Polityk zwykle przechodzi na emeryturę dopiero, gdy musi. Donald Tusk? Bez większego trudu można sobie wyobrazić, jak za ileś lat, chodząc o lasce, wciąż będzie dzielił i rządził w KO. Jarosław Kaczyński? Choć ostatnio „maślarze” czy „harcerze” wciąż sprawdzają, na ile mogą sobie pozwolić w stosunku do prezesa, ten nie zamierza przejść w tryb: łóżko–kanapa–telewizor.
I tak będzie zapewne jeszcze przez dłuuugi czas. W przeciwieństwie do nich przywódcy komunistyczni najczęściej odchodzili nie z własnej woli, lecz pod presją rywali lub protestów społecznych. Gomułka na emeryturze gimnastykował się, wiosłował i pisał wspomnienia – łącznie 1800 stron! Gierek zmagał się zaś z łatką „oszusta” i „złodzieja”, a po wprowadzeniu stanu wojennego – z rocznym internowaniem.
Oskarżenia i... snus
Co robić na politycznej emeryturze? Można zostać komentatorem, jak Leszek Miller, i zaskakiwać społeczeństwo poparciem dla programu gospodarczego Konfederacji. Były lider SLD, symbol postkomunistycznej lewicy – entuzjastycznym wolnorynkowcem? Na pierwszy rzut oka takie zestawienie pasuje jak Zbigniew Ziobro do praworządności czy Klaudia Jachira do muru na granicy polsko-białoruskiej.
Wystarczy jednak sięgnąć pamięcią, aby przypomnieć sobie, że to nie kto inny, a rząd Millera wprowadzał lub chciał wprowadzać różne, bynajmniej nie lewicowe rozwiązania w gospodarce. Co prawda nie przeforsował powszechnego podatku liniowego, ale już jedną, 19-procentową stawkę dla przedsiębiorców – owszem. Do tego choćby „podatek Belki”, który obciążał w większym stopniu posiadaczy oszczędności w banku niż inwestorów giełdowych.
Czytaj też: Czy referendum może zmienić więcej niż zamach stanu? Polska historia w tle
Czy można się jednak temu dziwić, jeśli kandydatka w zeszłorocznych wyborach prezydenckich, Joanna „czerwone korale” Senyszyn, również deklarowała, że blisko jej i jej kolegom, pod względem gospodarczym, do Konfederacji? Wszystko brzmi okej do momentu, gdy dowiemy się, że takie deklaracje składała, trzymając w ręku sztandar Polskiej Partii Socjalistycznej.
Ale dość o partyjnych dinozaurach, bo na politycznym aucie, z którego już raczej nie wrócą, znajdują się również bohaterowie młodsi o pokolenie. Tacy jak Andrzej Duda, jeden z największych przegranych sceny politycznej ostatnich lat. Swoją obecną pozycję w życiu publicznym były prezydent mógłby określić trzema „n”: niechciany, niedoceniony, niezapraszany. Ani do studiów telewizyjnych, ani na posiedzenia klubowe, ani do Pałacu Prezydenckiego.
Obojętni wobec Dudy (poza członkami rady nadzorczej ZEN.COM) nie pozostali w zasadzie tylko kabareciarze. W polsatowskich skeczach z cyklu „Sektor prezydencki” była głowa państwa regularnie gości u swojego następcy na Krakowskim Przedmieściu. Problem w tym, że jej rola ogranicza się co najwyżej do zażycia, wzorem Karola Nawrockiego, snusa lub potrzymania kapelusza Chuckowi Norrisowi. Mało tego, w kontekście „dużego pałacu” częściej pisało się i mówiło ostatnio o Piotrze Dudzie, który miał nakłonić prezydenta do podpisania nowelizacji ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy.
Na emeryturę nie wybiera się za to, choć pozostaje na politycznym bocznym torze, po części na własne życzenie, Szymon Hołownia. Z niedawnych doniesień TVN24 wynika, że prokuratorzy prowadzący śledztwo w sprawie Collegium Humanum przygotowują wniosek o uchylenie immunitetu byłemu marszałkowi Sejmu. W razie powodzenia następnym krokiem miałoby być postawienie politykowi Polski 2050 zarzutów.
