedłuży ich czas na tronie; świadomymi tego, że raz uruchomione domino zła zwykle zatrzymuje się dopiero wtedy, gdy sami staną się jego ofiarą.

Reklama
Reklama

Dentysta, artysta, wódz. Gurbanguły Berdimuhamedow

Współcześnie rzadko oglądamy dynastie w roli innej niż wystawowa. Jeszcze rzadziej jesteśmy świadkami narodzin nowych dworskich rodów. W Turkmenistanie, kraju młodszym niż Robert Lewandowski, klan władców powstał w niecodziennych okolicznościach. Gdy Saparmyrat Nyýazow, który w chwili upadku ZSRR z komunisty, sekretarza partii stał się „niezależnym” prezydentem, zmarł na atak serca, schedę po nim przejął jego… lekarz.

Może Cię zainteresować: Dyktator chciał mieć własną markę samochodów. Przegrywa z prawami ekonomii

Gurbanguły Berdimuhamedow był dentystą człowieka, który uchodził za jednego z największych dziwaków wśród światowych przywódców. Nyýazow lubił nadawać sobie tytuły czy przydomki. Sam siebie ogłosił Turkmenbaszą, czyli ojcem narodu i Wodzem Wszystkich Turkmenów. Przyznał sobie władzę absolutną i dożywotnią. Powołał komisję historyków, która jednogłośnie orzekła, że Saparmyrat jest potomkiem Aleksandra Wielkiego.

Gurbanguly Berdimuhamedow przez ponad dekadę rządził Turkmenistanem, zamieniając je w jedno z najbardziej zamkniętych państw świata. (fot. AA/ABACA / PAP)

Nyýazow sprawił, że różnic między komunizmem i demokracją w Turkmenistanie nie stwierdzono. Ciężko o nich mówić, skoro przywódca zmieniał nazwy miast na swoją cześć, nadawał swe imię ulicom, obiektom budowlanym, ale też przedmiotom codziennego użytku – na przykład wodzie po goleniu. Ochrzcił swoim imieniem nawet odkryty w Turkmenistanie meteoryt. Jego największy pomnik obracał się tak, żeby twarz wodza zawsze była zwrócona w stronę słońca.

Reklama
Reklama

Satrapa ingerował także w kalendarz. Własne urodziny obwołał świętem państwowym. Pierwszy miesiąc w roku nazwał swoim imieniem, czwarty dedykował matce. Kolejne czciły bohaterów narodowych, często spokrewnionych z Nyýazowem. Zmienił też nazwy dni i tygodni.

Czytaj również: Następczyni Kim Dzong Una ma dziś 13 lat. Koreą Płn. pokieruje córka dyktatora

Saparmyrat w samouwielbieniu zdawał się być niedościgniony. Wydał książkę, w której przepisał historię kraju i nakazał wkuwać ją na pamięć. Bez niej nie można było zdać egzaminu na prawo jazdy ani dostać pracy. Do lektury zachęcał tym, że objawił mu się Allah, który obiecał zbawić każdego, kto trzykrotnie przeczyta dzieło zwane „Ruhnamą”.

Turkmenbasza tworzył też własną poezję. Zamknął cyrki, filharmonie, opery, teatry oraz wszystkie szpitale poza stołecznym. Zakazał baletu, za noszenie brody lub długich włosów wymierzał kary. Wszelkie surowce oraz dobra produkowane przez lokalne firmy przejął na własny użytek, rozdzielając poszczególne segmenty gospodarki pomiędzy członków swojej familii. W ten sposób Saparmyrat, analfabeta z lokalnego plemienia, zdobył wszelką władzę i bogactwo Turkmenistanu dla siebie i swoich bliskich.

Wydawało się, że to Nyýazow powoła do życia dynastię, która podbije kraj na długie lata, więc wolta Gurbanguły’ego Berdimuhamedowa była zaskoczeniem. Skromny lekarz miał po prostu zorganizować przywódcy państwowy pogrzeb, tymczasem aresztował zastępcę Turkmenbaszy i sam ogłosił się prezydentem. Niedługo potem wygrał „wybory”, gromadząc 89 proc. „głosów”. Bardzo szybko okazało się, że kult jednostki Saparmyrata był tylko preludium do tego, jak daleko może posunąć się władca Turkmenistanu.

Berdimuhamedow chciał być kimś więcej niż Turkmenbaszą, więc nadał sobie dodatkowy tytuł – Arkadag, znaczy protektor, opiekun. Za miliardy wybudował obok stolicy miasto o tej samej nazwie. Biada tym, którzy pół życia wkuwali mądrości Nyýazowa, bo uzurpator wywrócił do góry nogami kanon lektur. Poprzednik wydał jedną księgę, on ma na koncie całą bibliotekę i wciela się w rolę eksperta od wszystkiego.

