Kilka dni temu na łamach Zero.pl pytałem o adresy wywiezionych zwierząt. Nie otrzymałem ich do dziś. Okazało się, że najistotniejsze było cenne okazy wywieźć, ale już sprawdzenie, jak im jest w nowych miejscach pobytu, nie jest istotne. Dziś z kolei dostrzec można dwa kolejne absurdy.
Kości zostały rzucone
W komunikacie z 14 października prokuratura opisała znalezione kości zwierząt, brak odpowiedniego zapasu karmy oraz przetrzymywanie zwierząt w zimnie. Kilka osób usłyszało zarzuty znęcania się nad zwierzętami. Śledczy zarzucają podejrzanym doprowadzenie do niedożywienia, cierpienia, a nawet śmierci zwierząt.
W świat poszedł jasny komunikat: pracownicy zoo głodzili zwierzęta, a być może je nawet zabijali. I co? I nic. Teraz prokuratura oczekuje, że pracownicy zoo będą zajmować się tymi zwierzętami, których organizacje współpracujące z prokuraturą nie wywiozły.
Pytam więc: te mniej wartościowe zwierzęta można głodzić i zabijać czy może jednak pracownicy nie głodzili i nie zabijali?
Oczywiście, pracować w zoo będą mogły te osoby, które nie usłyszały zarzutów. Ale bądźmy poważni: czy możliwe jest, by ktoś pracujący długimi latami w ogrodzie nie wiedział o tym, że jego koledzy doprowadzali do śmierci zwierząt? Czy pani Zosia lub Krysia nie wiedziały, że tygrys, wielbłąd czy lemury były głodzone?
Jeśli Zosia i Krysia wiedziały – jakim prawem mają teraz zajmować się zwierzętami? Jeśli do sytuacji dochodziło, a one nie wiedziały – chyba lepiej byłoby, gdyby tak niegramotne osoby nie wchodziły na teren wybiegów z drapieżnikami. Chyba że do sytuacji, które prokuratura zarzuca, nie dochodziło – wtedy faktycznie Zosia i Krysia mogą pracować w zoo.
I, żeby była jasność, w ogóle nie czepiam się pracowników zoo. Przyjmuję, że zajmowali i będą zajmować się zwierzętami z najwyższą starannością. Po prostu dziwne wydaje mi się, że jednego dnia śledczy tworzą obraz cmentarzyska dla zwierząt, by drugiego część osób związanych z tym cmentarzyskiem jak gdyby nigdy nic wpuścić do zajmowania się zwierzętami.
Powtórzę to, co już kilka razy mówiłem: nie mam pojęcia, jak wyglądała rzeczywistość w zoo w Łącznej. Nigdy tam nie byłem, ba – nigdy nie byłem w Łącznej. Po prostu cała historia coraz mniej się klei.
Sensacja w meczu Świątek z Chwalińską! Łzy i problemy zdrowotne faworytki
Właściciel nie może, a musi
Generalny Dyrektor Ochrony Środowiska oczekuje od właściciela zoo w Łącznej, że podejmie on w najbliższych dniach konkretne działania zmierzające do likwidacji stwierdzonych przez GDOŚ nieprawidłowości. W przeciwnym razie zoo zostanie zamknięte.
Tak przynajmniej wynika ze stanowiska Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska.
Poinformowała ona bowiem, że ostatnia kontrola zoo zakończyła się we wrześniu 2025 r. Wykazano nieprawidłowości dotyczące między innymi warunków utrzymywania części gatunków i dokumentacji. Stwierdzono również niewykonanie części wcześniejszych zaleceń. Postępowanie w sprawie cofnięcia zezwolenia na prowadzenie ogrodu wszczęto w sierpniu 2026 r.
I dalej: „w najbliższych dniach, podmiot jest zobowiązany do podjęcia konkretnych działań zmierzających do likwidacji stwierdzonych nieprawidłowości”. Krótko mówiąc: albo właściciel zoo usunie nieprawidłowości, albo straci zoo.
Jest tylko jeden „drobny” kłopot: 16 października prokurator Prokuratury Rejonowej w Wałbrzychu wydał postanowienie o oddaniu na przechowanie zwierząt burmistrzowi Mieroszowa, czyli gminy, na której terenie znajduje się zoo.

Najnowsze ustalenia służb w sprawie zoo. (fot. materiały gminy)
Mamy więc do czynienia z kolejnym absurdem: właściciel zoo ma usunąć nieprawidłowości dotyczące zwierząt, aby móc zachować przybytek swojego życia, ale nie może podejmować żadnych decyzji bezpośrednio dotyczących zwierząt znajdujących się w zoo.
Wyobraźmy sobie więc teraz hipotetyczny przykład: burmistrz Mieroszowa źle zarządza i zwierzętom dzieje się krzywda. I to będzie stanowiło wtedy podstawę do tego, żeby właścicielowi cofnąć zgodę na prowadzenie ogrodu?
Vadim Brodski między Warszawą, Kijowem i Rzymem. „Koncertu Czajkowskiego na razie nie zagram”
Rozliczanie ratowania
Mam wrażenie, że niektórzy w ostatnich dniach za wszelką cenę chcą wtłoczyć nas w wybór: albo jesteś za zwierzętami, albo za właścicielem zoo. Tymczasem nie chcę dokonywać takiego wyboru. Chcę – tylko i aż – żeby zwierzęta miały dobrą opiekę, a państwo potrafiło ją zapewnić, kiedy podejmuje interwencję. To obejmuje sprawdzenie właściciela, organizacji przyjmujących zwierzęta i urzędników, którzy zdecydowali o przebiegu akcji.
Cała akcja w zoo budzi poważne wątpliwości opinii publicznej. Nie dziwię się temu – też mam wątpliwości. Chciałbym więc, żeby po tej akcji powstało porządne rozliczenie. Co zaplanowano, co się nie udało, kto przejął każde z wywiezionych zwierząt, kto sprawdzi jego dalszy los i jak zabezpieczono te, które zostały.
Jeśli ktoś w zoo znęcał się nad zwierzętami, należy go rozliczyć. Jeżeli przy ich ratowaniu ktoś naraził je na dodatkową krzywdę, również trzeba to ustalić.
Zwierząt niestety nie da się nakarmić komunikatem, że wszystko robiono dla ich dobra.