Jakich? Nazwisko Hołowni miało figurować na liście studentów psychologii niesławnej uczelni, a z czasem – i na liście jej absolwentów. Tyle tylko, że były lider jednej z partii koalicyjnych rzekomo nie uczęszczał na zajęcia, w związku z czym nie należał mu się dyplom, który pozyskał „na lewo”. Ile w tym prawdy, wie najlepiej niedawny marszałek, a opinia publiczna – jeśli w ogóle się dowie – to nieprędko. O związkach Hołowni z Collegium Humanum informował bowiem „Newsweek” jeszcze w 2024 roku, a prokuratura do tej pory nic mu oficjalnie nie zarzuciła.
Tyle miesięcy jest raczej dowodem na przewlekłość postępowania niż naciski Donalda Tuska, który rękami oskarżycieli miałby mścić się na koalicjancie za zaprzysiężenie prezydenta Nawrockiego. Po co zresztą premier miałby to robić, skoro były dziennikarz sam się wypisał z wielkiej polityki, najpierw rezygnując z wywalczenia sobie jak największej autonomii w obozie władzy, a potem – z przywództwa w Polsce 2050?
Czytaj także: SAFE kontra przeszłość. PRL‑owskie lekcje o wojsku, które dziś znowu są aktualne
Towarzysz „Wiesław” wygumkowany
Zwolennicy tezy, że Tusk mniej lub bardziej steruje śledztwem wobec Hołowni, mogliby argumentować, że obecny szef rządu ma już na koncie wiele politycznych ofiar. Zyta Gilowska, Jan Rokita, Grzegorz Schetyna – wykaz postaci zmarginalizowanych lub wręcz wypchniętych z partii przez lidera KO zająłby jeszcze pewnie z kilka linijek. Rokita podkreślał nawet, że Tusk „zupełnie nie na żarty ciągle poluje we własnym stadzie”.
Cóż, żeby mieć absolutną pewność co do roli premiera w tej sprawie, musielibyśmy dysponować stenogramem lub nagraniem z jego rozmów z najbliższymi współpracownikami. Ewentualnie ich wspomnieniami, ale to może za kilkanaście lat. Dysponujemy za to relacjami dotyczącymi rzeczywistego przewrotu pałacowego, który dokonał się w grudniu 1970 roku. Wówczas to na szczytach PZPR zawiązała się grupa spiskowców, na czele z Edwardem Gierkiem, która odsunęła od władzy Władysława Gomułkę. Co prawda była to konspiracja powstała ad hoc, w odpowiedzi na rozlew robotniczej krwi na Wybrzeżu (zgodę na użycie broni wobec demonstrantów wydał osobiście Gomułka), ale grunt, że skuteczna.
Towarzysz „Wiesław” stracił fotel I sekretarza KC PZPR; wraz z nim zostali wcześniej czy później zmuszeni do odejścia jego ludzie i wszyscy musieli sobie jakoś radzić na emeryturze. Tym samym sprawdził się złośliwy wierszyk, który Polacy tu i ówdzie powtarzali w ostatnich miesiącach 1970 roku:
Jedzie, jedzie wózek, czerwone ma kółka, siedzi na nim Breżniew, ciągnie go Gomułka. Oj ciągnie go, ciągnie, aż mu wyszły jaja, pewno nie dociągnie do 1 maja!
I nie dociągnął, a jak odnosiła się do niego nowa, gierkowska ekipa? Z jednej strony nie zamierzała wytaczać „Wiesławowi” żadnych procesów za zezwolenie na strzelanie do robotników. Dlaczego? Oddajmy głos Gierkowi:
Tylko polityczne dziecko bądź głupiec może sądzić, że I sekretarza opluć można od stóp do głowy, nie powodując przy tym załamania ustroju.
Podobnym myśleniem kierował się zresztą sam Gomułka, gdy pozostawiał w spokoju największych politycznych zbrodniarzy polskiego stalinizmu – Jakubowi Bermanowi i innym włos z głowy nie spadł.
