Reklama
Reklama
Reklama

Vadim Brodski między Warszawą, Kijowem i Rzymem. „Koncertu Czajkowskiego na razie nie zagram”

TYLKO NA
izban-listing
Zwycięzca Konkursu Wieniawskiego z 1977 r. mówi o wojnie w rodzinnym Kijowie, polskiej publiczności i grze na skrzypcach Paganiniego (fot. ZUMA/NEWSPIX.PL/SHUTTERSTOCK)
Dodaj do ulubionych źródeł w Google

– Przyrzekłem ze sceny, że nie będę wykonywał utworów kompozytorów rosyjskich, dopóki Putin nie wycofa się z Ukrainy. Rosyjska muzyka jest wspaniała, co do tego nie ma wątpliwości. Ale nadal uważam, że to jest soft power, czyli propaganda. Więc koncertu Czajkowskiego na razie nie zagram – mówi w rozmowie z Zero.pl Vadim Brodski, wirtuoz skrzypiec, muzyk urodzony w Kijowie, od lat związany z Polską.

  • Kijów dał mu szkołę, Polska – pierwszą wielką nagrodę i dom, Rzym – drugi dom i język, który uważa za najpiękniejszy na świecie. W 1977 r. wygrał w Poznaniu Konkurs Wieniawskiego, w roku 1984 – konkursy Paganiniego w Genui i Tibora Vargi w Sion.
  • Grał na skrzypcach Paganiniego, przez piętnaście minut tłumaczył symultanicznie Michaiła Gorbaczowa i od czterdziestu pięciu lat krąży między Wisłą a Tybrem.
  • Od lutego 2022 r. jego rodzinny Kijów jest miastem ostrzeliwanym, a Polska – krajem, który przyjął miliony jego rodaków.
  • Z Vadimem Brodskim rozmawiamy o tym, co znaczy być dziś skrzypkiem urodzonym w Kijowie z polskim paszportem, o sowieckich urzędnikach, którzy na pięć lat odebrali mu scenę, o Guarnerim z Genui i o tym, dlaczego polska publiczność kocha go, zanim zagra pierwszy dźwięk.

Włodzimierz Izban, Zero.pl: Maestro, zacznę od pytania, którego nie da się dziś ominąć. Urodził się pan w Kijowie, mieszka w Warszawie i w Rzymie, ma polskie obywatelstwo. Kiedy 24 lutego 2022 r. dotarła do pana wiadomość o rosyjskim ataku na Ukrainę – kim pan był tego ranka: Ukraińcem, Polakiem, obywatelem świata, skrzypkiem?

Vadim Brodski: Tamtego ranka nie słyszałem żadnych wiadomości. Miałem próbę generalną – właśnie 24 lutego wieczorem grałem w Teatrze Wielkim na skrzypcach Paganiniego, które ambasada włoska sprowadziła do Polski. To wielka zasługa ambasadora Alda Amatiego. Dwa lata pracował nad tym, żeby instrument wreszcie dojechał do Warszawy.

Tego dnia nie istniało dla mnie nic innego. Podczas próby ktoś do mnie podszedł – wszyscy przecież wiedzieli, że urodziłem się w Kijowie – i powiedział, że Rosja rozpoczęła pełnoskalową inwazję. Pomyślałem: kolejny fake. Dopiero po koncercie zdałem sobie sprawę z tego, co się stało, i nadal nie mogłem w to uwierzyć. To mi się po prostu nie mieściło w głowie.

Reklama
Reklama

Nazajutrz zadzwoniłem do rodziny w Kijowie. Wszyscy byli w szoku, nikt nie był w stanie pojąć, że coś takiego jest możliwe.

A kim byłem? Czułem się Polakiem. Tak samo jak wszyscy Polacy, którzy w tamtych dniach poczuli się Ukraińcami. Napadnięto na Kijów. Na szczęście udało się go obronić, choć wisiało to na włosku.

