Reklama

Reżyser Piłsudski. Jak sanacja spacyfikowała sądownictwo

Reklama
TYLKO NA

Sądy na pasku władzy? To nie tylko problem naszych czasów. Choć obie strony politycznego sporu doprowadziły do wielu praworządnościowych zakrętów, to ich wyczynom daleko do tych, jakie zafundowała przedwojennemu sądownictwu sanacja. Obóz pomajowy nie chciał pozwolić na niezależny wymiar sprawiedliwości. Raz, że istniał dla piłsudczyków szereg wartości, dla których byli gotowi łamać przepisy. Dwa, że ich przywódca stał ponad prawem.

Józef Piłsudski, Donald Tusk, Jarosław Kaczyński
Józef Piłsudski, Donald Tusk, Jarosław Kaczyński (fot. Leszek Szymański/Tomasz Gzell / PAP)

„Trybunał Stanu dla Beaty Szydło!” – rozdzierał szaty anty-PiS w 2016 r. i później, gdy premier nie publikowała niektórych wyroków Trybunału Konstytucyjnego (TK). Co bardziej rozgrzani zwolennicy ówczesnej opozycji odliczali kolejne dni, tygodnie i miesiące, gdy Dziennik Ustaw czernił się kolejnymi ustawami i rozporządzeniami, ale nie rozstrzygnięciami TK. 7 dni, 17, 70, 130... – odliczanie trwało w najlepsze, a to w polityce nie zawsze się sprawdza. Dość wspomnieć licznik, który odmierzał czas do końca kadencji Andrzeja Dudy, udostępniany we wszelkich socialach przez posłów i senatorów KO. “Odliczamy do końca prezydentury pełnej kompromitacji” – obwieszczali dumnie na X parlamentarzyści z biało-czerwonym serduszkiem w klapie, na przykład, gdy prezydent zawetował ustawę obniżającą składkę zdrowotną dla przedsiębiorców. Jaki jest dziś lokator pałacu przy Krakowskim Przedmieściu, każdy widzi.


Reklama

Lekceważenie, a potem podporządkowanie Trybunału w wykonaniu Zjednoczonej Prawicy trwało tymczasem w najlepsze. Obecnie zamiast podporządkowania mamy paraliż, a kolejne wyroki Bogdana Święczkowskiego et consortes to dziesiątki stron makulatury. Ale, ale – w miarę, jak zwalniają się miejsca w sądzie konstytucyjnym, może objawić się w jego szeregach następne “odkrycie towarzyskie”, a nawet “odkrycia”. Tym razem nie Jarosława Kaczyńskiego, a Donalda Tuska, a Trybunał na powrót stanie się kompasem praworządności, oazą legalizmu etc. Przykładowy Ryszard Petru będzie grzmiał, że “nastał koniec pisowskiego bezprawia w TK”, a Mariusz Błaszczak odpowie mu, że “koalicja 13 grudnia dokonuje niebywałego zamachu na ostatnią ostoję poszanowania prawa w Polsce”.

Do tego neo-sędziowie, paleo-sędziowie, i tak to się kręci, prawne: "róbta, co chceta". A Ty, obywatelu? Możesz się co najwyżej dowiedzieć, jak w Giżycku, że choć wziąłeś rozwód, wciąż jesteś mężem lub żoną. Takich spraw i takich werdyktów będzie tylko przybywać, a lina, przeciągana przez obie strony w zakresie sądownictwa, z każdym tygodniem nabiera nowych węzłów. To może reset konstytucyjny? – podpowie Konfederacja (ta Bosaka i Mentzena). Na to nie pozwolą ani wyznawcy PiSu i anty-PiSu, ani ich reprezentanci przy Wiejskiej. Jednym hasło “reset” będzie się kojarzyć co najwyżej z serialem Michała Rachonia i Sławomira Cenckiewicza, drugim z odpisowieniem i platformeryzacją spółek Skarbu Państwa i nie tylko.


