Reklama

Od Konopackiej do Mirosław, od Piłsudskiej do Nawrockiej. Dumne Polki na kartach historii

Reklama
TYLKO NA

Od bohaterek podziemia po mistrzynie olimpijskich aren, od pionierek medycyny po pierwsze żołnierki w sportowych barwach – Polki od dekad torują drogę tam, gdzie wcześniej kroki stawiali mężczyźni. Udowadniają, że historia nieustannie dopisuje nowe rozdziały o ich odwadze.

Siła Polek: od rewolwerów pod gorsetem po medale na mundurze
Siła Polek: od rewolwerów pod gorsetem po medale na mundurze (fot. DAMIAN BURZYKOWSKI/PAWEL WOJCIK / Newspix.pl/FOTOPYK/Wikipedia)

Gdy prześledzimy dzieje III RP, okaże się, że pierwsza premier, Hanna Suchocka, kierowała rządem złożonym wyłącznie z 24 mężczyzn. Gabinety Ewy Kopacz i Beaty Szydło wykazują pod tym względem lepsze proporcje, ale nieznacznie, a na pierwszą prezydent czekamy od 1990 roku. I – jak się wydaje – jeszcze poczekamy, ale historia pozwala z optymizmem patrzeć w przyszłość.


Reklama

Nie tylko ta najnowsza – liczba pań pułkownik stopniowo rośnie – już druga żona Józefa Piłsudskiego transportowała rewolwery i koordynowała żeński wywiad I Brygady. Pierwsza potrafiła przemycić pod suknią 75 książek, a wszystko w czasach, gdy ceniony profesor medycyny głosił na łamach prasy: „Precz więc z Polski z dziwolągiem kobiety‑lekarza!”.  

Na szczęście dr Anna Tomaszewicz-Dobrska niespecjalnie się tym przejęła, wytyczając drogę kolejnym pokoleniom lekarek i pielęgniarek. Z kolei Halina Konopacka czy Helena Marusarzówna udowodniły, że w sporcie nie obowiązuje zasada "tylko dla mężczyzn", a ich medalowy dorobek z powodzeniem powiększają Aleksandra Mirosław, Klaudia Zwolińska czy Julia Szeremeta. 


Reklama

Olimpijki w mundurze

Tegoroczne igrzyska olimpijskie przejdą do historii polskiego sportu, i to nie tylko z powodu „medalowego hat tricka” Kacpra Tomasiaka. Po raz pierwszy mieliśmy bowiem okazję oglądać sportowca, który reprezentował biało‑czerwone barwy zarówno na letniej, jak i zimowej olimpiadzie.


Reklama

Mowa o Klaudii Adamek, która w Tokio (2021) startowała w sztafecie 4×100 metrów, a po kilku latach zmieniła bieżnię na tor bobslejowy. W związku z tym w Mediolan–Cortina (2026) tworzyła wyścigowy duet z Lindą Weiszewski. Co ciekawe, ta ostatnia również ma za sobą doświadczenia lekkoatletyczne, tyle że specjalizowała się w wieloboju.


Reklama

Przełamywanie kolejnych barier byłoby z pewnością jeszcze łatwiejsze, gdybyśmy zapewnili naszym zawodniczkom lepsze warunki rozwoju. Z ust Lindy padały nawet podczas igrzysk apele o „zmotoryzowanie” tej dyscypliny, bo o ile polskie bobsleistki jeżdżą na „Seicento”, to najlepsi mają do dyspozycji “Porsche”.


Reklama

„Nasz bobslej kosztuje 150 tysięcy złotych, Amerykanów – 500 tysięcy, a Niemców podchodzi pod milion. Jakbyśmy mieli tor, można byłoby testować sprzęt, płozy, cokolwiek” – podsumowywała zawodniczka w rozmowie z TVP Sport.

Opór, a w zasadzie brak sportowej infrastruktury, to zresztą nie tylko problem bobslejów, ale i np. saneczkarstwa. Ma się to zmienić, gdyż minister sportu ogłosił po igrzyskach, że w Karpaczu powstanie kompozytowy tor saneczkowy. Czy ta inwestycja przeniesie się z papierowych założeń na etap budowlany – czas pokaże.


