- Usłużność mediów wobec władzy to nie wymysł współczesności. Dzisiejszy partyjny ping-pong wylewający się z mediów społecznościowych ma swoje głębokie korzenie w komunistycznej propagandzie sukcesu.
- „A PiS to...” stało się uniwersalną tarczą KO. Zamiast merytorycznych odpowiedzi na afery, politycy wolą odwracać kota ogonem, stosując sprawdzony mechanizm polaryzacji.
- 50 lat temu Edward Gierek pokazał, jak wygląda prawdziwy seans nienawiści. Po protestach w Czerwcu ’76 posłuszni dziennikarze bez mrugnięcia okiem nazwali walczących o byt robotników „młodocianą żulią”.
Jedni mają przetarte spodnie od klęczenia przed KO, drudzy rozwijają medialny dywan przed PiS-em. Po obu stronach politycznej barykady nie brak dziennikarzy, którzy kropka w kropkę, przecinek w przecinek powielają partyjne przekazy.
Przeczytaj także: Tusk? Kaczyński? Oni nie odejdą. Czy emerytura polityczna w Polsce to mit
Czy na lewo – Eliza Michalik, prosząca KO na X, „żeby wreszcie zainwestowała w porządny PR, bo pozwalanie PiS, żeby ich rozliczał, to jak pozwalanie seryjnemu mordercy i gwałcicielowi rozliczać babcię, która z głodu ukradła kajzerkę”. Czy na prawo – Jarosław Olechowski, zastanawiający się, jakim cudem dziadek Donalda Tuska znalazł się na jednym statku z załogą do końca wierną Hitlerowi.
Ale, ale – czwarta władza usłużna wobec pierwszych trzech to nie wynalazek naszych czasów. Już Edward Gierek miał do dyspozycji media, które w razie potrzeby ruszały do propagandowego ataku. W czerwcu 1976 r. wypadło na protestujących robotników...
„VIP salonik”? A PiS to...
Koniec czerwca, czyli żniwa w pełni albo tuż-tuż. Mowa oczywiście o rolniczych, bo te polityczno-społecznościowe trwają cały rok. Zwykle ich intensywność słabnie nieco w sezonie ogórkowym, ale w tym roku krakowianie zdecydowali inaczej. Lipiec i sierpień upłyną więc pod znakiem obietnic, jak uczynić Kraków lepszym/jeszcze lepszym/najlepszym, a w ruch pójdą tony kiełbasy wyborczej. Dostępnej również na Facebooku, Instagramie czy X-ie, zwanym dawniej Twitterem, a równolegle politycy i ich internetowi wyznawcy będą się wykłócać o mniejsze i większe pierdoły (bo przecież nie o jakość ustaw) do ostatniej kropki i do ostatniego przecinka.
Przeczytaj także: Szpital tylko dla swoich. „Salon VIP” jak za PRL
I będzie to raczej prymitywny, klawiaturowy ping-pong niż elegancka szermierka słowna. Ot, dociekliwy dziennikarz zapyta: „Dlaczego w Warszawskim Szpitalu Południowym działał „VIP salonik”?” Na to poseł/senator/minister/radny Koalicji Obywatelskiej, wyspecjalizowany w sztuce odwracania kota ogonem: „A PiS to...”. Albo pytanie: „Dlaczego niedawny koordynator SOR-u w tymże szpitalu, a zarazem były radny KO, Dawid Kacprzyk, dokonał korekty 33 faktur i zwrócił na konto placówki 500 000 zł?”, i odpowiedź: „A PiS to...”.
Wreszcie taki dialog: „Czemu z jednego z pomieszczeń, należącego do przyszpitalnego Warszawskiego Centrum Chirurgii Kręgosłupa, w pośpiechu wynoszono meble?” – „A PiS to...”. Można też w ogóle nie odpisać, gorzej, jeśli pytanie zadałby na żywo na korytarzu jakiś Jacek Prusinowski albo inny Patryk Słowik...