Reklama

Paraliż prawno-sądowniczy trwa nad Wisłą w najlepsze, ale przynajmniej w jednym przypadku obywatele mogą się pocieszać, że politycy będą czekać na wyrok tak długo, jak oni. Chodzi o Trybunał Stanu, przed którym Włodzimierz Czarzasty chce ostatnio stawiać Zbigniewa Ziobrę. Co prawda najsłynniejszy proces przed Trybunałem w III RP – Emila Wąsacza, ministra skarbu u Jerzego Buzka – zakończył się po kilkunastu latach umorzeniem, ale to nic. Ultrasi od prezesa pokrzyczą, ultrasi od premiera poklaszczą, karawana polityczno-medialna jedzie dalej. Poprzedniczka III RP – Rzeczpospolita numer II – stoi pod tym względem o tyle lepiej, że wówczas Trybunał Stanu wziął pod lupę polityka z ekipy rządzącej i jego proces trwał kilka dni, a nie lat. Niestety, na tym dobre wzorce się kończą, bo TS okazał się ciałem nie tylko sprawnym, ale i podporządkowanym (zwłaszcza jego przewodniczący) obozowi sanacji. Podobnie zresztą, jak i cały wymiar sprawiedliwości, któremu piłsudczycy z każdym rokiem po dojściu do władzy coraz bardziej dokręcali śrubę.


Reklama

Dziś obie strony politycznego sporu łączy jedno – doprowadziły do wielu praworządnościowych zakrętów, ale ich wyczynom daleko do “wrażeń”, jakie zafundowała przedwojennemu sądownictwu sanacja.

“Jego Interpretatorskoje Wieliczestwo”

W jednym z pierwszych wywiadów po przewrocie majowym w 1926 r. Józef Piłsudski nazwał zwycięski zamach stanu “rewolucją bez rewolucyjnych konsekwencji”. Rzeczywiście – sejm, który składał się w znacznej części z przeciwników Marszałka, działał dalej, ba, wybrał go nawet na prezydenta. Wprawdzie były Naczelnik Państwa odmówił przyjęcia tej godności, ale poprzez wybór zalegalizował swój przewrót. Nie nastąpił też w wykonaniu piłsudczyków jakiś radykalny zwrot w polityce gospodarczej czy narodowościowej. Piłsudski wiedział bowiem, że na dokonanie zmian w różnych dziedzinach ma w zasadzie nieograniczony czas. “Chyba sfery gospodarcze nie łudzą się, że na skutek wyniku wyborów, przypuśćmy, niekorzystnego dla rządu – rząd ustąpi” – przekonywał najbliższy współpracownik Komendanta, Walery Sławek działacza ziemiańskiego, Jana Steckiego (listopad 1927 r.).


Reklama

“Walka idzie nie o władzę - ma ją Marszałek, nie odda, choćby BB [Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem, dalej: BBWR – sanacyjna partia – red.] miał tylko jednego posła” – to słowa innego z zaufanych ludzi Piłsudskiego, Kazimierza Świtalskiego (październik 1930 r.). W związku z tym, przemiany rzeczywistości miały następować stopniowo, ale nieodwołalnie i tyczyło się to również sądownictwa. Obóz pomajowy nie mógł, a przede wszystkim nie chciał sobie pozwolić na niezależny wymiar sprawiedliwości. Raz, że istniał dla piłsudczyków szereg wartości, dla których byli gotowi naginać czy wręcz łamać przepisy: racja stanu, honor, porządek moralny itd. Dwa, że ich przywódca stał ponad prawem – wielu z tych, którzy ośmielili się obrazić lub poddać w wątpliwość geniusz Komendanta, musiało się liczyć z pobiciem przez “nieznanych sprawców” w wojskowych mundurach. Wreszcie, last but not least, zdaniem sanacji “prawo należy traktować jako narzędzie działania, a nie samoistną wartość ograniczającą organy władzy państwowej” (prof. Waldemar Paruch).


Reklama

Maj 2019 r. Święto Narodowe Trzeciego Maja upamiętniające uchwalenie Konstytucji 3 maja w 1791 roku, która była pierwszą w Europie i drugą na świecie nowoczesną konstytucją. /fot. MOZCO/Shutterstock/ (fot. MOZCO / Shutterstock)

Co na to wszystko przedstawiciele Temidy? Gdyby mieli dostęp do współczesnych środków przekazu, z pewnością skorzystaliby z koszulek z napisem “Konstytucja”. Jej odpowiednie artykuły gwarantowały przecież sędziom niezawisłość, nieusuwalność i immunitet. Cóż jednak z tego, gdy Piłsudski miał pod ręką znakomitego interpretatora paragrafów wszelakich – Stanisława Cara. Temu prawnikowi, zwanemu złośliwie przez opozycję “Jego Interpretatorskoje Wieliczestwo” (“Jego Interpretacyjna Mość”), wystarczyło zwykle kilka minut, żeby objaśnić prawne zapisy tak, żeby najwyższe prawo – wola Marszałka – było na wierzchu. Gdy zatem zwrócił uwagę, że artykuł 78 konstytucji przyzwala na przenoszenie sędziów na podstawie ustawy o reorganizacji systemu sądowego, można było przystąpić do działania. Lech Falandysz, odgrywający podobną rolę, co Car, u boku Lecha Wałęsy, miał się od kogo uczyć paragrafowej elastyczności.