Z Moskwy przez Warszawę do Ukrainy. Ciało Kaszpirowskiego w drodze

Kijów pańskiego dzieciństwa to konserwatorium i radzieckie mieszkanie. Kijów dzisiejszy to syreny alarmowe. Czy ma pan tam jeszcze bliskich, dom, groby?

Mam. W Kijowie nadal jest rodzina, z którą utrzymuję stały kontakt. Część rodziny została odcięta w Ługańsku. W Kijowie są pochowani moi dziadkowie, rodzice i jedyna córka mojego brata.

To jest część mojego życia. Bardzo chciałem bliskich odwiedzić, ale poprosili, żebym nie przyjeżdżał. Mieli swoje racje.

Po wybuchu wojny Polska przyjęła ogromną liczbę uciekających przed nią Ukraińców. Pan mieszka tu od ponad 45 lat i patrzył na tę pierwszą falę pomocy z bliska. Co pana poruszyło najbardziej? A cztery lata później – czy jako artysta z ukraińskim rodowodem odczuł pan zmianę klimatu? Czy ktoś kiedykolwiek powiedział panu: „Wracaj do siebie”?

Poruszyła mnie autentyczna, wspaniała gościnność i zrozumienie sytuacji sąsiada, który tak bardzo ucierpiał. A „wracaj do siebie”? Skąd! Przez 45 lat mojego pobytu w Polsce nigdy się z czymś takim nie zetknąłem.

Reklama
Reklama

Grał pan z najlepszymi orkiestrami Moskwy i Petersburga, uczył się w systemie wspólnym dla Kijowa i Moskwy. Czy istnieje dziś dla pana rosyjska muzyka, na którą można się zgodzić, i taka, na którą nie można? Zagrałby pan dziś Czajkowskiego w Warszawie?

W szóstym czy siódmym dniu inwazji, na początku marca 2022 r., grałem koncert w Bydgoszczy, transmitowany na żywo i uroczyście przyrzekłem ze sceny, że nie będę wykonywał utworów kompozytorów rosyjskich, dopóki Putin nie wycofa się z Ukrainy. Wszystko jest udokumentowane, nagrania są w archiwach.

Niektórzy koledzy uważali tę deklarację za kontrowersyjną i w jakimś sensie mogę ich zrozumieć: rosyjska muzyka jest wspaniała, co do tego nie ma wątpliwości. Ale nadal uważam, że to jest soft power, czyli propaganda. Więc koncertu Czajkowskiego na razie nie zagram.

Składając tę deklarację, myślałem, że konflikt skończy się w ciągu sześciu, dziesięciu, dwunastu miesięcy, jakimś happy endem. A wojna trwa już blisko 1700 dni. Nadal jednak trzymam się swojego punktu widzenia i niczego nie żałuję.

Nobel dla Anne Carson. Czy wielka literatura musi się podobać?

W 1977 r. wygrał pan Konkurs Wieniawskiego w Poznaniu. Dla polskiej publiczności był pan wtedy „skrzypkiem radzieckim”. Kiedy po raz pierwszy poczuł pan, że Polacy zaczęli pana traktować jak swojego?

Reklama
Reklama

Tuż po mojej przeprowadzce do Polski, we wrześniu 1981 r. Byłem bardzo lubiany, a większość słuchaczy wiedziała, że miałem poważne kłopoty z reżimem sowieckim: na pięć lat cofnięto mi paszport i nie mogłem nigdzie koncertować. W jakimś sensie stałem się symbolem antysowieckiego nastawienia polskiego społeczeństwa tamtych lat.

W 1984 r. wygrał pan Konkurs Paganiniego w Genui i Konkurs Tibora Vargi w Sion. Trzy wielkie konkursy, trzy pierwsze nagrody. Czy wszystkie szanse, które były panu dane, zostały wykorzystane?

Kto wie, w którym roku się urodziłem, ten policzy, że do tych dwóch ostatnich konkursów stawałem, mając już sporo lat. Nie miałem wyboru: zegar konkursowy szedł bezlitośnie do przodu i to były jedyne konkursy, w których mogłem jeszcze uczestniczyć. Za to bardzo prestiżowe. I wszystkie trzy wygrałem.