Może w ogóle odpowiedzią polityków KO na zarzuty (jakiegokolwiek kalibru) powinien być skrót „APT” – „A PiS to...” ? Można by go zresztą stosować w twittach i tekstach, niby krytykujących partię z biało-czerwonym serduszkiem, ale nie do końca. Na przykład:
Sprawa „VIP saloniku” to rzecz nie do obrony. I moralnie – w świat idzie obrazek polityków rozpostartych na fotelu, mających dostęp do badań „od ręki”, podczas gdy zwykli pacjenci gniotą sobie, często przez kilka godzin, kręgosłupy na krzesełkach. I politycznie – to złoto dla opozycji, potwierdzające stereotyp Koalicji Obywatelskiej jako formacji złożonej z wielkomiejskich próżniaków, dla których są przywileje. Dla Kowalskiego i Kowalskiej – wielogodzinne kolejki.
Tyle że na końcu wystarczyłyby trzy litery „APT”, aby zaniepokojony czytelnik odetchnął z ulgą. Przy okazji warto też przypomnieć nieco inny skrót, który przed II wojną światową gościł na łamach polskiej prasy: „m. ż. G. s. r.”. Dla niewtajemniczonych – „mimo że Gdynia się rozbudowuje”, stosował go Antoni Słonimski w swoich felietonach publikowanych w „Wiadomościach Literackich”. Wybitnemu poecie chodziło o to, że rządząca wówczas sanacja może pochwalić się realnymi sukcesami typu dynamiczny rozwój „miasta z morza”, ale nie zmienia to faktu, że ma na swoim koncie szereg porażek, a nawet afer.
I wydaje się, że tych kilka liter autorstwa Słonimskiego powinno wyznaczać kierunek dziennikarzom wobec każdej partii rządzącej, obecnie i w przyszłości. W tym wobec Prawa i Sprawiedliwości, które w latach 2016–2023 uczyniło sobie z TVP nie tyle tubę, co setki propagandowych wuwuzel. Paski grozy, powtarzana do zapętlenia w „Wiadomościach” wypowiedź byłego ministra finansów Jacka Rostowskiego, że „pieniędzy nie ma i nie będzie”, Donald Tusk, w tle Motława i hasło „für Deutschland” – tę wyliczankę można by jeszcze długo kontynuować. Jak skrupulatnie policzył profesor Antoni Dudek, tylko w okresie styczeń–październik 2021 r. wypowiedź obecnego premiera wyemitowano w głównym programie informacyjnym telewizji aż 97 razy.
Do tego w odpowiednim kontekście, dowodzącym, że Tusk ma wręcz dziury na spodniach od nieustannego klęczenia przed Berlinem. Na afery PiS spuszczono zaś zasłonę milczenia, a byłoby, jeśli jesteśmy przy służbie zdrowia, o czym mówić. Choćby o szpitalu tymczasowym utworzonym w hali Netto Arena w Szczecinie podczas pandemii. W postawionej za 29 mln zł lecznicy przez tygodnie i miesiące hulał wiatr – nie przyjęła żadnego pacjenta. Można by też powiedzieć o respiratorowym szmelcu, zakupionym za ponad 82 mln zł od handlarza bronią. Można by, ale nie chciano.
Robotnicy czy „młodociana żulia”?
Czy jednak odwracanie uwagi od nadużyć ulubionej partii lub wręcz rozwijanie przed nią medialnego dywanu to wynalazek naszych czasów? Oczywiście nie, a w związku z 50. rocznicą Czerwca ’76 nie sposób pominąć nagonki, jaką usłużni wobec komunistycznej władzy dziennikarze zrealizowali przeciwko protestującym robotnikom. Określenia typu „warcholska reakcja”, „młodociana żulia”, „antyspołeczne pasożyty” wypełniły wówczas strony dziesiątek gazet, a sygnał do kampanii nienawiści dał sam I sekretarz KC PZPR, Edward Gierek. Kojarzony często jako dobroduszny, zatroskany o los narodu przywódca, który w życiu muchy by nie skrzywdził, wypowiadał się o robotnikach Radomia, Ursusa czy Płocka w wyjątkowo brutalny sposób.