Reklama

Prawo kija, prawo marchewki

Tworzeniu akapitu dopuszczającego, pod pewnymi warunkami, zmienianie miejsc orzekania sędziów przyświecały skądinąd słuszne intencje. Jego autorzy przypuszczali, że prędzej czy później potrzebny będzie akt prawny unifikujący strukturę sądowniczą, dotychczas różną u poszczególnych zaborców. Stąd ten zapis, który sanacja wykorzystała do spacyfikowania oporu wśród środowiska w togach. Niepokornych zaś nie brakowało – Marszałkowi naraziło się na przykład Zgromadzenie Prezesów Sądu Najwyższego. Czym? Otóż należało do nich wyznaczenie trójki kandydatów na głównego komisarza wyborczego przed wyborami parlamentarnymi w 1928 r. i przedstawienie ich prezydentowi Ignacemu Mościckiemu. Piłsudski chciał, aby komisarzem został nie kto inny, a Stanisław Car, ale prezesi nie zgięli karku i pominęli jego osobę. Efekt? Mościcki też pominął, ale kandydatury zaproponowane przez sędziów i powołał na stanowisko “Jego Interpretacyjną Mość”.


Reklama

Marszałek nie zapomniał za to tej, w jego mniemaniu, zniewagi i zrewanżował się przy pierwszej okazji. Stało się nią „Prawo o ustroju sądów powszechnych”, podpisane przez prezydenta w lutym 1928 r. Na jego mocy władze zyskały możliwość żonglowania sędziami, i to na wszystkich szczeblach – od Sądu Najwyższego po sądy okręgowe i grodzkie. Wszyscy w ramach tej sądowniczej czystki mogli zostać skierowani do innego sądu lub przeniesieni w stan spoczynku. Oczywiście, samych zainteresowanych nikt nie pytał o zdanie, a marne pocieszenie stanowił fakt, że sanatorzy okazali się na swój sposób łaskawi. Ograniczyli sobie bowiem czas na przeprowadzenie wymiany sędziowskich kadr (np. w przypadku sędziów Sądu Najwyższego do trzech miesięcy od wejścia w życie “Prawa o ustroju...”). Jako pierwsi, zostali postawieni w stan spoczynku – jakżeby inaczej – pierwszy prezes Sądu Najwyższego, Władysław Seyda, i prezes Izby Karnej SN, Aleksander Mogielnicki.

Tyle, jeśli chodzi o kij, ale znalazło się i miejsce na marchewkę - sędziom, którzy zostali wyznaczeni do zdjęcia togi, rządzący mogli zaproponować bycie notariuszem lub pisarzem hipotecznym. Kusząca propozycja i część środowiska zdecydowała się na tę ścieżkę kariery w zamian za przestanie sypiania piachu w sanacyjne tryby. Jak nietrudno przypuszczać, piłsudczycy na tym nie poprzestali i w 1932 r. Mościcki wydał kolejny “porządkujący” dekret. Tym razem na celowniku znaleźli się prezesi i wiceprezesi sądów – minister sprawiedliwości w ciągu dwóch miesięcy, od kiedy nowe prawo zaczęło obowiązywać, mógł ich odwołać z zajmowanych funkcji. Co dalej? Jak głosił artykuł 17, “w razie przerwy w urzędowaniu kierownika sądu, zastępcę wyznaczyć może: a) minister sprawiedliwości – w stosunku do wszystkich sądów, spośród sędziów tego samego albo innego równorzędnego lub wyższego sądu”. Dodajmy do tego przepisy o ustroju adwokatury, dzięki którym politycy zyskali możliwość m.in. unieważniania uchwał rad adwokackich, a także rozwiązywania samych rad.


Reklama

Sanacja przed Trybunałem

Podważanie niezależności sądownictwa nie tylko ułatwiało wprowadzanie kontrowersyjnych rozwiązań prawnych, ale i służyło ochronie sanacyjnych polityków. Jaskrawym przykładem jest tzw. “sprawa Czechowicza”, dotycząca bezprawnego przeznaczenia przez piłsudczyków publicznych pieniędzy na swoją kampanię wyborczą. Zaczęło się od tego, że na polecenie Piłsudskiego (wówczas premiera) minister skarbu, Gabriel Czechowicz, powiększył jego fundusz dyspozycyjny. Problem w tym, że w ten sposób środki, którymi operował lider sanacji, rozrosły się 40-krotnie: z 200 tys. do 8 mln zł. Mało tego, podkomendni Marszałka dzięki nim finansowali kampanię swojej partii, BBWR. Na co konkretnie szły te pieniądze? Choćby na korumpowanie prasy, co jasno wynika z zapisków Kazimierza Świtalskiego – w szczytowym momencie osoby nr 3,4 obozu pomajowego.