Reklama

Póki co, nasze sportsmenki radzą sobie, jak mogą, i pokazują, co potrafią. 6. miejsce saneczkarek Nikoli Domowicz i Dominiki Piwkowskiej? Proszę bardzo. Panczenistka Kaja Ziomek‑Nogal, której do podium zabrakło 0,12 sekundy (również 6. lokata – mrugnięcie okiem trwa około 0,3 sekundy)? Jak najbardziej. A może biatlonowa sztafeta 4×6 kilometrów w składzie: Anna Mąka, Kamila Żuk, Joanna Jakieła i Natalia Sidorowicz? Tu także miejsce punktowane (od 8. w górę) się znajdzie – i to też 6.


Reklama

Do tego dołóżmy 7. pozycje na trasie snowboardowej (Aleksandra Król‑Walas) i alpejskiej (slalom gigant, Maryna Gąsienica‑Daniel). Wreszcie, zamykające olimpijską ósemkę: sztafetę saneczkarską (w niej Klaudia Domaradzka oraz wspomniane już Nikola Domowicz i Dominika Piwkowska), a także biatlonistkę Kamilę Żuk (sprint na 7,5 kilometra) i biegaczkę Elizę Rucką‑Michałek (bieg na 50 kilometrów).

Co nam wyjdzie z tej wyliczanki imion, nazwisk, dyscyplin i lokat? Na przykład to, że na 16 miejsc punktowanych naszej reprezentacji aż połowa to dzieło Polek. I to jakich, bo powiedzieć, że odważnych, walecznych czy zdeterminowanych, to za mało.


Reklama

Weźmy chociażby Olę Król i uniwersjadę w tureckim Erzurum (2011). Już nad Bosforem snowboardzistka zorientowała się, że jej bagaż niespecjalnie chciał się wybrać nad Morze Czarne i po drodze zaginął. Wraz z nim ubrania, ale nie z takimi przeszkodami sobie przecież radziła! Spodnie od trenera, bielizna termiczna od koleżanki, kask od jednego ze skoczków, deska w dłoń i można ruszać – sportsmenka otarła się o medal, zajmując 4. miejsce.


Reklama

Z kolei Kaja Ziomek‑Nogal, nim jeszcze zadomowiła się na torze łyżwiarskim i dystansie 500 metrów, miała do czynienia z dłuższymi odległościami – konkretnie 6 kilometrami do domu babci, pokonywanymi pieszo co niedzielę.

Natalia Sidorowicz to już miłośniczka wszystkiego, co góralskie: od strojów po przyśpiewki. Kamila Żuk równie sprawnie co na biatlonowej strzelnicy radzi sobie natomiast w kuchni, zwłaszcza jeśli chodzi o ciasta. Właściwie należałoby napisać – starszy szeregowy specjalista Kamila Żuk, bo takiego stopnia dosłużyła się w szeregach Wojska Polskiego.


Reklama

Nie ona jedyna – dość wspomnieć, że wśród zawodniczek punktujących na włoskiej olimpiadzie znalazły się: szeregowy Natalia Sidorowicz, starszy szeregowy Joanna Jakieła, starszy szeregowy specjalista Aleksandra Król‑Walaś i starszy szeregowy specjalista Anna Mąka.


Reklama

25 000 stron pod suknią

Służba wojskowa to również doświadczenie letnich olimpijek – przykładami medalistki z Paryża (2024): jedyna mistrzyni, kapral Aleksandra Mirosław (wspinaczka sportowa), czy srebrne medalistki – starszy szeregowy Klaudia Zwolińska (kajakarstwo slalomowe) i starszy szeregowy specjalista Julia Szeremeta (boks). No i last but not least, starszy szeregowy specjalista Natalia Kaczmarek, która w biegu na 400 metrów zdobyła brąz, czym przypomniała o medalowych aspiracjach naszych lekkoatletów.