Dla przykładu: „jak my ich nienawidzimy, jacy to są łajdacy [...], powinni się wstydzić, że w ogóle są Polakami, że w ogóle na świecie chodzą”. A wszystko zaczęło się od radykalnych podwyżek cen, o których społeczeństwo dowiedziało się z telewizji. Podczas transmitowanego przez TVP sejmowego przemówienia premier Piotr Jaroszewicz ogłosił bowiem, że mięso i ryby podrożeją średnio o 69 proc. (lepsze gatunki nawet o 110 proc.), ser o 58 proc., masło o 60 proc., drób i jaja o 30 proc., cukier o 90 proc., a ryż aż o 150 proc. I to z niemal dnia na dzień – szef rządu poinformował o nowych cenach 24 czerwca 1976 r., a już cztery dni później miały one wejść w życie.
Z filmu „Gierek” (2022) dowiadujemy się, że Jaroszewicz (filmowy Filip) został zmuszony do wprowadzenia podwyżek szantażem. Stanisław Kania (na ekranie towarzysz Maślak), odpowiedzialny w PZPR za nadzór nad bezpieką i wojskiem, miał mu rzekomo zagrozić śmiercią syna w „wypadku”, jeśli odłoży „propozycje cenowe” w kąt.
Szkoda tylko, że [syn] szybko jeździ, może mu się coś stać... Ale zrobimy mu piękny pogrzeb, na koszt państwa – słyszy premier i ulega, a następnie przekonuje do wprowadzenia drożyzny Gierka.
I sekretarz oponuje, jak może, wciąż pyta: „Co z ludźmi?” i zgadza się na podwyżki jedynie pod warunkiem, że „to na jakiś czas”.
Problem w tym, że od tego wyrobu filmopodobnego wiarygodniejsze są średniowieczne żywoty świętych. W rzeczywistości Kania nie posunął się do żadnego szantażu, a w sprawie cen duet Gierek – Jaroszewicz działał ramię w ramię. Nagły wzrost kosztów życia zbulwersował tymczasem Polaków, tym bardziej że komuniści zaproponowali, niejako na osłodę, system finansowych pseudorekompensat. Pseudo, bo to nie gorzej zarabiający mogli liczyć na większe pieniądze, a ludzie z wyższymi pensjami (po 600 zł). Do biedniejszych miało trafić jedynie około 240 zł.
Efekt? Jak wyliczyła jedna ze szwaczek radomskiego zakładu „Radoskór”, od tej pory za „dniówkę” mogła sobie pozwolić co najwyżej na zakup kostki masła i kilograma cukru. Nic dziwnego, że 25 czerwca ludzie wyszli na ulice, a do największych demonstracji doszło w Radomiu, Ursusie i Płocku. Przez dłuższy czas manifestujący ludzie zachowywali się zresztą w miarę spokojnie – przykładem Radom, gdzie zgromadzili się przed lokalną siedzibą PZPR. Przemówił do nich I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego, Janusz Prokopiak, i zapowiedział, że przekazał żądanie cofnięcia podwyżek do Warszawy, a odpowiedź ma nadejść w ciągu 2 godzin.
Przeczytaj także: SOR dla wszystkich? Nie – pacjenci VIP wchodzą bez kolejki
Był to jednak jedynie blef, aby zyskać na czasie, a około 14:00 Prokopiak i jego współpracownicy uciekli, wyprowadzeni z budynku przez milicjantów w cywilu. Gdy tłum zorientował się, że I sekretarz KW zwiał, a oni zostali oszukani, co odważniejsi wbiegli do partyjnego gmachu i zaczęli go demolować. Od krzeseł i stołów, przez dywany i maszyny do pisania, po radia, telewizory i obrazy Lenina – wszystko leciało przez okna, a jakby tego było mało, budynek został podpalony. Przez kogo? Do tej pory pozostaje to zagadką, a prócz siedziby komunistów zniszczeniu uległo w Radomiu 135 sklepów, kiosków i innych obiektów handlowych.