Reklama
Reklama

Jedynowładca wydaje poezję, komponuje pieśni patriotyczne i śpiewa piosenki, które podbijają listy przebojów. W sieci znajdziemy nagranie jego popisów na gitarze oraz teledysk do jego rapowego kawałka o wielkim Turkmenistanie. W Księdze rekordów Guinnessa widnieje wpis o największym w dziejach chórze. Cztery tysiące osób odśpiewało to, co napisał wódz.

Zakazał baletu, za noszenie brody lub długich włosów wymierzał kary.

Władca wystawił posągi nie tylko sobie, ale też zwierzętom będącym symbolami kraju – psu rasy ałabaj i koniowi rasy achał- -tekińskiej. Na ulicach miast urządza wyścigi kolarskie, które zawsze wygrywa. Podobnie jak zawody jeździeckie. To dwa ulubione środki lokomocji ojca narodu, lecz gdy ktoś woli samochód, nie ma sprawy. Musi tylko umieścić za szybą zdjęcie Berdimuhamedowa – jego brak traktowany jest jak brak dokumentów. Sam Gurbanguły za kółkiem czuje się świetnie, czego dowodzi wideo, na którym kręci bączki wokół słynnych „Wrót Piekła”.

Sprawdź także: Wizyta szefa CIA w Moskwie. Putin odwoła plan mobilizacji czy będzie eskalował?

Owe wrota to Lśnienie Kara-kum, czyli pozostałość po radzieckich naukowcach, którzy odkryli w Turkmenistanie złoże metanu tuż pod powierzchnią ziemi. Podczas wiercenia powstało zapadlisko. Błyskotliwie stwierdzono, że najlepiej będzie dziurę podpalić. Metan się wypali, problem zniknie. Nie wyszło, otwór płonie do dziś. Opiekun chciał uczynić z zapadliska atrakcję turystyczną, drift rajdówką wokół wiecznego ognia był swoistym filmem promocyjnym.

Reklama
Reklama

Berdimuhamedow wybudował futurystyczne lotnisko za 2,5 miliarda dolarów, które wygląda jak uchwycony w locie jastrząb. Przypomniał sobie jednak, że jest satrapą i władzę utrzymuje dzięki temu, że – jak pisze dr Mariusz Marszewski: – Turkmeni od lat obserwują wznoszenie marmurowych pałaców, złotych pomników i – nie znając innej rzeczywistości – uznają to za normalność.

Turystów wpuścić więc nie można, bo zaczną gadać, że gdzie indziej da się żyć inaczej. Turkmenistan jest klasyfikowany jako drugi najbardziej zamknięty kraj po Korei Północnej. Nieliczni zdobywają wizy podróżnicze, wojsko osobiście akceptuje każde zrobione podczas wycieczki zdjęcie. Zagraniczne media nie istnieją, nie można nawet czytać obcych książek.

Polecamy także: Dlaczego USA i Iranowi nie spieszy się do pokoju? Ekspert ujawnia kulisy konfliktu

Kacyk jest w stanie wmówić ludowi wszystko i chętnie z tego przywileju korzysta. Twierdzi, że jest najwybitniejszym atletą – zdobywa medale, podnosząc ciężary i walcząc na macie. Wygrywa zawody łucznicze, kusznicze oraz strzeleckie. W środek tarczy trafi wszystkim, nawet nożem. Raz tylko spadł z konia podczas wyścigu – nagranie z tego incydentu miało zniknąć, lecz przedostało się do sieci i dowodzi, że ideał jednak nie jest idealny.

Reklama
Reklama

Za to FK Arkadag, zespół piłkarski sławiący władcę i nowe miasto, jest. Zespół dokooptowano do ligi nagle, zabierając innym najlepszych zawodników. Arkadag w kraju jeszcze nigdy nie przegrał, notując najdłuższą w historii futbolu serię zwycięstw, jednak nikt jej nie uznaje, zarzucając dyktatorowi ukartowanie całej ligi.

Życie Gurbanguły’ego wygląda jak przerysowana satyra. Nic dziwnego, że twórcy „Dyktatora” inspirowali się przygodami wodza Turkmenistanu, gdy tworzyli postać filmowego Aladeena. Niesłusznie byłoby jednak uznać ojca narodu za rubasznego głupka. Tyrania Berdimuhamedowa nie jest brutalna, lecz niszczy życie milionów nieświadomych więźniów systemu.