Polskie kino, Oscary, "Ministranci" i burza w mediach. Dyrektorka PISF, Kamila Dorbach, w rozmowie z Zero.pl


Reklama

Już po zakończeniu sportowych zmagań żołnierski mundur nałożyła zaś szpadzistka z brązem na szyi – Alicja Klasik. Co więcej, gdy nasze zawodniczki pojawiają się w otoczeniu żołnierzy, to bynajmniej nie tylko w celach reprezentacyjnych. By daleko nie szukać – u kogo terytorialsi mieliby się uczyć wspinaczki, jeśli nie u najlepszej na świecie kapral Mirosław? A czy ktokolwiek spośród przedstawicieli sił zbrojnych zaprezentowałby sztukę fechtunku rzetelniej niż szeregowa Klasik? Zwłaszcza w Dniu Kobiet?


Reklama

Tyle, jeśli chodzi o sportowe areny z żołnierkami w tle – pora przenieść się w inną scenerię, tym razem polityczną. Może wśród czołowych reprezentantek strony czy to rządowej, czy opozycyjnej, nie wskażemy zbyt wielu pań posługujących się na co dzień bronią lub noszących stopień oficerski.

Za to w otoczeniu polityków z najwyższej półki – i to bezpośrednim – owszem. Przypomniała je w jednym z ostatnich numerów “Polityka”, choć niekoniecznie w sposób, na jaki zasługują. Rachmistrz Marta Nawrocka, wieloletnia funkcjonariuszka Krajowej Administracji Skarbowej, i major Urszula Brzezińska‑Hołownia, od lat zasiadająca za sterami MiG‑29, nie są jednak pierwsze, jeśli chodzi o tego typu doświadczenia w świecie polityki.


Reklama

Warszawa, 06.03.2026. Pierwsza dama Marta Nawrocka (C), prezes Fundacji Polka XXI wieku dr Jolanta Rzegocka (L) oraz posłanka PiS Jadwiga Emilewicz (P) na otwarciu konferencji "Polka XXI wieku" w Reducie Banku Polskiego w Warszawie, 6 bm. (amb) PAP/Paweł Supernak. (fot. Paweł Supernak / PAP)


Reklama

Już ponad 100 lat temu Polską rządził człowiek, którego partnerki transportowały podziemne wydawnictwa i materiały wybuchowe, przeładowywały broń oraz prowadziły szkolenia wojskowe.

Reżyser Piłsudski. Jak sanacja spacyfikowała sądownictwo


Reklama

Pierwsza żona Józefa Piłsudskiego, Maria, w ramach konspiracyjnej działalności w Polskiej Partii Socjalistycznej była „dromaderką”. Nazwa może niezbyt fortunna, ale funkcja jakże potrzebna, gdyż pani Piłsudska przenosiła na mniejsze i większe odległości nielegalne druki. Ukryte np. w workach przyszytych od wewnątrz do sukni, jedna kobieta mogła przenieść nawet kilkadziesiąt sztuk, ważących kilkadziesiąt kilogramów.


Reklama

 

Jak przygotowanie takiego „ładunku” wyglądało w praktyce? Odpowiedź znajdujemy w relacji Jana Piłsudskiego, brata Marszałka, który właśnie w takich okolicznościach poznał swoją przyszłą bratową.


Reklama

Jak wspominał: „Było to koło 1 popoł., gdy wyszła pani Paszkowska [Maria Paszkowska, pseudonim „Gintra”, koordynatorka kolportażu materiałów PPS – przyp. red.], która po godzinie wróciła, lecz nie sama, a z drugą panią, przystojną, postawną osobą, lat dwudziestu kilka na oko. Pani Gintra kazała stanąć mnie twarzą do okna i nie odwracać się, otworzyła drzwiczki szafki. Sądząc z szelestu papieru i sukien, to było przepakowywanie nielegalnej bibuły z szafki do worków [...]. Po załatwieniu swych zadań obie panie pożegnały się i wyszły”.