Niestety, przeróżnej maści chuligani wykorzystali robotniczy protest, aby wybijać szyby, włamywać się, gdzie się da, i powykradać, co się da. Chleb, konserwy, buty, spodnie, koszule, cegły, alkohol, a nawet lodówki i pralki – te towary padały łupem złodziei. Jak relacjonował jeden z protestujących:
Z witryn sklepowych ludzie ci wyciągali różne sprzęty sportowe i inne, było to dwóch młodych ludzi i dziewczyna w wieku lat 17–18. Na zwróconą przeze mnie uwagę, że źle robią, zwrócili się do mnie wulgarnie i odjechali na motorowerze. W tym czasie w sklepie monopolowym młody człowiek wybił szybę wystawową, a następnie, najprawdopodobniej żonie, wydawał butelki z winem. Kobieta była w zaawansowanej ciąży.
Faktem jest, że podobnych incydentów nie brakowało, ale dla pełni obrazu dodajmy, że część z nich była dziełem prowokatorów, nierzadko esbeków. W późniejszej kampanii propagandowej władz oczywiście to nie miało znaczenia: winni zniszczeń byli wszyscy radomscy robotnicy. Również protestujący, którzy ograniczyli się do wykrzykiwania antykomunistycznych haseł, a nawet ci, którzy tylko odeszli od maszyn i nie wyszli poza zakłady. A że to absurd? Że uwierzyć w to, iż za wielomilionowe straty odpowiada każda z 20–25 tys. osób na ulicach, mogłaby tylko osoba z IQ ameby? Przekaz komunistów i pokornych wobec nich dziennikarzy był szyty naprawdę grubymi nićmi, a stał za nim nie kto inny jak Edward Gierek i jego najbliżsi współpracownicy.
„Jak my ich nienawidzimy, jacy to są łajdacy”
Nim jednak przystąpiono do medialnego linczu na robotnikach, należało wygasić trwające protesty. Podczas gdy Radom zamienił się w jedno wielkie pole bitwy między manifestantami a milicją i ZOMO, w Warszawie zebrało się więc Biuro Polityczne PZPR. Gierek i reszta towarzyszy nie miała wątpliwości, że utrzymanie wysokich cen oznacza kolejne miasta i kolejne zakłady wychodzące na ulice, i w tej sytuacji zdecydowała się na taktyczne ustępstwo. Członkowie Biura przegłosowali powrót do poprzednich stawek, a decyzję jeszcze w wieczornym „Dzienniku Telewizyjnym” ogłosił Jaroszewicz.
W ten sposób opanowano sytuację: ludzie, którzy protestowali na terenie swoich fabryk, m.in. w Elblągu, Gryfinie, Grudziądzu, Łodzi i Starachowicach, wrócili do pracy. Spokój powrócił również do Płocka, Ursusa i Radomia, choć w tym ostatnim przypadku dopiero koło 23:00 służbom udało się rozpędzić wzburzony tłum i spacyfikować stawiających największy opór. Zginęło jednak 2 demonstrantów (przygniecionych przyczepą z betonowymi płytami), co najmniej 121 osób zostało rannych, zaś łączne straty wyniosły ponad 77 mln zł – a to tylko bilans „radomski”.
Oficjalny, bo spokojnie można założyć, że np. rannych było kilkukrotnie więcej. O skali protestów w Radomiu najlepiej świadczy fakt, że milicja wystrzeliła w kierunku robotników około 17 500 granatów łzawiących i petard. Już na politycznej emeryturze Gierek argumentował, że funkcjonariusze nie mogli się przecież obchodzić delikatnie z mężczyznami uzbrojonymi w kamienie, płyty chodnikowe, krawężniki czy butelki. Podkreślał również, że osobiście interweniował u ministra spraw wewnętrznych, aby milicjanci i zomowcy wysyłani do tłumienia rozruchów nie byli wyposażeni w broń palną.