Reklama

“Gazeta Poranna” lwowska za 5 tys. zł miesięcznie subwencji trzymałaby linię rządową podczas wyborów”, “Obiecałem 3 tys. zł miesięcznie na “Ziemię Lubelską”, z tym że redakcja dostaje się do rąk naszych bez żadnych ubocznych wpływów” – to raptem dwa cytaty z “Diariusza” sanacyjnego premiera i marszałka sejmu.

Analogicznych jest więcej, a gdy sprawa wydatkowania państwowej kasy na cele partyjne wyszła na jaw, sejmowa opozycja poczuła wiatr w żaglach. Oto piłsudczycy, którzy doszli do władzy pod hasłami walki z partyjniactwem i moralnej wyższości nad resztą sceny politycznej, sami nie obronili się przed pokusami, jakie niesie ze sobą dostęp do budżetu państwa. Opozycyjni posłowie przeszli zatem do kontrofensywy i choć nie ryzykowali postawienia przed Trybunałem Stanu samego Piłsudskiego, przegłosowali postawienie w stan oskarżenia ministra Czechowicza.


Reklama

Dyktator, jakim był de facto po maju 1926 r. Marszałek, zareagował na to artykułem “Dno oka, czyli wrażenia człowieka chorego z sesji budżetowej w sejmie”. Tekst, opublikowany na łamach “Głosu Prawdy” 7 kwietnia 1929 r., stanowił jeden długi ciąg wyzwisk i zarzutów pod adresem opozycji. Piłsudski wylał na nią nie tyle wiadro, co cysternę pomyj, najlepiej niech przemówią fragmenty tego “dzieła”. “Polska przecież chowała swych posłów w pierwszym Sejmie [...], w bezkarności zdrady państwa podczas wojny, bezkarności płatnego szpiegostwa w stosunku do armji [...] umierającei za Ojczyznę”, “Za to każdy minister ma słuchać z powagą głupstw tego pana [posła Jana Woźnickiego – jednego z oskarżycieli Czechowicza – red.], paskudnych jego oskarżeń i ma zafajdaną i zapoconą od wysiłku myślowego zawodowego idjoty bieliznę jeszcze lizać” itd. Dostało się również Trybunałowi Stanu: “Oświadczam publicznie, że Trybunał Stanu nie ośmieli mi się zebrać ani razu, gdyż takiej równi z fajdanami ja sobie nie życzę”.


Reklama

Ostatecznie proces Czechowicza toczył się bez przeszkód, ale Piłsudski nie musiał rozpędzać Trybunału. Wystarczyło, że wraz z zaufanym, politycznym gronem zabrał się za zamienienie postępowania w, wyreżyserowany przez siebie, spektakl. Miał zresztą ułatwione zadanie, bo na czele składu sędziowskiego stał pierwszy prezes Sądu Najwyższego, a zarazem piłsudczyk Leon Supiński. 4 maja wspomniani już Świtalski i Car wezwali go na dywanik i odbyli z nim dyscyplinującą rozmowę. Co ciekawe, prezes SN nie okazał się do końca dyspozycyjny, ale wcale nie dlatego, że bronił swojej niezawisłości. Wręcz przeciwnie, jak zanotował Świtalski: “Supiński idzie na znalezienie najłatwiejszej drogi dla uwolnienia Czechowicza [od zarzutów]. Komendant ma za cel pogłębienie konfliktu z Sejmem i wykazanie [na rozprawie], że ustawa o Trybunale Stanu jest przeżytkiem suwerenności sejmowej”.

“Zdechniesz i zaraz cię zakopiemy”

“Niezłomność” Supińskiego złamały dopiero sugestie Świtalskiego, że w razie dążenia do jak najszybszego uniewinnienia ministra skarbu Piłsudski może np. nasłać na salę Trybunału oficerów. W tej sytuacji prezes skapitulował i zgodził się na wystąpienie Marszałka przed sędziami, aby ten mógł frontalnie zaatakować opozycję oraz sam Trybunał. Co więcej, jakiś czas później Supiński doczekał się audiencji u samego Piłsudskiego, który szczegółowo określił, jak ma przebiegać rozprawa z jego udziałem, a także cały proces. O skali uległości przewodniczącego Trybunału niech świadczą słowa Świtalskiego: “Supiński [...], wyszedł z tej konferencji uszczęśliwiony, gdy dowiedział się, że Komendant dopuści do rozprawy Trybunału Stanu, przyjmie sędziego śledczego, któremu podyktuje swoje oświadczenie, że Komendant uważa siebie za odpowiedzialnego za tę sprawę”.


