Reklama
Świat

Wojna puka do bram. Czy Polska jest gotowa na rosyjski atak?

Od miesięcy jesteśmy bombardowani informacjami, że musimy przygotowywać się na możliwość wojny z Rosją. Niespodziewana wizyta szefa CIA w Moskwie tylko spotęgowała niepewność i pytania o skalę zagrożenia. W Polsce najważniejsze pytanie, które powinniśmy dziś zadać, brzmi: czy Polska faktycznie jest gotowa na rosyjski atak?

Wojciech J. Kittel
Opinia autorstwa: Wojciech J. Kittel
Dzisiaj 20:13
15 min
Defilada wojskowa pod flagami Polski, UE i NATO – w tle pytanie, na ile te symbole przekładają się na realną gotowość obronną kraju. (fot. NurPhoto / Getty Images)
TYLKO NA

Ubiegłotygodniowa wizyta dyrektora CIA Johna Ratcliffe’a odbiła się szerokim echem wśród państw europejskich. Nie dlatego, że Amerykanie rozmawiają z Moskwą. Od momentu, gdy Trump po raz drugi objął urząd prezydenta USA, jego administracja zabiegała o przywrócenie konsultacji polityczno-wojskowych z Moskwą.

I taki dialog powrócił, choć dla nas w Polsce, dla opinii publicznej zarządzanej przez elity polityczne wadliwej jakości, które politykę międzynarodową rozpatrują w kategoriach obozu dobra i zła, samo utrzymywanie stosunków dyplomatycznych z naszym przeciwnikiem jest czymś trudnym do zaakceptowania.

Czytaj również: Awantura po słowach Błaszczaka o NATO. Gen. Polko: Putin zaciera ręce

Tymczasem w polityce międzynarodowej jest to rzecz całkowicie normalna. Rozmawia się nawet z największym wrogiem. Tak jak robi to Ukraina, podejmując dialog z Rosją choćby w sprawie wymiany jeńców. Od Rosji nie da się odgrodzić. Zagrożeniem związanym z jej polityką trzeba więc zarządzać. Do tego potrzeba jednak politycznej wyobraźni. A tej naszym politykom brakuje.

Reklama
Reklama

Wracając jednak do wizyty Ratcliffe’a w Moskwie, w Europie wywołała ona niesłychaną panikę, przywołującą wspomnienia z ostatniej wizyty na tym szczeblu, z jesieni 2021 roku. Wówczas William Burns, poprzednik Ratcliffe’a, udał się na Kreml w celu zakomunikowania: „Widzimy, co robicie. Przestańcie!”. Komunikat odnosił się oczywiście do ujawnienia informacji wywiadowczych dotyczących koncentracji rosyjskich wojsk wokół Ukrainy. Ostateczny rezultat tej koncentracji doprowadził w lutym 2022 r. do rosyjskiej inwazji na Ukrainę.

Sprawdź także: Prezydent Finlandii o zagrożeniu ze strony Rosji. „Nie wierzę, że zaatakuje NATO”

Jasne jest więc, że państwa europejskie, mając od ponad czterech lat na agendzie bezpieczeństwa wsparcie dla wysiłku wojennego Ukrainy, mimowolnie odwołują się do tamtej wizyty. Znają przecież konsekwencje wydarzeń, które po niej nastąpiły.

Amerykanie grają na naszym strachu

Poczucie niepewności zostało dodatkowo spotęgowane przez fakt, że wizyty nie zapowiedziano oficjalnie. Nie poinformowano, że Ratcliffe udaje się na rutynowe konsultacje, jak poinformował Biały Dom po wizycie, spotykając się z szefem rosyjskiej Służby Wywiadu Zagranicznego Siergiejem Naryszkinem oraz szefem Federalnej Służby Bezpieczeństwa Aleksandrem Bortnikowem.

Reklama
Reklama

Pierwszym elementem budującym atmosferę strachu wokół tego spotkania była jego nagłość. O wizycie dowiedzieliśmy się z serwisów monitorujących ruch lotniczy. Drugim, a zarazem najważniejszym aspektem całego spektaklu strachu, wywołującego wręcz panikę, było objęcie wizyty klauzulą ścisłej tajności.