Rzeczywiście, dzięki temu nie polała się masowo krew, choć wydaje się, że to w większym stopniu zasługa szefa MSW, Stanisława Kowalczyka, i nadzorującego go, z ramienia PZPR, Stanisława Kani. To oni podjęli decyzję, że należy rozpędzić protestujących nie przy użyciu pistoletów, a pałek, gazów łzawiących i armatek wodnych. I sekretarz się z tym zgodził i niewątpliwie odegrał tu pozytywną rolę, ale nie unieważnia to jego politycznej odpowiedzialności za tzw. „ścieżki zdrowia”. Ustawieni w szpaler milicjanci i zomowcy nie patrzyli przecież, czy ktoś wybił szybę, czy stał spokojnie na chodniku. Bili zaś zatrzymanych po całym ciele pałkami i pięściami, nierzadko do nieprzytomności.
Tak władza „dbała” o zdrowie fizyczne niepokornych obywateli, ale komuniści nie zapomnieli też o psychicznym znęcaniu się nad robotnikami. W następnych dniach rozkręcili kampanię hejtu wobec nich, która momentami przypominała stalinowskie nagonki na „wrogów ludu”.
Przeczytaj także: „Polska od środka”, czyli pojadę na koniec kraju i porozmawiam z kimś ciekawym. Bo czemu nie?
Decyzja o napiętnowaniu niepokornych obywateli poprzez masowe wiece i nienawistne artykuły zapadła na samym politycznym szczycie, najprawdopodobniej podczas spotkania Gierka, Jaroszewicza oraz członków Biura Politycznego: Edwarda Babiucha i Jana Szydlaka, w nocy z 25 na 26 czerwca. Nazajutrz odbyła się telekonferencja przywódcy PZPR z I sekretarzami komitetów wojewódzkich i w jej trakcie nasz bohater przekazał towarzyszom w „terenie” propagandowe wytyczne.
Zarazem obrzucił błotem protestujących, zwłaszcza radomian, od stóp do głów i nawet po latach ten monolog może szokować. Gierek mówił m.in.:
jak my ich nienawidzimy, jacy to są łajdacy, jak oni swoim postępowaniem szkodzą krajowi. Uważam, że im więcej będzie słów bluźnierstwa pod ich adresem, [...] tym lepiej dla sprawy. [...] Trzeba stworzyć atmosferę potępienia dla tych zakładów, to musi być atmosfera pokazywania na nich, jak na czarne owce, jak na ludzi, którzy powinni się wstydzić, że w ogóle są Polakami, że w ogóle na świecie chodzą”. Z ust I sekretarza KC padło nawet, że robotnicy, którzy głośno wyrazili swój sprzeciw, to „elementy kontrrewolucyjne.
Lider partii apelował też, ba, wręcz błagał swoich rozmówców o wsparcie w postaci wieców popierających jego politykę i atakujących „warchołów”. W każdym województwie miały się odbyć takie propagandowe spędy z udziałem kilkudziesięciu, 100, a jeśli się da, to nawet i 200 tys. ludzi. „Towarzysze, mnie to jest potrzebne, jak słońce, jak woda, jak powietrze” – wołał Gierek, a na koniec dodał: „To, co ja wczoraj przeżyłem, to za swoje 63 lata nie przeżyłem, a przeżyłem już dużo”. Zachowało się zresztą nagranie tego wystąpienia i słychać, że emocje „towarzysza Edwarda” nie były wyreżyserowane. Podniesiony ton głosu, dłuższe przerwy w wypowiedzi, ciężki oddech itd. – szef PZPR był wzburzony jak nigdy dotąd.
Dał temu jeszcze brutalniejszy wyraz podczas rozmowy z I sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego w Radomiu, wspomnianym już Januszem Prokopiakiem. Gdy 26 czerwca Prokopiak zadzwonił do Warszawy i przekonywał, że sytuacja w mieście się stabilizuje, nie usłyszał słów pochwały. Gierka nie interesowało bowiem, że z ulic usuwa się spalone samochody, szklarze wstawiają szyby do rozbitych okien, fabryki w miarę normalnie pracują, a budynek partii jest intensywnie sprzątany. Powiedział za to: „ja mam ich wszystkich [radomian] w dupie i te ich wszystkie działania też mam w dupie. Zrobiliście taką rozróbę i chcecie, by to łagodnie potraktować? To warchoły, ja im tego nie zapomnę”.