Z drugiej strony „Wiesława” odsunięto na polityczno-społeczną bocznicę. Dotychczasowy dyktator został zawieszony jako członek Komitetu Centralnego PZPR; tym bardziej uniemożliwiono mu bronienie się na forum KC. Ponadto ze szkół i urzędów zniknęły portrety Gomułki oraz wieloletniego premiera Józefa Cyrankiewicza, a w „Dzienniku Telewizyjnym” nie sposób było się natknąć na wieści o byłym przywódcy partii.
To samo dotyczyło prasy: próżno znaleźć w gazetach z lat 70. zdjęcie naszego bohatera. Ba, został on nawet wygumkowany w centralnym archiwum PZPR, gdzie w fotograficznym katalogu były zdjęcia mniej i bardziej znaczących komunistów, tylko nie „Wiesława”. Polityk odnalazł się za to jako rzekomy autor wspomnień „Moje czternaście lat. Zwierzenia Władysława Gomułki”. Zawierały one pełno fragmentów udanie oddających sposób myślenia i osobowość byłego I sekretarza.
Dla przykładu cytat:
Ci ludzie [Polacy żydowskiego pochodzenia] nigdy nie czuli się naprawdę Polakami, nawet wtedy, kiedy im się tak zdawało!
I jeszcze jeden:
Nie wiem tylko, czy podjąłbym się raz jeszcze rządzić tym narodem, wiedząc o nim to, co wiem teraz.
Na dodatek te domniemane wynurzenia byłego przywódcy ukazały się najpierw na łamach kolejnych numerów wydawanego w Izraelu dziennika „Nowiny-Kurier”. Dopiero później można je było przeczytać w Polsce, i to nieoficjalnie, bo cenzura w życiu nie pozwoliłaby Gomułce na taką szczerość. Sęk w tym, że „Moje czternaście lat...” to dzieło nieznanego autora, który skutecznie, bo skutecznie, ale podszył się pod „Wiesława”. Były szef PZPR przez lata domagał się od gierkowskich władz sprostowania; dopiero w 1982 roku w „Trybunie Ludu” przyznano, że ten tekst nie ma z nim nic wspólnego.
„Solidarność? Rozwydrzona, roszczeniowa kontrrewolucja!”
O ile emerytowany I sekretarz był regularnie pomijany w przestrzeni publicznej, społeczeństwo przechowało pamięć o nim w formie przeróżnych, fikcyjnych opowiastek. Według jednej z nich za Gomułką szczególnie tęsknił przywódca ZSRR Leonid Breżniew. Gdy w latach 70. polska delegacja goszcząca w Moskwie żegnała się na lotnisku z sowieckimi władzami, gensek miał nawet porównywać pożegnania z „Wiesławem” i Gierkiem.
Wylewne ściskanie się „na niedźwiedzia” w wykonaniu Gomułki kontra zdystansowane podanie dłoni przez jego następcę – werdykt był oczywisty. Jak głosiła opowieść, „Breżniew patrzył za odlatującym odrzutowcem i rozmarzonym głosem mówił: – Ach Gamułka, Gamułka, ten to całował...”. Jak na tego typu historie reagował sam zainteresowany, niestety nie wiemy, ale wbrew stereotypowi miewał poczucie humoru. W latach 70. do tego dużo wolnego czasu.
Jak go spędzał? Nim o tym, warto przytoczyć warunki, w jakich żył były lider PZPR. Willa w Konstancinie, wyposażona w przestronny taras i 8 okien od wejścia, osobisty kierowca, czuwający nad bezpieczeństwem zespół BOR-owców plus dostęp do służby zdrowia poza jakąkolwiek kolejką – przysłowiowej biedy z pewnością nie klepał.