Może Cię zainteresować: „Miałem z nim dobre rozmowy”. Trump o planach Putina wobec państw NATO

Było to jednak tylko wrażenie, ponieważ sam przebieg podróży trudno uznać za dyskretny. Ciężki wojskowy samolot transportowy C-17A Globemaster nie należy do najbardziej dyskretnych środków transportu. Wrażenia tajności nie wzmacniało również demonstracyjne międzylądowanie na lotnisku w Rydze. W ten sposób wizyta potęgowała tylko pytania o potencjalne zagrożenie atakiem na państwa bałtyckie.

Dlatego wokół wizyty Ratcliffe’a w Moskwie narosło tak wiele pytań o jej rzeczywisty cel. W mediach zaczęto zadawać pytania, czy analogia do poprzedniej wizyty szefa CIA w Moskwie nie sugeruje, że Rosja znajduje się na ostatniej prostej do kolejnego etapu eskalacji. Tym razem pytanie nie dotyczy już wyłącznie Ukrainy. Sprowadza się ono do tego: czy Rosja przygotowuje się do ataku na któreś z państw NATO?

Kiedy Rosja zaatakuje?

Poglądów na temat tego, czy grozi nam wojna i czy Rosja odważy się zaatakować któreś z państw NATO, jest niemal tyle, ile państw członkowskich Sojuszu, czyli 32. Państwa południa i zachodu Europy są w tych ocenach znacznie bardziej powściągliwe. Ze względu na położenie geograficzne oraz inne kierunki zagrożeń rosyjskie niebezpieczeństwo nie jest przez nie postrzegane jako bezpośrednie.

Reklama
Reklama

Rosyjskie zagrożenie absorbuje uwagę przede wszystkim państw wschodniej flanki NATO. Jednak nawet wśród europejskich sojuszników nie ma pełnej zgodności co do tego, kiedy Rosja mogłaby osiągnąć zdolność do rozpoczęcia bezpośredniej konfrontacji z Sojuszem.

Polecamy także: Państwo NATO zestrzeliło ukraiński dron. Wleciał z Białorusi

W niemieckich ocenach pojawia się rok 2029. Nie oznacza on jednak przewidywanego terminu ataku ze strony Rosji, lecz moment, w którym Moskwa może odbudować potencjał pozwalający jej na przeprowadzenie takiej operacji. Dowódca niemieckich sił zbrojnych, generał broni Christian Freuding, powiedział, że „wszyscy 32 partnerzy NATO zgadzają się, że Rosja może mieć zdolność do inwazji na kraj partnerski NATO w 2029 roku”.

Znacznie krótszą perspektywę czasową wskazuje natomiast Warszawa. Premier Donald Tusk podczas ubiegłotygodniowej edycji Campusu Polska powiedział: „Wiemy, że Rosja bardzo poważnie przygotowuje się do eskalacji napięć, zarówno w wojnie z Ukrainą, jak i w całym regionie. Ta jesień i zima będą kluczowe dla Rosji”.

Dzień później szef polskiego MSZ Radosław Sikorski, komentując wizytę Ratcliffe’a w Moskwie, wezwał do przyspieszenia polskich przygotowań obronnych.

Reklama
Reklama

Warto przeczytać: Jednoczesny atak Chin i Rosji. Media o koszmarnym scenariuszu dla NATO

Zupełnie inaczej prawdopodobieństwo bezpośredniego ataku na NATO ocenia Finlandia. Prezydent Alexander Stubb, komentując pojawiającą się w Europie panikę, ostudził te emocje w wywiadzie dla niemieckiego „Bilda”. „Gdyby ktoś miał taką kryształową kulę, cudownie. Ale po prostu nie widzę na to żadnych dowodów ani faktów” – powiedział. Podkreślił przy tym, że w jego ocenie dla Moskwy próba bezpośredniej konfrontacji z najsilniejszym sojuszem wojskowym świata byłaby obecnie strategicznie nieracjonalna. Jak zauważył, Rosja dzisiaj nie ma wystarczającej siły, by „mogła nagle zmobilizować siły na dwa fronty”.

Podobnie sytuację oceniają państwa bałtyckie. Po niespodziewanej wizycie Ratcliffe’a w Moskwie Estonia i Łotwa informowały, że ich ocena prawdopodobieństwa bezpośredniego rosyjskiego ataku nie uległa zmianie i pozostaje niska.