Reklama

Jan został jeszcze jakiś czas w mieszkaniu, by w końcu spotkać się ze swoim bratem. Gdy natomiast opisywał Józefowi poprzednie wydarzenia i zatrzymał się na towarzyszce Paszkowskiej, późniejszy Naczelnik Państwa odparł: „A to była Piękna Pani”. Maria cieszyła się bowiem niepospolitą urodą – stąd takie określenie, a także kolejne: “PPS bez S”. Niemniej to nie wygląd, a odwaga, zdyscyplinowanie i upór czyniły z niej znakomitą konspiratorkę.

Dowodem jedna z akcji, podczas której nasza bohaterka transportowała pod ubraniem 75 egzemplarzy książki „Kobieta i socyalizm”. Nie 7, nie 17, a 75 – łącznie około 25 000 stron! Z takim „bagażem” musiała najpierw przejść ponad kilometr, potem wytrzymać kilka godzin w pociągu, a na koniec czekała ją 30‑minutowa podróż dorożką. Wszystko poszło zgodnie z planem, choć Marii wielokrotnie dokuczały wrzynające się w ciało stalowe listewki gorsetu – brykle.


Reklama

Efekt? Z relacji Piłsudskiego: „Gdyśmy nareszcie znaleźli się w domu i żona się rozebrała, okazało się, że ma pokrwawione i poszarpane bryklami boki. Ze dwa tygodnie po tej wyprawie żona moja gorsetu nie mogła włożyć”.

Marszałkowa, co rewolwery przenosiła

Nie mniej zaangażowana w niepodległościowe podziemie była druga małżonka Józefa, Aleksandra. Znana wśród uczestników konspiracji jako „Ola”, od 1905 roku trzymała w swych rękach wszystkie nitki dotyczące przerzutu broni i amunicji z zagranicy do Królestwa Polskiego, a następnie dystrybucji tegoż oręża po kraju.

To ona wybierała trasy, którymi przewożono sprzęt (z Belgii, przez Niemcy i Austro‑Węgry do Krakowa lub Sosnowca, i dalej w głąb Kongresówki), ona angażowała kurierów do każdego transportu, wreszcie wskazywała, gdzie mają trafić przerzucane karabiny, noże czy rewolwery. Oddajmy jej głos: „Po otrzymaniu wiadomości ustnie, względnie szyfrem o nadejściu przesyłki [na teren Królestwa], wysyłałam jedną lub więcej osób, w zależności od rodzaju transportu, po odbiór broni i przerzut jej na inne miejsce.


Reklama

Z zasady broń, przewiezioną na naszą stronę, przerzucało się do przejściowego składu, skąd szła ona do składów centralnych w Warszawie. Tam spoczywała tak długo, dopóki nie zaszła potrzeba wysłania jej w teren”.


Reklama

„Ola” pozyskiwała ludzi do przewozu i przechowywania „towarów” spośród wszystkich warstw społecznych – od chłopów i robotników po profesorów i lekarzy. Dodajmy, że transportem zajmowali się nie tylko panowie, ale i panie. Długa suknia, a pod nią przywiązane do nóg dwa lub trzy karabiny typu mauzer? Dlaczego nie.

A może rewolwery w pasie pod ubraniem albo dynamit pod gorsetem? Proszę bardzo. Równie pomysłowy charakter miały miejsca, w których magazynowano sprzęt bojowy: „salony mód”, czyli ówczesne butiki, zakłady weterynaryjne (skład w budzie dla psa), sklepy z instrumentami muzycznymi (broń ukryta w harmoniach), prywatne mieszkania, warsztaty stolarskie itd.


Reklama

 


Reklama

O zdolnościach organizacyjnych przyszłej marszałkowej niech świadczy fakt, że carskie służby nigdy nie przejęły jakiegokolwiek składu. Mało tego – zdarzało się, że Aleksandra własnoręcznie czyściła i oliwiła przechowywany oręż, dostarczała podziemnym laboratoriom PPS blaszane pudełka do konstruowania bomb, a także osobiście przenosiła naboje, rewolwery czy materiały wybuchowe.