Reklama

W trakcie kolejnych spotkań Piłsudski doprecyzował swoją rolę: “Ideałem, do którego Komendant chce dojść, byłoby to, by Komendant podczas procesu Trybunału Stanu działał jako Szef Gabinetu, a więc by mógł każdej chwili zabierać głos”. W praktyce sprowadzało się to do tego, że lider sanacji wygłosi na sali sądowej antyopozycyjny monolog i nie będzie mu można zadawać żadnych pytań. Tak też się stało, a oto kilka cytatów z wystąpienia Marszałka: “partacka robota” (o ustawie dotyczącej Trybunału), “panowie, którzy zasługiwali na szubienicę raz po raz” (o posłach uchwalających konstytucję marcową), “próba mordu rytualnego” (o oskarżeniu Czechowicza). Na koniec stwierdził, że to śmieszność, iż “rząd, prowadzony przez największego człowieka w Polsce, którego ręce nie śmierdzą tak, jak wasze [oskarżycieli], może być oskarżony i otworzyć sobą pierwsze posiedzenie Trybunału Stanu”.


Reklama

Pomnik Marszałka Józefa Piłsudskiego /fot. Lukasz Michalczyk/Shutterstock/ (fot. Lukasz Michalczyk / Shutterstock)

Były Naczelnik Państwa nie wahał się też wprowadzić ze sobą na salę rozpraw dwóch grup oficerów. Jednej z nich przewodził ówczesny szef gabinetu ministra spraw wojskowych (czyli Piłsudskiego) i późniejszy minister spraw zagranicznych, Józef Beck. Relacja jednego z oskarżających, posła Polskiej Partii Socjalistycznej, Hermana Liebermana: “Cała sala wtedy sprawiała [wrażenie] na bezstronnym widzu, jak gdyby ona była strategicznie opanowana i pod rozkazami [podpułkownika] Becka i [majora] Polakiewicza”. Z jednej strony akcja ta stanowiła manifestację żołnierskiej solidarności ze swoim wodzem, z drugiej zwycięzca bitwy warszawskiej wywierał w ten sposób jeszcze większą presję na sędziów. Wszystkie wspomniane zabiegi nie dały do końca zadowalających rezultatów – Trybunał Stanu co prawda nie uznał Czechowicza za winnego, ale i nie oczyścił go z zarzutów. Postanowił natomiast zawiesić proces do momentu, aż na temat kampanijnych milionów, w formie uchwały, wypowie się sejm.

Był wówczas koniec czerwca 1929 r., a już we wrześniu 1930 r. Lieberman przekonał się, czym grozi zadarcie z Piłsudskim. Aresztowany na polecenie Marszałka, został skatowany przez przewożących go do więzienia wojskowego w Brześciu policjantów. Gdy po drodze więźniarka się zatrzymała, funkcjonariusze wyciągnęli socjalistę z pojazdu, a następnie bili go zarówno pięściami, jak i metalową rurą, do utraty przytomności. Towarzyszyły temu okrzyki typu: ”Józef Piłsudski przelewał za nas krew swoją, a ty będziesz go oskarżał przed Trybunałem Stanu. Zdechniesz i zaraz cię zakopiemy”. Nikt ze sprawców bestialskiego pobicia nie poniósł odpowiedzialności karnej, w niesławnym procesie brzeskim skazany został zaś (wraz z grupą polityków opozycji) sam Lieberman – na 2,5 roku pozbawienia wolności. Ostatecznie sanacyjna machina niesprawiedliwości go nie dosięgła, przed powrotem za kratki zdążył opuścić kraj. Podobnie uczynił także (uznany za winnego w tym samym postępowaniu) trzykrotny premier, dziś uznawany za jednego z ojców II RP na równi z Piłsudskim, Wincenty Witos. Udał się na Czechosłowację, w Polsce groziła mu 1,5-roczna odsiadka. 


Reklama

Źródło: Zero.pl
Tomasz Czapla
Tomasz CzaplaPublicysta, historyk, członek Stowarzyszenia Pamięci Generała Kazimierza Sosnkowskiego - autor zewnętrzny

Reklama