Warto przeczytać: Czy wojna w Ukrainie połączy się z konfliktem w Iranie? Ekspert stawia sprawę jasno

Satrapa skazał ich na funkcjonowanie w ciągłym strachu. Jego reżim funkcjonuje jak Wielki Brat. Gdy przymusem ściągnął ludzi na huczne otwarcie nowej stolicy, kary groziły nie tylko za wąsy, ale i za pognieciony garnitur. Berdimuhamedow chwali się, że dzięki wydobyciu gazu zapewnia mieszkańcom praktycznie darmowy prąd i najpotrzebniejsze produkty, ale nie wspomina, ile sam na tym zarabia.

Turkmeni są ciemiężeni na różne sposoby. Kiedy władca ściągnął do kraju Igrzyska Azjatyckie, urzędnicy wybrali się na obchód po miastach, żeby zebrać „dobrowolne” daniny na organizację tej imprezy. Władza zakazała sprzedaży papierosów i wprowadziła prohibicję. Zabroniono chorować na AIDS i koronawirusa. Gurbanguły głosi, że w jego kraju na takie przypadłości się nie umiera.

Reklama
Reklama

Czy ktokolwiek leczył tych, którzy złamali zakaz? Wątpliwe. Leczy za to Berdimuhamedow – Wojciech Jagielski w Tygodniku Powszechnym wspominał, że dyktator transmitował w telewizji publicznej zabieg usunięcia guza z ucha pacjenta. Ciekawe, ile osób w następstwie podobnych eksperymentów dentysty nie przeżyło?

 

W Turkmenistanie w oczy rażą pustka i brak nadziei. Dyktator utrzymuje tajne służby, które kontrolują Internet (niemal wszystkie strony pozostają zablokowane, dostęp do nich można wykupić w urzędzie) i śledzą przejazdy obywateli. Rodziców upominano, żeby pilnowali dzieci, bo spiskowcy będą dotkliwie karani. Władza zastrasza niezależnych dziennikarzy. Ojciec jednego z nich zmarł na skutek wylewu po entej groźbie rządzących.

Dziennikarz Michał Milczarek, który odwiedził Turkmenistan, opisywał w „Tygodniku Powszechnym” surrealistyczną codzienność tego kraju. Pośród marmurowych budynków (jest ich tam najwięcej na świecie na metr kwadratowy) i złotych posągów dominowała cisza. Po metropoliach krzątają się jedynie służby sprzątające, które do przesady dbają o czystość chodników i nieskazitelną biel zabudowań.

Dopracowano każdy detal: latarnie, znaki drogowe, światła, barierki, przystanki autobusowe. Ze złotymi kopułami, kolumnami, lwami strzegącymi złotych drzwi. Wszystko było w koronkach, wszędzie widniały miniaturki dywanów i ośmioramienne gwiazdy Chana Oguza – legendarnego przodka Turkmenów. Tłuste budynki, kolumny, monumentalne fasady, antyczne łuki, sklepienia. Pozłacane posągi, popiersia, figury. Ulice szerokie niczym pasy startowe. Wszędzie wisiały kamery. Wszędzie byli też policjanci oraz ogrodnicy – pisał Michał Milczarek.

Reklama
Reklama

Polecamy także: Kryzys w cieśninie Ormuz. USA przygotowują się na eskalację konfliktu

W stolicy Turkmenistanu funkcjonuje piętnastohektarowy system fontann zasilanych przez baterie słoneczne, który jest skoordynowany z oświetleniem miasta. Nowa metropolia, Arkadag, to z kolei smart city przyszłości. Powstała z materiałów przyjaznych środowisku, jeżdżą po niej elektryczne samochody, obok są farmy wiatrowe.

To jedyne miejsce w kraju z technologią 5G, zaraz powstanie tam nowoczesna strefa przemysłowa. Tylko ludzi brak. Nie wiadomo, ile osób w ogóle mieszka w Turkmenistanie. Oficjalnie: sześć milionów. Opozycja na uchodźstwie twierdzi, że jedna trzecia dawno opuściła dyktaturę, uciekła. Ulice są puste, bo zlikwidowano nawet ławki, na których można było na chwilę przycupnąć. Takie skupiska sprzyjają spiskom – stwierdziła władza.