Czy Rosja szykuje się do wojny?

Oczywiste jest, że istnieją symptomy przygotowań do potencjalnego ataku. Spoglądając pięć lat wstecz, można zauważyć, że rosyjski atak na Ukrainę poprzedziło rozpoczęcie manewrów wojskowych, które później stały się pretekstem do koncentracji wojsk. Choć wiemy, jak potoczyła się historia, mogło to być tylko markowanie przygotowań do wojny, by wymóc na swoim przeciwniku ustępstwa polityczne.

Bardziej szczegółowymi sygnałami świadczącymi o przygotowaniach mogą być zwiększenie zapasów krwi i leków w szpitalach, nagły wzrost zapotrzebowania na paliwo czy zmiany w organizacji ruchu kolejowego. To tylko część skrytych działań.

Reklama
Reklama

W przypadku danych wykorzystywanych do monitorowania rosyjskich przygotowań istnieje jeden zasadniczy problem. Rosja już prowadzi wojnę, przez co część informacji istotnych z punktu widzenia obserwacji jej działań pozostaje ukryta. Nie oznacza to jednak, że są one całkowicie niewidoczne.

Choć obecnie uwagę Rosji absorbuje wojna na Ukrainie, jej potencjalne działania eskalacyjne podejmowane w ramach tego konfliktu mogą skracać czas potrzebny na przygotowanie kolejnych operacji. Zgromadzone siły i środki mogą zostać przekierowane w krótszym czasie na inny teatr działań.

Sprawdź też: „Polska absolutnym liderem NATO”. Szef MON podsumował wydatki na wojsko

I właśnie z tym mogła, choć nie musiała, mieć związek wizyta Radcliffe’a w Moskwie, którą poprzedziło wydanie przez prezydenta Rosji trzech tajnych dekretów.

Jeden z nich może, choć znów nie musi, dotyczyć nowej rosyjskiej mobilizacji. O tej od miesięcy informuje ukraiński wywiad. Przewiduje się, że Rosjanie, zaraz po jesiennych wyborach, mogą przeprowadzić dodatkową mobilizację żołnierzy, zwiększając ich roczny nabór do 600 tysięcy.

Rosjanie temu zaprzeczają, twierdząc, że „jest to dezinformacja wymierzona w Rosję” – jak skomentował te doniesienia sam Putin. Rosyjski przekaz koliduje jednak z informacjami o wzmożonym ruchu na granicach Rosji. Ten może wynikać z obaw rosyjskiego społeczeństwa przed zbliżającą się mobilizacją.

Reklama
Reklama

Statystyki z frontu również wskazują odmienne zapotrzebowanie. Dzisiaj przy miesięcznej mobilizacji około 27 tysięcy żołnierzy Rosjanie tracą na froncie od 30 do 35 tysięcy ludzi. Matematyka jest zatem prosta. Choć Rosja kontynuuje ofensywę, na horyzoncie pojawia się problem uzupełnienia strat osobowych. Z prognoz dotyczących uzupełniania rosyjskich strat osobowych również wynika, że – ponownie według ukraińskiego wywiadu – do zwiększenia swojego kontyngentu wojskowego ma przygotowywać się Korea Północna, planując wysłanie na front do 50 tys. żołnierzy.

Czytaj także: Kwatera główna NATO potwierdza. Pilot Eurofightera zestrzelił drona nad Łotwą

Kolejnym działaniem eskalacyjnym Moskwy, które zaburzało dotychczasową równowagę i niepokoiło Amerykanów, było przeprowadzenie w zeszłym tygodniu ćwiczeń przez Rosyjskie Strategiczne Siły Rakietowe – odpowiedzialne za rosyjski arsenał jądrowy.

Ćwiczenia obejmowały przygotowanie i przeprowadzenie startu mobilnego międzykontynentalnego pocisku balistycznego w kierunku poligonu na Kamczatce. Sam test miał jednak znaczenie nie tyle wojskowe, ile polityczne. Stanowił wyraźny sygnał skierowany do Amerykanów, że Rosja jest gotowa demonstrować swoje zdolności strategiczne, w tym jądrowe, podnosząc poziom eskalacji również w obszarze odstraszania nuklearnego.