Czytaj też: Co łączy Kaczyńskiego, Tuska i Piłsudskiego? Wymiar sprawiedliwości to nie tylko problem naszych czasów
Choć politycznie zmarginalizowany, żył na wysokim poziomie i prowadził aktywny tryb życia. Gomułka-emeryt w niczym nie przypominał bowiem stetryczałego starca, kiwającego się podczas przemówień i powtarzającego do znudzenia skrzeczącym głosem, że „toczymy walkę o przyszłość socjalizmu”. Jak wyglądał jego plan dnia? Pobudka o 6:00 rano, poranna gimnastyka i jazda na stacjonarnym rowerze, potem trwające nawet do 3 godzin spacery z psem, któremu na progu domu wycierał ubłocone łapy i brzuch. Jak przystało na wyjątkowego pedanta, „Wiesław” zakładał do tej czynności fartuch, a wyczyszczenie czworonoga zajmowało mu kilkanaście, nierzadko 20 minut.
Maria Turlejska, historyk, która na przełomie lat 70. i 80. odbyła liczne rozmowy z Gomułką, komentowała: „Była to robota gospodarska, jakby dalekie echo troski o inwentarz cechującej chłopskich przodków”. Co więcej, jego aktywność fizyczna nie kończyła się na wyprowadzaniu psa. Dokąd pozwalało mu zdrowie, chodził na grzyby i jagody czy wiosłował, a dodajmy, że w przeszłości był świetnym pływakiem, potrafiącym przepłynąć kilkadziesiąt metrów jeziora.
Wieczory spędzał natomiast, pracując w gabinecie nad prawdziwymi już wspomnieniami – pisał ręcznie (długopisem), a zapiski przepisywała na maszynę jego była sekretarka. W ten sposób w ciągu kilku lat powstało około 1800 stron tekstu. Opublikowany w 1994 roku, ukazuje Gomułkę jako człowieka próbującego godzić wodę – wiarę w komunizm – z ogniem – swoistym, ale jednak patriotyzmem.
Z tego miksu wynikały zadziwiające poglądy, jak opinia towarzysza „Wiesława” na temat porwania przez Sowietów 16 przywódców Polskiego Państwa Podziemnego i wytoczenia im procesu w Moskwie. Polityk oceniał uprowadzenie Polaków i ich sądzenie zdecydowanie negatywnie, ale wcale nie dlatego, że byli niewinni. Uważał, że jako zwolenników Polski niezależnej od ZSRR i antykomunistów należało ich jak najbardziej postawić przed sądem. Różnica polegała na tym, że powinni to zrobić polscy komuniści i polscy sędziowie, a nie radzieccy – taka to gomułkowska logika.
Wieloletni przywódca PRL z jednej strony potrafił godzinami słuchać na emeryturze zachodnich stacji (BBC, Radio Wolna Europa) i powtarzać, że „Komunizm w Polsce [...] został zaszczepiony przemocą i na przemocy opiera się po dzień dzisiejszy”. Z drugiej uznawał terror stosowany wobec ludzi negatywnie nastawionych do ówczesnej rzeczywistości za słuszny. Usprawiedliwiał nawet zbrodnie stalinowskie, co najwyżej zgadzając się, że dochodziło do „błędów i wypaczeń”.
Wszystko to służyło bowiem większemu dobru – budowaniu nad Wisłą komunizmu, a bycie satelitą Związku Radzieckiego gwarantowało nam granicę na Odrze i Nysie Łużyckiej. Gomułka uważał przy tym, że Polacy mają wrodzoną skłonność do anarchii i system komunistyczny nie tylko tworzy sprawiedliwość społeczną, ale i trzyma w ryzach warcholskie ciągoty społeczeństwa.
Stąd wypowiedzi, że „Trudno rządzić tym narodem. Stawiają tylko żądania, a pracować im się nie chce” i ostra krytyka „Solidarności” („rozwydrzona, roszczeniowa kontrrewolucja”). Za kontrrewolucjonistów uznawał też do końca życia (1 września 1982 r.) robotników protestujących w 1970 roku. Zdążył jeszcze doczekać upadku Gierka („Postać głupia, a nie tragiczna”) i stanu wojennego. Symboliczne, że tuż przed jego śmiercią w 66 polskich miastach odbyły się prosolidarnościowe manifestacje, brutalnie stłumione (ponad 5 tys. osób zatrzymanych).