Gurbanguły Berdimuhamedow perfekcyjnie zarządza iluzją demokracji. Nie zdarza się mu, jak poprzednikowi, ogłaszać, że 99,9 proc. obywateli oddało głos „za” w wyborach i referendach. Ba, stworzył wspomnianą dynastię – dobrowolnie oddał władzę synowi, żeby żaden lekarz nie połasił się na tron. Serdar całe życie był rzucany po stanowiskach, żeby w końcu sięgnąć po tron, stać się marionetką ojca z wizją na faktyczne zastąpienie go w roli Turkmenbaszy. Strach pomyśleć, do czego będzie musiał się posunąć, żeby dorównać dziedzictwu ojca.

Reklama
Reklama

Chinochet, dyktator z demokracji. Alberto Fujimori

Wołali na niego El Chino, bo tak w Ameryce Południowej mówi się na ludzi o azjatyckich rysach twarzy. Nie zaprzątano sobie szczególnie głowy tym, że Alberto Fujimori z Chinami miał niewiele wspólnego. Gdy ogłosił start w wyborach prezydenckich, niewiele łączyło go też z polityką. Rękawicę faworytowi, Mario Vargasowi Llosie, wybitnemu pisarzowi, nobliście, autorowi słynnej „Rozmowy w »Katedrze«”, rzucił w 1990 roku inżynier rolnictwa, syn zbieracza bawełny, wykładowca akademicki, który prowadził w telewizji show „Concertando”.

Przeczytaj również: Polityka Trumpa a Korea Południowa. Ekspert: Azja rozważa zwrot w relacjach z USA

W pierwszym sondażu wyborczym miał zaledwie procent poparcia, lecz okazał się sprawnym agitatorem. Do rolników przemawiał z traktora, do rybaków z kutra. Obwiesił ulice Peru plakatami, na których wdziewał strój samuraja i pozował z tradycyjnym mieczem. Lud pokochał tę autentyczność i wyborczy slogan „Prezydent taki, jak ty”. Zaplusował pochodzeniem – nie kojarzył się z kolonizatorami, obiecywał sprowadzenie do Limy japońskich technologii i rozwój gospodarczy oparty o współpracę z rosnącą potęgą z Azji. Złożył przysięgę zakończenia brutalnej wojny domowej, terroru partyzantek, handlu narkotykami oraz szerzącego się głodu i ubóstwa.

Reklama
Reklama

Wybory wygrał w cuglach, po czym zafundował terapię szokową. Porzucił wyważone poglądy, ciął wszystko równo z ziemią. Zniósł regulację cen paliwa, więc z ulic zniknęły nawet autobusy. Podobnie z żywnością, więc szybko zaczęło brakować podstawowych produktów. Inflacja sięgała kilku tysięcy procent już wtedy, gdy Fujimori objął urząd. Ceny wciąż rosły, Peru w latach 90. trzykrotnie zmieniało walutę, ale elekt przekonywał, że wie, co robi.

Radykalny zwrot w kierunku wolnego rynku, zrobienie szefem służb Vladimiro Mostesinosa, szemranego typa szkolonego w placówkach CIA oraz deklaracja wojny z narkobiznesem sprawiły, że zyskał przychylność USA. Rząd w Waszyngtonie wsparł jego politykę, on realizował amerykański plan gospodarczy, a instytucje finansowe udzieliły Peru korzystnych kredytów. PKB rosło, rozwijała się infrastruktura, wielki kryzys został zażegnany.

Może Cię zainteresować: Wojna, strach i okazja. Ukraińscy inwestorzy patrzą na mieszkania przy froncie

Można pomyśleć, że Alberto Fujimori to prezydent-ideał, jednak wszystko ma drugie dno. Już po dwóch latach prezydentury dokonał zamachu stanu. Twierdził, że parlament wstrzymuje konieczne reformy, więc go zawiesił. Tak jak Trybunał Konstytucyjny. Sądy poskromił, rządził dekretami i zawsze miał dobry powód, żeby wprowadzić takie prawo, które akurat pomoże mu dopiec opozycji.

Reklama
Reklama

Peru w latach 90. trzykrotnie zmieniało walutę, ale elekt przekonywał, że wie, co robi.

Pozwalał mu na to mandat społeczny. Dekady życia w reżimie sprawiły, że Peruwiańczycy cenili wolność, lecz skoro Fujimori schwytał przywódcę terrorystycznej lewicowej bojówki Świetlisty Szlak, po czym zamknął go w klatce i zademonstrował światu jak bestię – którą zresztą Abimael Guzmán, piewca Marksa i Lenina odpowiedzialny za śmierć tysięcy osób, był – ludzie łatwo zapomnieli, że rząd typował na członków tejże grupy wszystkich, którzy byli mu przeciwni.