Co powiedziałby pan młodemu skrzypkowi, który pyta, czy konkursy to dziś dobry sposób na rozpoczęcie kariery?

Że niekoniecznie. Dziś przeważająca większość wygranych konkursów nie przekłada się na karierę. Nie chciałbym się rozwodzić nad tym, jak ostatnio oceniani są uczestnicy. Zrobił się z tego wielki biznes. Spora część moich kolegów skrzypków zasiadających w jury podchodzi do oceniania w sposób merkantylny: promują tych, którzy nie zawsze zasługują na zwycięstwo. W prostych, żołnierskich słowach nazywa się to biznesem.

Reklama
Reklama

Nie chcę dalej dyskutować na ten temat, ale mam nadzieję, że czytelnicy zrozumieją, o co chodzi. A rada dla młodych? Bycie skrzypkiem, pianistą czy jakimkolwiek solistą to bardzo niebezpieczna inwestycja.

W wielu wywiadach mówił pan, że najbardziej ceni polską publiczność. Co ona ma, czego nie mają Włosi, Niemcy, Amerykanie?

Wolę grać dla polskiej publiczności choćby dlatego, że tutaj jestem znanym muzykiem i rozpoznawalną osobą. W innych krajach bywa to – nie chcę powiedzieć „jednorazówka”, ale tak to nazwijmy – na zasadzie: przyjechałeś, zagrałeś, poszedłeś do kasy i do widzenia. Nie wiesz, czy dostaniesz zaproszenie po raz drugi.

A w Polsce? Jestem na estradzie od prawie 50 lat. Pamiętają mnie dwa pokolenia, szczególnie słuchacze z lat 70. i 80., i nadal bardzo ciepło mnie przyjmują. Czuję to już w chwili wyjścia na scenę: oni mnie kochają, zanim zagram.

„Null”, czyli coś. Wojna w Ukrainie według Szczepana Twardocha

Jest pan chyba jedynym skrzypkiem na świecie, który tłumaczył symultanicznie Michaiła Gorbaczowa. Jak do tego doszło?

Historia jest autentyczna i bardzo ciekawa. Sierpień 1991 r.: pucz w Związku Sowieckim, Gorbaczow internowany w państwowej willi na Krymie, po kilku dniach wraca samolotem do Moskwy. Jestem w Rzymie. Nagle dostaję telefon z RAI Uno, pierwszego programu włoskiej telewizji. Ucieszyłem się. Pomyślałem: wspaniale, będzie kolejny koncert transmitowany na żywo – grałem przecież sporo z orkiestrami radiowymi Rzymu, Turynu, Mediolanu i Neapolu.

Reklama
Reklama

Tymczasem pytają, czy nie znam zawodowego tłumacza z rosyjskiego na włoski. Druga połowa sierpnia, wszyscy tłumacze na urlopach, w Rzymie nie ma żywej duszy. Odpowiedziałem: tłumaczy nie znam, ale co to za problem? Ja przetłumaczę.

Porwałem się, jak to mówią, z motyką na słońce. Wydawało mi się, że po trzech latach pobytu we Włoszech znam ten język doskonale. Piętnaście minut później siedziałem już w studiu. Założyli mi słuchawki i dopiero kiedy zobaczyłem na monitorach Gorbaczowa, ogarnęło mnie przerażenie, bo zrozumiałem, w co się wpakowałem. Puls skoczył mi z 70 do 120. Męczyłem się dwanaście, może piętnaście minut, aż cała redakcja pojęła, że ten tłumacz symultaniczny jest do kitu. Przełączono się więc na Tele Monte Carlo – stację bez wielkiej renomy, ale z doskonałym tłumaczem.