Reklama
Reklama

Czy groźby znajdą swoje odzwierciedlenie w użyciu broni jądrowej na Ukrainie? Byłaby to demonstracja ogromnej determinacji politycznej i próba obrony rosyjskich czerwonych linii, które od początku konfliktu są wielokrotnie przesuwane.

Decyzja o potencjalnym użyciu broni jądrowej oznaczałaby złamanie tabu obowiązującego od zrzucenia 9 sierpnia 1945 roku bomby atomowej na Nagasaki – zrzucenia bomby jądrowej przez Amerykanów nad Nagasaki. Taki krok byłby nie do zaakceptowania nie tylko dla USA, lecz także dla Chin, mocarstwa nuklearnego znacznie ważniejszego z perspektywy Rosji.

Polecamy również: Amerykańskie media dotarły do raportu wywiadu. Putin może zaatakować NATO

O tej możliwości również mówił w swoim ostatnim wywiadzie prezydent Stubb. Poinformował, że podczas lipcowej wizyty chińskiego szefa MSZ Wanga Yi w Helsinkach poruszył on kwestię ewentualnego użycia przez Rosję broni jądrowej. Według relacji Stubba Yi miał zapewnić: „Nigdy nie pozwolimy, by doszło do tego, żeby Rosja użyła broni jądrowej w konflikcie z Ukrainą. I myślę, że jest to całkiem silny czynnik odstraszający”.

Odstraszanie NATO

Rzeczywistość, w której dzisiaj funkcjonujemy, wskazuje na to, że Rosja jest odpowiedzialna za szereg powtarzających się aktów sabotażu w całej Europie. Wszystkie te sygnały należy rozpatrywać w kontekście konieczności przygotowania się na potencjalną eskalację ze strony Rosji wobec państw NATO. Jak więc reagują państwa NATO i w jaki sposób Sojusz próbuje odstraszać przeciwnika?

Reklama
Reklama

Choć prezydent Stubb w wypowiedziach studzi emocje, w obliczu potencjalnego zagrożenia podjął decyzję o zwróceniu się do Szwecji o rozmieszczenie w Finlandii wsparcia wojskowego. Fińska prośba była bezpośrednią konsekwencją nasilających się rosyjskich prowokacji, w tym naruszeń przestrzeni powietrznej w rejonie granicy z Rosją. W ramach wsparcia mają zostać zaangażowane szwedzkie myśliwce Gripen oraz okręty marynarki wojennej. W dalszej kolejności mają do nich dołączyć również pododdziały przeznaczone do zwalczania bezzałogowych statków powietrznych.

Pomimo deklarowanych przez Łotwę ocen o niskim prawdopodobieństwie bezpośredniego ataku Rosji łotewski MON poinformował, że od 2 września do 8 października na całym terytorium kraju odbędą się kompleksowe ćwiczenia obrony narodowej „Namejs 2026”. W ćwiczeniach ma wziąć udział około 12 tys. uczestników, w tym żołnierzy, członków Gwardii Narodowej Łotwy oraz wojskowych z państw sojuszniczych.

Ważnym elementem manewrów będzie również sprawdzenie procedur mobilizacyjnych, w tym szybkiego powoływania rezerwistów, wyposażania ich w broń i sprzęt oraz włączania do struktur bojowych. W ćwiczenia zaangażowane zostaną także instytucje państwowe, samorządy, służby bezpieczeństwa i przedsiębiorstwa. Pozwoli to przetestować zdolność całego państwa do działania w warunkach kryzysu.

Reklama
Reklama

Jak poinformowano w komunikacie, szczególny nacisk zostanie położony na wschodnią część kraju, w tym obszary przygraniczne. Jest to o tyle istotne, że wschodnia Łotwa pozostaje narażona nie tylko na presję migracyjną ze strony Białorusi. Wskazanie tego regionu jako jednego z głównych obszarów ćwiczeń może sugerować przygotowania na inne scenariusze destabilizacji wewnętrznej, w tym prowokacje i działania separatystyczne. Znaczenie tego elementu zwiększa struktura demograficzna kraju. Spośród około 1,8 mln mieszkańców Łotwy blisko 30 proc. stanowi ludność rosyjska, której znaczna część zamieszkuje właśnie tereny objęte ćwiczeniami wskazanymi w komunikacie.