Alberto Fujimori rządził Peru autorytarnie przez większość lat 90., a po latach skazano go za zbrodnie przeciw ludzkości. (fot. Najlah Feanny / Getty Images)

Fujimori i Mostesinos stworzyli nieoficjalne szwadrony śmierci, Grupo Colina, które zajmowały się morderstwami na zlecenie. Polowali na terrorystów, lecz dość często się mylili. W osiem miesięcy przeprowadzili masakry, w których zginęły 34 osoby. Raz wtargnęli na grilla, gdzie mieli przebywać członkowie Świetlistego Szlaku. Zamiast tego zastrzelili niewinne dziecko. Omyłkowo ofiarami stali się także uczniowie i profesor z lokalnej szkoły.

W procesach kapturowych skazano 14 tysięcy osób, często na dożywocie. Porwano dziennikarza, który krytykował rządy Fujimoriego oraz biznesmena, który wspierał opozycję. Najokrutniejszą zbrodnię reżim Fujimoriego popełnił na prowincji, gdzie wyłapywano indiańskie kobiety, przedstawicielki rdzennej ludności. Przymusowej sterylizacji poddano 300 tysięcy z nich. 300 tysięcy...

 

Reklama
Reklama

Alberto Fujimori wiedział, jak to przykryć i zyskać popularność. W 1996 roku przeprowadził brawurową akcję eksterminacji resztek lewicowej organizacji terrorystycznej – Rewolucyjnego Ruchu Tupaca Amaru. Jego członkowie przez cztery miesiące przetrzymywali zakładników w ambasadzie Japonii w Limie, którą zajęli podczas bankietu, licząc, że trafią tam na prezydenta Peru. Fujimori z nimi negocjował, jednocześnie suflując społeczeństwu narrację o rzekomych torturach. Wszystko po to, żeby na koniec ludzie przyklasnęli dokonanej na miejscu egzekucji członków grupy.

Skuteczna walka z komunistami przysłaniała Peruwiańczykom nadużycia samego Alberto Fujimoriego. Maciej Okraszewski, specjalista od Ameryki Południowej, w „Dziale Zagranicznym” wylicza, że na procesie prywatyzacji państwo mogło stracić nawet 6,5 miliarda dolarów. Zarobili ludzie dyktatora. Korumpowano media oraz urzędników, podsłuchiwano opozycję, torturowano więźniów. Fujimori zmienił konstytucję, żeby przedłużyć swoje rządy o kolejną kadencję. Defraudowano ogromne pieniądze z międzynarodowej pomocy dla Peru.

Vladimiro Mostesinos jednocześnie rozprowadzał przelewy z USA na walkę z narkobiznesem, brał w łapę od karteli i sam wręczał łapówki. Wszystko nagrywał, żeby szantażować umoczonych w ten proceder, lecz obróciło się to przeciwko niemu, bo kasety trafiły do mediów, gdy Fujimori rozpoczął trzecią kadencję – po wyborach, które w oczach międzynarodowych obserwatorów nie były uczciwe.

Reklama
Reklama

Warto przeczytać: Azjatycki tour Tuska. „Rząd dogląda biznesu”

Reputacja dyktatora była już licha. Demonstrowano przeciwko temu, że przedłuża sobie bezprawnie władzę. Niedawna żona twierdziła, że się nad nią znęcał. Gdy prezydent zlecił nielegalne przeszukanie mieszkania partnerki Mostesinosa, żeby przechwycić pozostałe taśmy, domknął wieko trumny swoich rządów. Pod pretekstem wizyty międzynarodowej uciekł do Japonii i tam ustąpił ze stanowiska. Ojczyzna przodków dała mu azyl, pamiętając, że uratował zakładników z ambasady.

W Tokio Fujimori mógł spokojnie dożyć starości, lecz jak sam stwierdził, „uwielbiał pracę prezydenta, był do niej stworzony”. Wymyślił wielki powrót i skończył w więzieniu. Sądzono go za zbrodnie przeciwko ludzkości i kilka mniejszych przewin. Przeszedł do historii jako pierwszy demokratycznie wybrany prezydent skazany we własnym kraju za łamanie praw człowieka.

Nie był to jednak koniec jego historii. W politykę zaangażowały się jego dzieci: Keiko oraz Kenji. Córka, która po rozwodzie Alberto pełniła rolę pierwszej damy, została posłanką. Trzykrotnie startowała w wyborach prezydenckich, bez powodzenia. Chciała wygrać, żeby ułaskawić ojca. Ostatecznie pomógł w tym jej brat – w najgorszy możliwy sposób. Gdy prezydentowi Pedro Pablo Kuczynskiemu groził impeachment, Kenji przehandlował głosy parlamentarzystów za ułaskawienie ojca. Kuczynski utrzymał stołek i wywiązał się z obietnicy, ale spiskowców znów pogrążyły nagrania. Kenji sam trafił za kratki, prezydenta obalono, ułaskawienie anulowano.