Gierkowskie „seanse nienawiści”
Szczegóły antyrobotniczych wieców sekretarze komitetów wojewódzkich ustalali już z Babiuchem i Szydlakiem. Każdy taki „seans nienawiści” miał przebiegać i przebiegał według ściśle określonego scenariusza. Miejsce? Największy plac miasta lub stadion. Uczestnicy?
Urzędnicy, rolnicy, a przede wszystkim robotnicy z okolicznych zakładów pracy – wszyscy przymusowo ściągani na spotkanie. Mówcy? W roli głównej partyjniak z komitetu wojewódzkiego, potem 2–3 robotników i przedstawiciele kolejnych grup społecznych: chłopów, inteligencji, kobiet i młodzieży. Temat wystąpień? Potępienie osób, które protestowały przeciw podwyżkom, i poparcie dla ekipy Gierka oraz personalnie I sekretarza. Zarówno jeśli chodzi o „propozycje cenowe”, jak i całokształt: „rządzenie krajem, demokratyczne metody i sposób sprawowania władzy”.
Przeczytaj także: Morawiecki osłabi PiS? Tak wyborcy oceniają jego stowarzyszenie
Szydlak pouczał przy tym sekretarzy wojewódzkich, że na mównicy nikt nie może gryźć się w język. Wręcz przeciwnie: „prośba taka, byście nie zawsze byli w wystąpieniach w pełni w zgodzie z Adamem Mickiewiczem, używali słownictwa konkretnego i dosadnego w stosunku do tych „elementów””. Przygotowania do wieców objęły każdy, nawet najdrobniejszy szczegół: od wieszania na placach i stadionach czerwonych oraz biało-czerwonych flag, przez transparenty i transport – specjalnie podstawione autobusy i pociągi – dla ściąganych robotników, po próby generalne w zakładach. W trakcie tych ostatnich załogi ćwiczyły, kiedy podnieść propagandowe napisy do góry, kiedy wznieść „spontaniczne” okrzyki na cześć Gierka, kiedy bić brawa itd.
Co ciekawe, „towarzysz Edward” rozmawiał z partyjnym „terenem” 26 czerwca rano, a już wieczorem sekretarze z województw mogli meldować o pierwszych odbytych wiecach. Krosno – 5 tys. osób, Włocławek i Toruń – po 8 tys. osób, Koszalin – 15 tys. osób, Bydgoszcz – 20 tys. osób itd. Wszelkie rekordy pobiły Łódź, do której ściągnięto 80-tysięczny tłum, i Warszawa – na Stadionie Dziesięciolecia zgromadzono około 100 tys. ludzi. Z kolei od poniedziałku (28 czerwca) propagandowo-wiecowa fala rozlewała się już od Bałtyku po Tatry. I choć to Gierek, Jaroszewicz i reszta decyzją o podwyżce cen nawarzyli piwa, na spotkaniach, a także w prasie, gościły hektolitry innej substancji: wazeliny.
Dla przykładu kilka cytatów: „Edward Gierek jest własnością nie tylko partii, to własność Polski”, „Wasza osobista prawość, rozwaga, uczciwość i szczerość w postępowaniu, towarzyszu Edwardzie, jest godnym wzorem do naśladowania dla każdego Polaka”, „Jesteśmy z Wami, Towarzyszu Pierwszy Sekretarzu. [...] Za waszą bezgraniczną wierność klasie robotniczej, za oddanie dla narodu, za głęboki patriotyzm, za troskę o codzienne ludzkie sprawy, za demokratyczny styl kierowania krajem”. Gdyby te i inne wypowiedzi traktować poważnie, Gierek przeszedłby zapewne do historii jako „Edward I Wspaniały”.