Olga Tokarczuk i pytania zakazane. Wywiad, którego nie przeczytacie

W ciągu tych piętnastu minut zdarzył się jednak epizod, którego nie zapomnę. Tłumacz musi oddać wszystko, nawet wulgaryzmy. To była niezwykle dramatyczna konferencja prasowa. Zapytano Gorbaczowa, co odpowiedział puczystom, gdy zaproponowali mu podpisanie rezygnacji. Odparł: „Wy jesteście ch…je” – i tu padło słowo, którego w druku nie powtórzę. Przeraziłem się i przetłumaczyłem: „Jesteście niezbyt dobrze wychowanymi chłopcami”. Włoscy widzowie pomyśleli więc, że Gorbaczow zareagował nadzwyczaj grzecznie.

Reklama
Reklama

Tak czy inaczej, były to chyba najsłodsze 350 dol., jakie zarobiłem w życiu. Tyle że ręce pociły mi się jeszcze przez trzy dni, a głowa bolała przez tydzień. W wieku, w którym jestem teraz, po takim wysiłku dostałbym chyba wylewu. Mam więc radę dla tłumaczy symultanicznych: w słusznym wieku trzeba uważać! (śmiech)

Wróćmy od wielkiej polityki do muzyki. Grał pan na instrumentach Paganiniego. Co dzieje się z rękami skrzypka, kiedy dostaje instrument, który dwieście lat temu trzymał tamten człowiek?

Grałem na dwóch instrumentach związanych z Paganinim. Pierwszy to jego własny Guarneri del Gesù, słynny „Il Cannone”. Drugi ten, który przyjechał do Warszawy i na którym grałem w Teatrze Wielkim – to „Sivori”, kopia „Il Cannone” wykonana dla Paganiniego przez francuskiego lutnika Jeana-Baptiste’a Vuillaume’a. Nawiasem mówiąc, kopia brzmi dziś o wiele lepiej niż oryginał, bo oryginał jest chory. Ale to świętość: dla Włochów ten instrument, przechowywany w muzeum w Genui, jest czymś w rodzaju Matki Boskiej.

A ręce? Na początku masz oczywiście dreszcz. Później zwycięża profesjonalizm i mówisz sobie: owszem, to są skrzypce, na których grał Paganini, ale nadal są to tylko skrzypce, a ty masz wykonywać swój zawód. Po trzech, czterech minutach dreszcz mija. Gdy grałem na jego instrumencie po raz trzeci, minął już po minucie. W Związku Sowieckim krążyła kiedyś anegdota, że dla skrzypka zagrać na skrzypcach Paganiniego to jak dla kagiebisty strzelić z pistoletu Dzierżyńskiego.

Reklama
Reklama

Noże w szkołach, gry pod pręgierzem. Nowe, nie znałem

A na jakim instrumencie gra pan na co dzień? Czy skrzypce mogą być dla emigranta rodzajem ojczyzny – jedyną rzeczą, którą zabiera się przez wszystkie granice?

Na drugą część pytania nie umiałbym odpowiedzieć. Na co dzień gram na skrzypcach zbudowanych wiele lat temu przez lutnika z Neapolu.

Od lat wykonuje pan muzykę żydowską – w synagogach i na festiwalach. Czym są dla pana te spotkania: muzyką, pamięcią czy jednym i drugim?

Do takich zaproszeń podchodzę bardzo profesjonalnie i z jednakową przyjemnością gram folklor włoski, ukraiński i żydowski. Dostaję zamówienie i sumiennie wykonuję swoją pracę. Muszę jednak powiedzieć, że folklor żydowski jest nadzwyczajny. Nie znamy w tej muzyce wielu utworów większej formy, symfonii czy oper. Wyjątkiem może być „Skrzypek na dachu”, którego wolno już nazwać klasyką. Te mniejsze formy są jednak wspaniałe.

Recenzenci nazywają pana „wirtuozem i czarującym showmanem”. W środowisku filharmonicznym nie zawsze brzmi to jak komplement. Ma pan z tym problem?