Reklama
Reklama

Sprawdź również: Co naprawdę doprowadziło do kataklizmu w Nepalu? Naukowcy wyjaśniają

Alberto Fujimori nie miał wstydu. Karę odsiadywał w prywatnym więzieniu z trzema pokojami, łazienką i dostępem do topowej kliniki, w której leczono jego każdą najmniejszą dolegliwość. W tym samym czasie pozostałe zakłady karne w Peru były znacząco przepełnione, lecz to dawny dyktator stale narzekał na warunki i walczył o poprawę „niedoli” rękami córki. Wielu Peruwiańczyków wciąż wspomina go pozytywnie, twierdząc, że tylko on mógł powstrzymać radykalną lewicę, że tylko on naprawił gospodarkę kraju.

Siedemdziesiąt procent osób twierdzi jednak, że jest winny zarzucanych mu zbrodni. Jeszcze większa część społeczeństwa wierzy, że wszyscy politycy są skorumpowani. To także dziedzictwo Fujimoriego, którego z El Chino przechrzczono na Chinocheta, od chilijskiego dyktatora. Albo na AseChino, od mordercy. Komisja Prawdy i Pojednania, która badała wojnę domową w Peru, uważa, że w końcówce swoich rządów prezydent manipulował poczuciem zagrożenia, żeby utrzymać władzę.

– Jego autorytaryzm ściśle wiąże się z korupcją. Terroryzm był pretekstem, by eliminować opozycję, kontrolować instytucje państwa i bezkarnie się wzbogacać – stwierdziła w „Tygodniku Powszechnym” Sofia Macher, była członkini Komisji. – Był to autorytarny, skorumpowany reżim, który przyniósł Peru więcej szkód niż pożytku. Ustanowił spolaryzowaną kulturę polityczną i poczucie, że krajem nie da się zarządzać – wtórował na łamach „New York Times” historyk Paulo Drinot.

Cesarz, apostoł, ogr. Jean-Bédel Bokassa

Gdy miał sześć lat, francuscy żołnierze zabili mu ojca, wodza lokalnego plemienia. Tydzień później został sierotą, jego matka popełniła samobójstwo. Jean-Bédel Bokassa przez kolonizatorów stracił wszystko, lecz postanowił wiernie im służyć. Misjonarze, którzy zastąpili mu rodziców, liczyli, że zostanie księdzem. Wstąpił jednak do wojska, ponoć dlatego, że dziadek wmówił mu, że będzie wodzem — jak tata — a każdy wódz musi umieć walczyć.

Reklama
Reklama

Dziadek okazał się prorokiem. Armia dała Bokassie władzę większą, niż mógł sobie wymarzyć. Europejczycy tracili wpływy i bogactwa w Afryce, więc obsadzali na tronach jednostki będące gwarantem wierności. Zasłużony w bojach, obwieszony medalami Jean- -Bédel w 1966 roku został wytypowany na następcę kuzyna, któremu zachciało się interesów z Chinami.

Francja straszliwie się pomyliła. Wojskowy szybko ogłosił się dożywotnim prezydentem Republiki Środkowoafrykańskiej, potem przydzielał sobie kolejne ministerstwa – informacji, sprawiedliwości, zdrowia, rolnictwa, ludności, w końcu i lotnictwa. Zaraz zaczął mordować politycznych oponentów i oddawać się uciechom życia. Miał kilkanaście żon, główną partnerkę życia poznał, gdy była trzynastolatką. Ślub wzięli trzy lata później, gdy Jean-Bédel rządził już państwem.

Jean-Bédel Bokassa ogłosił się cesarzem Republiki Środkowoafrykańskiej i był oskarżany między innymi o kanibalizm. (fot. Fischer / PAP)

Kolejne kobiety zwoził sobie z całego świata, niczym pamiątki z delegacji. Belgijka, Chinka, Gabonka, Francuzka, Kamerunka, Niemka, Libijka, Rumunka, Szwedka, Tunezyjka, Wietnamka, Zairka. Bokassa zdobywał ich serca siłą. – Uczestniczyłem w paradzie licealistów. Sto oszałamiających dziewczyn machało flagami. Jedna była tak piękna, że poprosiłem ją o rękę. Taka miła rzecz, ten dyplomatyczny protokół! – chwalił się po wyprawie do Pekinu.