„Edward Większy” kontra robotnicy
Kolejni liderzy partii nie nękali specjalnie swoich poprzedników i mogłoby się wydawać, że podobnie będzie z Edwardem Gierkiem. Nic bardziej mylnego – nie tylko jako jedynego z I sekretarzy wykluczono go z PZPR, ale i internowano w 1981 roku. Zdecydował o tym osobiście Wojciech Jaruzelski, a towarzysz Edward wraz z grupą bliskich współpracowników spędził w odosobnieniu około roku. Nim przypomnimy ten epizod, musimy cofnąć się do lipca 1980 r.
Polskę zaczęła wówczas ogarniać fala strajków (do końca lipca zastrajkowało ponad 80 tys. ludzi), która w sierpniu zmieniła się w prawdziwe robotnicze tsunami, topiące niebawem ekipę Gierka. I sekretarz zlekceważył narastający bunt już na samym starcie, przekonując w wąskim partyjnym gronie, że „tu i tam mogą nam wyskoczyć różnego rodzaju pryszcze”, ale nie ma co się nimi przejmować. Pozostał w tym konsekwentny, wylatując pod koniec miesiąca na urlop na Krym.
Nad Morzem Czarnym po raz ostatni spotkał się z numerem 1 w ZSRR, czyli Breżniewem. Ta rozmowa to kolejny dowód na ówczesne oderwanie następcy Gomułki od rzeczywistości. Na każdą wątpliwość radzieckiego przywódcy, czy to dotyczącą gospodarki, czy opozycji, miał gotową, pozytywną aż do bólu, odpowiedź. Antykomuniści podnoszą głowę? „Ich wszystkich można na palcach policzyć, a poza tym [...] na każdego opozycjonistę mamy czterech swoich ludzi”.
Kryzys gospodarczy? To przejściowe trudności, za rok, najpóźniej dwa wszystko wróci do normy. Breżniew słuchał tego wszystkiego, nie reagując, za to Gierek w połowie sierpnia musiał zareagować na masowe, już kilkusettysięczne protesty w Polsce. Zamierzał zagrać va banque i po powrocie do kraju udać się do Gdańska, aby bezpośrednio porozmawiać z Międzyzakładowym Komitetem Strajkowym i stojącym na jego czele Lechem Wałęsą. Liczył zapewne, że dzięki swoim talentom komunikacyjnym znajdzie nić porozumienia z protestującymi, zwłaszcza że już raz mu się to udało. W styczniu 1971 roku spotkał się przecież z gdańskimi stoczniowcami, w tym z Wałęsą, i zdołał uspokoić wzburzonych robotników.
Z planów podróży do Trójmiasta nic jednak nie wyszło – członkowie Biura Politycznego przekonali Gierka, że jest potrzebny w Warszawie. Na marginesie ta niedoszła wyprawa została wręcz ośmieszona w filmie „Gierek” (2022). W jednej z najbardziej absurdalnych scen szef PZPR przeistacza się bowiem w nieudolnego zresztą konspiratora.
W tajemnicy przed resztą partyjnego towarzystwa dostaje się bowiem do budki telefonicznej, stamtąd dzwoni do swojej sekretarki i prosi, aby zorganizowała 2 bilety lotnicze do Gdańska. Nazajutrz mają się spotkać na lotnisku, ale do wylotu i rozmowy z wąsatym elektrykiem oczywiście nie dochodzi. Skądinąd cały film to jeden wielki gniot, ukazujący z jednej strony Gierka jako świeckiego świętego, wielkiego modernizatora Polski bez skazy, z drugiej jako politycznego naiwniaka, dającego się ogrywać rywalom jak dziecko.