Czytaj też: Ukraina w NATO? „To bajki”

Jeżeli chodzi o działania odstraszające prowadzone przez NATO, od początku sierpnia Sojusz prowadzi serię dużych ćwiczeń, ze szczególnym uwzględnieniem wschodniej flanki. Do najbardziej znaczących należały manewry lotnicze przeprowadzone w rejonie obwodu królewieckiego, będące odpowiedzią na rosyjskie ćwiczenia mobilizacyjne prowadzone na tym obszarze. Co istotne, ćwiczenia NATO nie zostały wcześniej zapowiedziane. Według dostępnych informacji miało w nich uczestniczyć do 50 statków powietrznych różnego typu, od samolotów myśliwskich po maszyny wczesnego ostrzegania i dozoru.

Reklama
Reklama

„To gorzej niż zbrodnia. To błąd”

W gruncie rzeczy trudno jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie: „Kiedy Rosja zaatakuje?”. Każda prognoza dotycząca potencjalnego ataku może ostatecznie okazać się czymś w rodzaju „wróżenia z fusów”. Nie zmienia to jednak faktu, że wojna jest sprawą zbyt poważną, aby zakładać optymistyczne scenariusze. Obowiązkiem państwa jest przygotowanie się na najgorszy rozwój wydarzeń.

Politykom nie można jednak wybaczyć posługiwania się strachem w sytuacji, w której sami nie przygotowują państwa i jego obywateli na grożący konflikt.

Czy Polska jest przygotowana na to zagrożenie? Na to pytanie odpowiedziała polska wiceminister obrony narodowej Magdalena Sobkowiak-Czarnecka: „Jesteśmy absolutnie gotowi na konfrontację wojenną z Rosją”.

Sprawdź także: Trump ostrzegał, Iran zignorował. Bazy USA w Kuwejcie zaatakowane

Pani minister ma jednak nadzwyczajny talent do składania deklaracji dotyczących przygotowania Polski przez resort, którym współkieruje. Nie tak dawno, bo w lipcu, komentowała kolejny niezdany przez Polskę test przygotowania ludności cywilnej na konflikt. Doszło do niego w sytuacji, gdy na Lubelszczyźnie spadła rosyjska rakieta manewrująca. Zapytana wówczas, czy procedury zadziałały i czy Polacy mają zapewnioną ochronę, pani minister odpowiedziała, że ona jako minister „ma inne procedury”.

Reklama
Reklama

Należy więc zadać pytanie, czy w ciągu nieco ponad miesiąca Polacy zyskali już choćby częściowo zbliżoną do tej, którą ma pani minister, pewność, że zostaną poinformowani o wystąpieniu zagrożenia przed faktem, a nie dopiero po nim.

Kolejne pytanie, które powinniśmy zadać naszym rządzącym, dotyczy przygotowania systemu rezerw polskich sił zbrojnych. To właśnie rezerwy stanowią zaplecze niezbędne do uzupełniania planowanej 500-tys. armii. Bo wojny wygrywają rezerwy.

Może Cię zainteresować: „Strategiczny analfabetyzm”. Gen. Andrzejczak ostro o słowach Błaszczaka

Gdy spojrzymy w tym kontekście na działania przygotowawcze naszych sąsiadów, państw graniczących z Rosją i będących pierwszą linią potencjalnego konwencjonalnego uderzenia, zauważymy, że tylko Polska nie ma stałego systemu poboru. W zamian funkcjonuje dwudziestoośmiodniowy system dobrowolnego zgłaszania się do zasadniczej służby wojskowej. Ten, jak mogłem przekonać się sam na własnej skórze, pozostawia wiele, naprawdę wiele do życzenia.

Jeśli rezygnujemy z form powszechnego szkolenia w sytuacji, gdy inne państwa regionu już je wprowadziły, polski MON albo jest przekonany, że wojna nam nie grozi, albo popełnia historyczny błąd. W historycznym rozrachunku, jak powiedział dziewiętnastowieczny francuski mąż stanu Charles Talleyrand, ten błąd może się okazać gorszy od zbrodni.

Źródło: Zero.pl
Wojciech J. Kittel
Wojciech J. KittelAnalityk think tanku Strategy and Future oraz współpracownik magazynu „Układ Sił”. Zajmuje się strategią oraz analizą zmian na współczesnym polu walki - autor zewnętrzny