Reklama
Reklama

Czytaj także: Turcja ściga Binjamina Netanjahu. Wystawiono wniosek o aresztowanie

Z Gabriele, tancerką go-go z Bukaresztu, było najwięcej kłopotów. Jean- -Bédel urządzał z nią sądy polowe, na których wysyłał ludzi przed pluton egzekucyjny lub prosto do paszcz krokodyli. Riccardo Orizio, autor książki „Diabeł na emeryturze”, w której przepytuje byłych dyktatorów, wylicza, że przez Rumunkę zginęli m.in. dwaj żołnierze i służąca, których nakryto w łóżku z wybranką serca despoty. Michael Goldsmith, dziennikarz, którego tyran pobił laską ze skuwką z kości słoniowej, w dokumencie „Bokassa – echa mrocznego imperium” dołącza do tego grona lokaja, od którego Gabriele pożyczyła rower, co miało być dowodem niewierności.

Prawdziwi zdrajcy też kończyli marnie. Z Wietnamu Jean-Bédel przywiózł nie tylko kobietę, lecz i córkę, którą spłodził na wojnie. W sumie nawet dwie, bo gdy służby nie mogły odnaleźć Martine, w obawie przed dyktatorem sfałszowano dokumenty przypadkowej dziewczyny. Gdy przed Bokassą w końcu stanęła i prawdziwa latorośl, władca postanowił z dobroci serca adoptować „podróbkę”, po czym wyprawił córkom swaty. Dla przybranego dziecka był to początek końca. Satrapa najpierw otruł jej syna, potem rozstrzelał męża Martine, któremu nie wyszedł zamach na głowę państwa, w końcu kazał zabić także i ją.

Reklama
Reklama

Polecamy również: Tucker Carlson odwraca się od Trumpa. Prorosyjski komentator szuka Ameryki po trumpizmie

Bokassa był sadystą. W 1971 roku Dzień Matki uczcił masową egzekucją mężczyzn, którzy popełnili przestępstwa przeciwko kobietom. Tego samego dnia uwolnił z więzień wszystkie damy. Za kradzież kazał ucinać: ucho, potem drugie, w końcu rękę. Syna posłał do więzienia za to, że mu odpyskował. Kochankę własnoręcznie udusił. Uwielbiał patrzeć, jak przestępców tłucze się młotkiem. Do więzienia wtrącał bezrobotnych – bez świstka potwierdzającego zatrudnienie każdy mógł wylądować za kratami lub w brzuchu dowolnego zwierzęcia z prywatnego zoo dyktatora.

Świat plotkował o rzekomym kanibalizmie Bokassy. Jego poprzednik twierdził, że na wystawnej kolacji podał gościom filet z człowieka. Zagraniczny dyplomata usłyszał, że „nawet się nie zorientował, że je ludzkie mięso”. Francja tolerowała każdy wybryk, bo rząd w Paryżu za półdarmo sprowadzał z Republiki Środkowoafrykańskiej uran do elektrowni jądrowych. Z bogactwa dawnej kolonii chętnie korzystał Valéry Giscard d’Estaing, prezydent Francji.

O wizytach Giscarda w Afryce krążyły legendy. Prezydent odwiedzał Bokassę na polowaniach. – Byliśmy prawie jak rodzina. Dostarczałem mu dziewice i tereny łowieckie, ustrzelił wiele tuzinów słoni. Czasami przyjeżdżał z kochankami. Dawałem mu diamenty. Zawsze chciał dużo, żeby dawać kochankom – opowiadał Bokassa w rozmowie z Oriziem.

 

Reklama
Reklama

Biżuterię z kości słoniowej Bokassa wysyłał wielu francuskim politykom. On sam posiadał liczne pałace, wille, nawet zamki nad Sekwaną. Nazywał siebie pierwszym biznesmenem Afryki, ale nie miał wiele wspólnego z prawdziwym biznesem. Ot, podpisywał takie dokumenty, które pozwalały mu wzbogacać się na rozkradaniu państwowych zasobów. Z handlu kością słoniową otrzymywał trzecią część zysków. Z wyrębu lasów oraz kopalni diamentów podobnie. Założył linie lotnicze, posiadał apartamentowce, restauracje, a nawet szwalnię. Tam, gdzie można było coś ukraść, tam był Bokassa.

Gdy jednak trzeba było sięgnąć do kieszeni i wyprawić huczną koronację, zdał się na Francuzów. Uznał, że są mu to winni, postraszył ucięciem dostaw uranu i nagle fanaberia Jeana-Bédela, który podziwiał Napoleona i sam chciał zostać cesarzem, stała się faktem. Koronację zaplanowano na stadionie im. Bokassy w Bangi w 170. rocznicę koronacji Bonapartego. W przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze pochłonęła ponad 100 milionów dolarów.