Czytaj także: Kobiety, które nie czekały na pozwolenie. Sport, wojna i polityka po polsku
W rzeczywistości „Edward Większy” („Mniejszym” nazywano premiera Edwarda Babiucha) zdecydował się zgodzić na niezależne związki zawodowe, ale traktował to jako krok taktyczny. Jak tłumaczył w zaufanym gronie, „trzeba wybierać mniejsze zło, a potem starać się z tego wybrnąć”. Aby utrzymać się na PZPR-owskim tronie, próbował jeszcze różnych roszad kadrowych, m.in. wymienił Babiucha na Józefa Pińkowskiego.
Jako że od samego mieszania herbata nie robi się słodsza, na niewiele się to jednak zdało, a rywale zwietrzyli swoją szansę. I wykorzystali ją, podobnie jak Edward 10 lat wcześniej: 4 września Mieczysław Rakowski spotkał się ze Stanisławem Kanią i namawiał go na objęcie schedy po Gierku. Dzień później „Edward Większy” doznał zawału serca i trafił do kliniki rządowej w Aninie. W tej sytuacji jego przeciwnicy przystąpili do ostatecznej ofensywy: nowym przywódcą partyjnym został nie kto inny, a Kania.
„Złodzieje, po ch... ich tu przywieźli”
Gierek opuszczał polityczny szczyt w niesławie, żegnany przez społeczeństwo epitetami typu „złodziej”, „oszust”, „cwaniak”. Między Polakami krążyły niezliczone plotki o luksusach panujących w domu byłego I sekretarza: rzekomych złotych klamkach, różowych, marmurowych wnętrzach, automatycznej saunie czy parkiecie z drewna olchowego. Nic z tego nie było prawdą, ale to nie oznacza, że plotki wzięły się znikąd. Wprawdzie żona Gierka, Stanisława, nie latała do Paryża tylko po to, żeby poprawić fryzurę, ale już jego synowe korzystały z możliwości, jakie dawał teść rządzący krajem. W jaki sposób?
Gdy w latach 70. polska delegacja, z Edwardem i jego rodziną w składzie, gościła z oficjalną wizytą na Kubie, zwróciły się do naszego bohatera z nietypową prośbą. Po sąsiedzku, w Stanach Zjednoczonych, mieszka ich stryj Anatol (synowe Gierka były siostrami) – może byłaby szansa, aby „tata” załatwił im samolot do USA, żeby się z nim spotkały? Nawet na kilka godzin, tym bardziej że nudzi im się na wyspie...
Oficjalnie USA i Kuba nie utrzymywały ze sobą kontaktów dyplomatycznych, ale czego się nie robi dla bliskich! Ariadna Gierek-Łapińska:
Teść się zgodził [...], o nic więcej nie musiałyśmy się martwić. Nasze paszporty miał jeden z ochroniarzy, wizy pewnie załatwiono na wysokim szczeblu. Wyleciałyśmy rano z Hawany do Kalifornii. Wuj Anatol czekał na nas na lotnisku. Ochroniarz został w samolocie, nie mógł dotknąć amerykańskiej ziemi. Na trapie przypomniał: »Macie trzy godziny«. Spotkanie z wujem było krótkie, ale serdeczne. [...] Do Hawany wróciłyśmy wieczorem, strasznie głodne, bo u Anatola nie chciałyśmy tracić czasu na jedzenie. Stół, nakryty, już na nas czekał.
Niezależnie od tego, czy za tę „wycieczkę” zapłacił polski podatnik, czy zasponsorowali ją Kubańczycy, słowo „skandal” samo ciśnie się na usta.
O ile to wydarzenie wyszło na jaw dopiero po latach, na przełomie lat 70. i 80. w otoczeniu Gierka zebrało się co najmniej kilka epizodów związanych z nadużywaniem stanowisk. Dodajmy do tego polityczną odpowiedzialność za kryzys gospodarczy i nic dziwnego, że ludzie przekazywali sobie informację o stanie zdrowia byłego I sekretarza: „Już może siedzieć”. W domyśle – w więzieniu, i dopiero stan wojenny sprawił, że Polacy zatęsknili za byłym przywódcą. W zestawieniu z generałem Jaruzelskim oraz panującym wszem i wobec zamordyzmem Gierek wypadał już dużo korzystniej i szybko pojawiły się wierszyki apelujące do „Edwarda Większego” o powrót. „Wracaj Edek do koryta, lepszy złodziej niż bandyta” – oto jeden z nich. Jaruzelskiemu pozostawiono natomiast kibicowskie okrzyki „Znajdzie się pała na dupę generała!” i napisy na murach typu „Junta juje!”.