W rzeczywistości coraz większa liczba osób zadawała sobie i innym pytanie: „Jaka jest różnica między Bolesławem Krzywoustym a Edwardem I?”. I odpowiadała: „Krzywousty podzielił Polskę między 4 synów, a Edward I między 49 s***synów”. W ten sposób społeczeństwo złośliwie komentowało reformę administracyjną z 1975 r., wskutek której w miejsce dotychczasowych 17 województw powstało 49. Prawdziwe nastroje na wiecach dobrze oddaje natomiast wspomnienie jednej z uczestniczek:
Siedzieliśmy w milczeniu po turecku, podpierając twarze rękoma. Wszystkich ogarnęła jakaś dziwna mieszanina apatii i strachu: nie było żadnych żarcików, docinków, nic. [...] Wyszliśmy po przeszło dwóch godzinach. Byliśmy kompletnie wyczerpani: fizycznie i psychicznie.
Niewyczerpana wydawała się za to fala hejtu wobec protestujących robotników, która każdorazowo towarzyszyła peanom na cześć władzy. Szczególnie podczas wiecu, do którego doszło 30 czerwca w samym Radomiu, na stadionie Radomiaka. Nieprzypadkowo pojawiły się wówczas na mównicy osoby spoza miasta. Rolnik z województwa lubelskiego, robotnicy z zakładów „Pronit-Erg” w Pionkach, załoga „Chemitex-Wiston” z Tomaszowa Mazowieckiego – wszyscy zgodnym chórem piętnowali „radomskich warchołów”, „elementy pasożytnicze” i „młodzieżową chuliganerię”.
Przemawiał również prezydent Radomia, Tadeusz Karwicki, któremu treść wystąpienia narzucili ludzie z Komitetu Centralnego PZPR. Stąd rozciąganie odpowiedzialności za zniszczenia na „tych, którzy w kombinezonach robotniczych i w garniturach przypatrywali się bezczynnie [warchołom], stojąc na poboczu ulicy”. Zgodnie ze stalinowskimi wzorami nie zabrakło i samokrytyki, którą wygłosił Tomasz Kozłowski, pracownik Zakładów Metalowych „Walter”. Przekonywał, że „to my podeptaliśmy chlubną robotniczą tradycję tego miasta”, i deklarował, że „długo będziemy [...] pracować, aby zmazać hańbę tych dni”.
W równie czarnych, a może i czarniejszych barwach obraz robotniczych protestów kreśliła lokalna i ogólnopolska prasa. Roiło się w niej od określeń typu „młodociana żulia”, „antyspołeczne pasożyty”, „elementy niszczycielskie”, „pospolite warchoły” czy „chuligańskie szumowiny”. Prasowi propagandyści nagminnie stosowali też zasadę odpowiedzialności zbiorowej, podkreślając, że wszyscy radomianie są winni. Dziennikarz „Sztandaru Młodych” pisał np., że:
Tylko człowiek bezmyślny, którego jedynym argumentem na rzeczową dyskusję jest tępa, odruchowa – warcholska reakcja, może zdecydować się na to, by [...] dezorganizować, choćby na krótko, życie i pracę”. Z „Trybuny Ludu” można się było natomiast dowiedzieć, że „Tłum [...] stoi z boku. [...] histeryzuje, stwarza możliwość dla aktywizacji nierobów i chuliganów.
Nieprzypadkowo też informacje o wyrokach wobec demonstrantów publikowano w sąsiedztwie artykułów o pijakach, złodziejach czy gwałcicielach. Z absurdów antyrobotniczej nagonki doskonale zdawał sobie sprawę ówczesny redaktor naczelny „Polityki”, a w latach 80. premier, Mieczysław Rakowski. W swoich „Dziennikach” notował: „Wpierw rząd [...] swoimi drakońskimi cenami doprowadził robotników do wyjścia na ulicę, a potem każe się przepraszać”. Tyle że to zapiski na użytek prywatny, na łamach „Polityki” Rakowski pisał zaś o „ulicznym terrorze tłuszczy”.