Żadnego. Po prostu rozdzielam te role. Jeżeli gram koncert muzyki klasycznej, to jest klasyka i na żadne „showmaństwo” nie ma miejsca. Nie będę tu niczego wypominał pewnemu słynnemu koledze z Wysp, który potrafi w środku klasycznego koncertu coś komentować i opowiadać.

Reklama
Reklama

Natomiast przy lżejszym repertuarze odkryłem, że publiczność bardzo lubi, kiedy mówię ze sceny. Stawiam sobie jednak wyraźną granicę: taka wypowiedź musi być bardzo krótka. Mówię więc zwięźle, wolno i prostym językiem. Zdaję sobie sprawę, że mój polski wciąż nie jest doskonały, choć napisałem w języku polskim trzy książki. Nigdy nie podkreślam swojej wyższości nad publicznością, jak czynią to niektórzy „znawcy muzyki” – nie chcę nikogo urazić. Bywają prelegenci, którzy nadużywają elokwencji i mówią bardzo szybko. Przy 150 osobach na sali jeszcze coś słychać, ale gdy jest ich więcej niż 200, połowa nic nie rozumie i nie może się doczekać, aż prelegent przestanie „gadać” i zacznie się muzyka.

110 miliardów powodów, by wątpić. Co fuzja Paramountu z Warnerem oznacza dla kina i mediów?

Jest pan profesorem Akademii Muzycznej w Bydgoszczy. Czy do pańskiej klasy trafiają studenci zza wschodniej granicy?

Przez rok miałem jednego studenta ze Lwowa, a w całej karierze dwoje studentów z Białorusi. W tej chwili na pierwszym roku uczy się u mnie bardzo zdolna Białorusinka. Mówi po polsku tak doskonale, że aż miło posłuchać.

Na koniec pytanie przewrotne. Proszę dokończyć zdanie – bez skromności, bo ta bywa formą uniku: „Vadim Brodski dla Polski i Ukrainy to…”

Reklama
Reklama

Odpowiem tak: Vadim Brodski dla Ukrainy, dla Polski, dla Italii, dla Europy jest przede wszystkim symbolem integracji. Jestem człowiekiem Europy i tak patrzę na swoje życie. Jestem przykładem tego, jak doskonale łączymy się w tym naszym nowym „kraju”, który liczy 450 mln mieszkańców.

Te wszystkie wspaniałe stadiony, autostrady, czyściutkie drogi na peryferiach Polski, muzea, nowe gmachy – choćby znakomity budynek Akademii Muzycznej w Bydgoszczy, gdzie mam zaszczyt być profesorem – to wszystko efekt członkostwa we wspólnocie europejskiej. Polska przez 22 lata zyskała netto ok. 170 mld euro. Kolosalna suma.

Dlatego się wściekam, kiedy słyszę, że „musimy wyjść z Europy”. Jest to dla mnie przykład totalnego cynizmu. Politycy głoszący takie opinie doskonale wiedzą, skąd Polska dostała pieniądze na ten niebywały rozwój w ostatnich dwudziestu dwóch latach, i wiedzą, że bez europejskich pieniędzy tego wszystkiego byśmy nie mieli.

A żeby skończyć optymistycznie: zapraszam na moje koncerty!


Vadim Brodski to polski skrzypek pochodzenia ukraińskiego, urodzony 24 kwietnia
1950 r. w Kijowie. Kształcił się pod kierunkiem Olgi Parchomienko i Dawida
Oystracha. W 1977 r. zdobył pierwszą nagrodę na Międzynarodowym Konkursie
Skrzypcowym im. Henryka Wieniawskiego w Poznaniu, a w 1984 r. zwyciężył
również w konkursach Paganiniego i Tibora Vargi. Koncertował z wieloma znakomitymi
orkiestrami, m.in. Filharmonią Narodową w Warszawie i London Philharmonic
Orchestra. Wśród jego nagrań znajdują się koncerty skrzypcowe Brahmsa, Czajkowskiego, Paganiniego i Wieniawskiego oraz sonaty na skrzypce solo Eugène’a Ysaÿe’a.

Reklama
Reklama