"Jedna bitwa po drugiej", "The Pitt" i "Studio" z ważnymi nagrodami


Reklama

Szczególnie w tym ostatnim przypadku ryzyko było ogromne: „Jakieś silniejsze potarcie szpilką czy fiszbinem z gorsetu i zabawa skończona. Nie była to myśl przyjemna, jeśli się miało setki kilometrów przed sobą, a dynamit ciasno upakowany ściskał ciało jak wąż z żelaza, ciążył coraz nieznośniej [...]Dodatkową przykrością były wyziewy dynamitu powodujące torsje. Po tym wszystkim trzeba było wyjść z pociągu lekkim krokiem i z miną pewną siebie” („Wspomnienia” Aleksandry Piłsudskiej).


Reklama

Co nas jednak nie zabije, to wzmocni – i nie bez powodu w październiku 1914 roku kobieta została komendantką żeńskiego Oddziału Kuriersko‑Wywiadowczego I Brygady Legionów Polskich. Znowu koordynowała cały proces: od przygotowania rozkazów dla kurierek i wysłania ich w trasę, przez zapewnienie lokum i jedzenia powracającym dziewczynom, po rozszyfrowywanie przekazanych raportów.

W ślady Aleksandry poszła jedna z córek Piłsudskich, Jadwiga. Już jako 16‑latka miała za sobą kurs Przysposobienia Wojskowego Kobiet. Rozstawianie namiotów, obsługiwanie broni czy przeprawa pływacka przez Niemen – to wszystko stanowiło podczas obozu chleb powszedni, a nad całością czuwała Maria Wittek – późniejsza pierwsza kobieta‑generał w Wojsku Polskim.


Reklama

Ląd jednak Jadwidze nie wystarczał – i dobrze, bo niebawem odnalazła się za... sterami szybowca. Co więcej, do wybuchu II wojny światowej zdołała uzyskać najwyższą kategorię szybowcową D, a na powrześniowej emigracji kontynuowała podniebną karierę – tym razem pod brytyjskim niebem, w Air Transport Auxiliary (ATA), organizacji zajmującej się odstawianiem samolotów z fabryk i warsztatów do baz Królewskich Sił Lotniczych (RAF). Jej ulubionymi samolotami były Spitfire’y (prędkość do 600 km/h), a po blisko dwóch latach służby doczekała się stopnia porucznika. Jak widać, nie samym Marszałkiem ród Piłsudskich stoi...


Reklama

Pani doktor, Prus i harem sułtana

O ile panie i panny Piłsudskie przecierały kobiece szlaki w wojskowości, o tyle w środowisku lekarskim robiła to dr Anna Tomaszewicz‑Dobrska. Ile kosztowały ją te dwie litery przed nazwiskiem, wiedziała tylko ona sama, bo punkt startowy miała jeszcze gorszy niż Maria czy Aleksandra. One, choć konspiracyjnie, działały w ramach PPS – partii, która niosła na sztandarach hasło równouprawnienia kobiet.

Anna występowała natomiast z otwartą przyłbicą wśród lekarzy, głoszących nierzadko takie poglądy, jak profesor Ludwik Rydygier na łamach „Przeglądu Lekarskiego”. Szanowany w świecie medycznym chirurg i badacz pisał tam m.in., że „Dopóki [...] słowik śpiewa i żer przynosi samicy w gniazdku siedzącej, dopóty ja w równouprawnienie [kobiet] nie uwierzę”. Podsumowanie artykułu brzmiało jeszcze bardziej złowieszczo: „Precz więc z Polski z dziwolągiem kobiety‑lekarza!”.


Reklama

Tymczasem naszej bohaterce od nastoletnich lat marzyło się leczenie chorych i prowadzenie badań medycznych. Dysponując poparciem rodziców, po dwóch latach przygotowań – korepetycji z nauk przyrodniczych i łaciny – zdecydowała się więc na studia lekarskie w Zurychu (wcześniej ukończyła wyższą pensję w Warszawie).