Ale, ale – społeczeństwo mogło z czasem puścić w niepamięć winy Gierka; Jaruzelski i jego ludzie nie mieli wobec niego i jego współpracowników żadnej taryfy ulgowej. Od usunięcia Edwarda z Komitetu Centralnego, przez powołanie komisji badającej nadużycia „gierkowców”, po pozbawienie byłego „pierwszego” członkostwa w PZPR – szykany następowały jedna po drugiej.
Tylko pamiętajmy: w porównaniu z represjami wobec antykomunistycznej opozycji, jak np. napady „nieznanych sprawców”, były to „pieszczoty”. Ich kulminacją było internowanie 13 grudnia 1981 r. Gierka i członków jego ekipy, w tym byłych premierów: wspomnianego Babiucha i Piotra Jaroszewicza, byłego wicepremiera Jana Szydlaka oraz Jerzego Łukasiewicza (odpowiadającego za „propagandę sukcesu”).
Formalnie za izolacją „gierkowców” stało Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, ale w praktyce decyzję podjął Jaruzelski. Jak sam przyznał już w latach 90., „miałem wpływ na to, kto będzie internowany z poprzednich władz”. Wszyscy mieli wystąpić w roli kozłów ofiarnych, a że generał jeszcze niedawno działał z nimi ramię w ramię? Nieważne – ważne, że rządzący mogli pokazać, że oczyszczają swoje szeregi z „czarnych owiec” i nikt nie ucieknie od kary.
A jak przebiegało samo internowanie? We wspomnieniach Gierka wygląda wręcz apokaliptycznie: milicjanci walący pięściami w drzwi, helikopter transportujący polityków i celowo „tańczący” w powietrzu, aby zastraszyć „pasażerów”, witający ich na ziemi pluton ZOMO z psami i bronią maszynową w ręku itd. Warunki odosobnienia miały być równie straszliwe: od 1 pisuaru i 1 muszli klozetowej na 36 osób, przez zimne kaloryfery i podsłuch w pokojach, po spacery tylko i wyłącznie w towarzystwie żołnierzy z pistoletami maszynowymi.
Tyle Gierek, a jak było naprawdę? Owszem, jemu i reszcie nie szczędzono upokorzeń, jak wtedy, gdy pilnujący ich milicjanci mówili na głos: „Złodzieje, po ch... ich tu przywieźli”. Inny przykład: kiedy pewnego razu funkcjonariusz wszedł bez pukania do pokoju Gierka i Szydlaka, wywiązał się następujący dialog. „Milicjant: »Nazwisko!«, Gierek: »Nie poznajecie mnie, towarzyszu?«, Milicjant: »Nazwisko!«, Gierek: »Nazywam się Gierek«”.
Z drugiej strony panowie mieli w ośrodku hotelowo-internatowym w Głębokiem (Pojezierze Drawskie) do dyspozycji bufet z papierosami, herbatą czy słodyczami. Prócz tego w każdym pokoju radio, dostęp do świetlicy z telewizorem i biblioteką, pracownicy piorący im ubrania i dbający o czystą pościel – w żadnym razie nie było to „polskie Guantanamo”. Ostatecznie „gierkowcy” opuścili ośrodek w grudniu 1982 r., a zapowiedzi postawienia ich przed sądem lub Trybunałem Stanu pozostały jedynie zapowiedziami. Tylko były szef Radiokomitetu, Maciej Szczepański, trafił przed prokuratorskie oblicze i został skazany w 1984 roku na 8 lat więzienia. A Gierek? Po 1989 roku wiódł spokojne życie emeryta i budował legendę polityka, któremu niewiele zabrakło, aby uczynić z Polski kraj mlekiem i miodem płynący.