Samozwańczy cesarz odmalował miasto i posprzątał ulice. Usunął z nich biedotę, wygnał żebraków. Pięć milionów wydał na biżuterię, za połowę tego kazał wyrzeźbić gigantyczny złoty tron w kształcie orła. Przywdział złoty laur napoleoński, potem zastąpił go oryginalną koroną, którą wyprodukował francuski jubiler z czasów Napoleona. Wysadzały ją osiemdziesięciokaratowe diamenty – ciut mniejsze od tych, które Bokassa trzymał w szufladzie.

Reklama
Reklama

Może Cię zainteresować: Kurz spod końskich kopyt. Babel, Mackiewicz i cywilizacyjne starcie 1920 roku

Za setki tysięcy dolarów zamówił całą garderobę, gwardię ubrał w stroje z epoki napoleońskiej. Do Republiki Środkowoafrykańskiej ściągnął 60 nowych mercedesów, bogato zdobioną karocę z południa Francji, osiem białych koni z Belgii i 12 kolejnych z Normandii. Zamówił dwa portrety, kompozycję marsza oraz walca ku swojej czci. Blisko 30 tysięcy butelek francuskich win i szampanów – też.

Cesarz Bokassa I nie przejął się, że na ceremonię nie przyjechał nikt istotny. Od tej pory twierdził, że jest najważniejszym przywódcą w Afryce, któremu reszta zazdrości. Nie wiedział, że zbliża się kres jego władzy i bogactwa. Trzy lata po koronacji został obalony. W powszechnej opinii dlatego, że Francji nie spodobało się, że w Republice Środkowoafrykańskiej rozstrzelano ponad setkę uczniów oraz studentów, którzy protestowali przeciwko reformom edukacji.

Młodym ludziom nie spodobały się horrendalnie drogie mundurki, które uszyła szwalnia Jeana-Bédela i jego żony. Dyktator zachwycił się tym pomysłem w Chinach, chciał wprowadzić większą dyscyplinę w szkołach. Młodzież szturmowała jego posiadłości, Bokassa podobno osobiście torturował, bił oraz mordował niektórych pojmanych uczniów. Obrywali słynną laską ze skuwką z kości słoniowej, lancą sprawiedliwości. Francja rzekomo zareagowała na to barbarzyństwo i w ramach „Operacji Barrakuda” obaliła despotę.

Reklama
Reklama

Sprawdź również: Kolejny szturm na Ceutę? Ekspert o „cichym szantażu za kulisami”

Rzekomo, bo Giscardowi bardziej nie pasowały częstsze wycieczki Bokassy do Moskwy. Marionetka wymykała się z rąk, nacjonalizowała media, planowała ścisłą współpracę z ZSRR. Trzeba było interweniować. Nalot na stolicę, Bangi, nie tylko obalił „cesarza”, ale też pozwolił rozkraść majątek i odkryć jego zbrodnie. We francuskiej prasie ukazały się zdjęcia z chłodni w jednej z willi, gdzie zalegały ciała uczniów. W basenach i stawach znajdowano kości jego ofiar. Bokassa nie przyznał się do zjadania ludzi, to jedyny zarzut, którego nie udowodniono przed sądem. Twierdził, że dowody spreparowano.

– To bajki, które wymyślono, żeby mnie zniszczyć. Kłamstwo – zarzekał się w „Diable na emeryturze”. Bokassę skazano na śmierć, lecz nie został stracony. Tułał się po Francji, Afryce, w końcu wrócił do domu. Po latach niespodziewanie przywrócono mu honory, nazwano bohaterem narodowym. Nie walczył o władzę, zaczął nowe, religijne życie. Opowiadał, że nie pije alkoholu i nie dotyka kobiet. Tak jak kiedyś ogłaszał, że jest cesarzem, tak teraz ogłosił się apostołem.

– Nie chcę już niczego posiadać, mam tylko krucyfiks. Wręczył mi go papież Paweł VI, który ochrzcił mnie w prywatnej kaplicy. Mianował mnie trzynastym apostołem. Moja misja miała tajny charakter, byłem mediatorem w konfliktach – wyjaśniał w wywiadzie z Riccardo Orizio. W Republice Środkowoafrykańskiej, gdzie do dziś znajdziemy ruiny jego dawnego imperium, nie pamiętają już jednak cesarza ani apostoła. Przydomek, który przylgnął do Bokassy na wieczność, nie przynosi mu chluby. Nazwano go „Ogrem z Bangi”.