Reklama

Samoloty zestrzelone przez pomyłkę. Najtragiczniejsze katastrofy cywilnych lotów

 


Reklama

Miała przy tym coś w rodzaju historycznego szczęścia, bo wylądowała w akademickich ławach w 1871 roku, a szwajcarska uczelnia dopuściła kobiety do studiowania raptem cztery lata wcześniej. I co? Nie tylko poradziła sobie z naukowymi i pozanaukowymi trudnościami (w tym tyfusem, który wymusił wielotygodniową przerwę w studiach), ale w 1877 roku zaliczyła egzaminy końcowe i obroniła pracę doktorską.


Reklama

Drzwi do kariery zatem otwarte? Z pewnością w Japonii – wystarczyło jedno „tak”, aby lekarka pracowała w Kraju Kwitnącej Wiśni, najpierw jako asystentka profesora, a potem zapewne samodzielnie. Wolała jednak podnosić poziom służby zdrowia na ziemiach polskich. Niestety, tutaj droga zawodowa była usłana praktycznie samymi kolcami – i prawnymi, i obyczajowymi.

Problem numer 1: dyplom lekarski z Zurychu nie miał automatycznego uznania w Królestwie Polskim i trzeba było go nostryfikować. Sęk w tym, że taką możliwością byli objęci tylko mężczyźni, co de facto wykluczało Annę z grona medyków w Kongresówce. Do tego doszedł ostracyzm ze strony przynajmniej części środowiska, czego wyrazem stał się tekst doktora Gustawa Fritsche, członka warszawskiego Towarzystwa Lekarskiego.


Reklama

Kilka cytatów: „studiowanie medycyny i wykonywanie praktyki lekarskiej jest w wysokim stopniu nieodpowiednie ani usposobieniu, ani uzdolnieniu, ani charakterowi kobiet”, „wszystkie dzisiejsze lekarki lub kandydatki na takowe wypychane są na tę fałszywą drogę [...] przez jakieś awanturnicze usposobienie, przez chęć zabłyśnięcia czymś oryginalnym”, „nie należy zachęcać [kobiet] do kariery, gonienia za jakimś urojonym celem”.


Reklama

Co łączy Kaczyńskiego, Tuska i Piłsudskiego? Wymiar sprawiedliwości to nie tylko problem naszych czasów

Nic dziwnego, że w tej sytuacji doktor Anna uniosła się honorem i zrezygnowała z ubiegania się o członkostwo w Towarzystwie. W obronę wziął ją za to nie kto inny jak Bolesław Prus – w jednej ze swoich „Kronik Tygodniowych” stwierdził, że lekarka nie jest w żadnym razie „zbłąkaną owieczką”, którą próbują z niej robić koledzy po fachu.


Reklama


Reklama

Niemniej, problem z zalegalizowaniem tytułu naukowego pozostał i tu wyjściem okazał się wyjazd do Petersburga oraz... harem sułtana. W stolicy Imperium Rosyjskiego przebywał bowiem ów władca i potrzebna była kobieta, która otoczy opieką medyczną jego żony, do tego będąca poliglotką (znająca minimum angielski, francuski i niemiecki).

Doktor Tomaszewicz spełniała te warunki i zgłosiła swoją kandydaturę, którą zaaprobowano – z tym zastrzeżeniem, że równolegle musi zdać egzaminy na petersburskiej akademii medycznej. Wprawdzie źródła nie są jednoznaczne, czy Polka rzeczywiście czuwała nad zdrowiem sułtańskich małżonek, ale weryfikacja wiedzy przebiegła pomyślnie i w 1880 roku Anna mogła powrócić do Królestwa Polskiego jako pełnoprawny lekarz.


Reklama

W historii polskiej medycyny zapisała się m.in. za sprawą kierowania ośrodkiem położniczym nr 2 w Warszawie, gdzie spędziła 29 lat.


Reklama

Sportowe kobiety pracujące

Czy z dziewczynek, które rodziły się pod okiem naszej doktor, były przyszłe amatorki sportu? Tego nie wiemy, ale już w I Związkowych Mistrzostwach Polski w narciarstwie klasycznym (1920) wystartowała kobieta – Elżbieta Michalewska‑Ziętkiewiczowa. Pozostaje ona jednak w cieniu innej narciarki, której nazwisko, także dzięki bratu, przeszło do historii.

Helena Marusarzówna marzyła o nartach, gdy jeszcze była Helenką – na pytanie przewodnika tatrzańskiego, co by zrobiła z kociołkiem złota, odparła, że jego zawartość wydałaby właśnie na taki sprzęt. Udział w rozwoju jej kariery miał, co ciekawe, Kornel Makuszyński – twórca postaci Koziołka Matołka kilkukrotnie organizował w Zakopanem zawody narciarskie dla dzieci i Marusarzówna okazywała się tam bezkonkurencyjna.


Reklama

Jako dojrzała zawodniczka mogła się pochwalić wybitnymi wynikami sportowymi (m.in. siedmioma mistrzostwami Polski w narciarstwie alpejskim – od zjazdu, przez slalom, po kombinację), a także urodą – reprezentowała Polskę podczas pokazu mody FIS (1938).


Reklama

Obowiązkowa służba wojskowa może wrócić. Generał o powodach

Niestety, nie zdążyła zabłysnąć na arenie międzynarodowej – w trakcie II wojny światowej zaangażowała się w pracę konspiracyjną (kurierka, przewoziła podziemne materiały na trasie Zakopane–Budapeszt) i wpadła w ręce Gestapo. Została rozstrzelana 12 września 1941 roku, a od 1946 roku w Zakopanem rozgrywano memoriał imienia jej i Bronisława Czecha...


Reklama

A gdzie pierwsza dama międzywojennego sportu – Halina Konopacka? Ktoś zapyta. Nie sposób jej pominąć: równie, a może nawet bardziej wszechstronna niż Marusarzówna (26‑krotna mistrzyni Polski – od rzutów dyskiem i oszczepem, przez skok wzwyż i pchnięcie kulą, po trójbój lekkoatletyczny i sztafetę 4×100 metrów), a prócz tego złota medalistka olimpijska z Amsterdamu (rzut dyskiem, 1928). Do tego poetka – zadebiutowała w 1926 roku wierszem „Skrzypce” w miesięczniku „Skamander”.

Miejsce nieprzypadkowe, bo sympatykiem jej talentu literackiego był Kazimierz Wierzyński. Kolega zresztą nie tylko po piórze, ale i po olimpiadzie, a nawet po złocie olimpijskim – za tomik „Laur olimpijski” otrzymał, również w stolicy Holandii, medal z najcenniejszego kruszcu. Przez kilka lat był też naczelnym „Przeglądu Sportowego” – mawiano, że „wprowadził gazetę w XX wiek”.

To jednak inna historia, a skoro wspomnieliśmy o utworze Konopackiej „Skrzypce”, warto przytoczyć jego fragment: „O, niechby mnie świtanie zniewagą poiło. A hańbą każdy wieczór, jak trądem, jadł kości, byle mi jeno co dnia zezwolone było na jedno szczęście moje – na mękę miłości”.


Reklama

Lekkoatletyczna mistrzyni dała się także poznać jako współorganizatorka transportu złota Banku Polskiego w 1939 roku. Akcję nadzorował jej mąż, były minister skarbu i szef polskiego wywiadu, Ignacy Matuszewski, a Halina kierowała jednym z 40 autobusów wiozących bezcenne sztaby.


Reklama

Sportsmenka, literatka i transporterka bankowych rezerw – to była dopiero „Kobieta Pracująca”...

 


Reklama

Źródło: Zero.pl
Tomasz Czapla
Tomasz CzaplaPublicysta, historyk, członek Stowarzyszenia Pamięci Generała Kazimierza Sosnkowskiego - autor zewnętrzny

Reklama