Prawdziwym sprawdzianem dla państwa jest sytuacja, w której trzeba wychwycić drobne, codzienne nadużycia i nieprawidłowości. Takie, które niekoniecznie zagrażają bezpośrednio bezpieczeństwu kraju, nie trafiają na pierwsze strony gazet i nie wywołują natychmiastowych politycznych burz. Takie, które jednak stopniowo podkopują zaufanie obywateli do instytucji publicznych.
Dlatego w historii dotyczącej działalności Dawida Kacprzyka w Szpitalu Południowym najbardziej niepokoi mnie nie tylko to, co opisały media. Równie niepokojące jest pytanie, dlaczego o sprawie dowiadujemy się właśnie od dziennikarzy. Ale mimo ich pracy cały czas pozostajemy z wieloma pytaniami.
Po co nam państwo?
Jeżeli rzeczywiście dochodziło do tworzenia specjalnych zasad dla polityków i ich rodzin, jeżeli funkcjonowała nieformalna ścieżka traktowania wybranych pacjentów inaczej niż pozostałych, jeżeli pojawiały się wątpliwości dotyczące organizacji pracy czy rozliczania czasu pracy, to dlaczego nie zostało to wcześniej wychwycone przez mechanizmy nadzoru? Gdzie były procedury kontrolne? Gdzie był właściciel szpitala? Gdzie były instytucje odpowiedzialne za monitorowanie jakości funkcjonowania publicznej ochrony zdrowia? Wreszcie, czemu służą rozbudowane procedury zbierania danych na temat funkcjonowania tego wycinka działania państwa, skoro nie do wykrywania takich nieprawidłowości?
Demokratyczne państwo nie powinno być uzależnione od przypadku, odwagi pojedynczych sygnalistów czy determinacji pojedynczych dziennikarzy. Powinno posiadać własne mechanizmy wykrywania nieprawidłowości. Jeżeli ich nie posiada lub z nich nie korzysta, mamy do czynienia z problemem znacznie poważniejszym niż zachowanie jednej osoby.
Mam w związku z tym jeszcze jedno pytanie. Dlaczego rząd, mimo zobowiązań międzynarodowych, ale też na podstawie czystej pragmatyki, nie opracował i nie wdraża strategii przeciwdziałania korupcji? Gdyby tak się stało, być może udałoby się odpowiednio wcześniej zidentyfikować luki w systemie monitoringu nad wydatkowaniem środków publicznych. Śmiem twierdzić, że i ten przypadek tego nie zmieni. Już wiele wcześniejszych, podobnych incydentów powinno zmobilizować rząd do podjęcia prac nad uszczelnieniem całego systemu.
Po co nam media?
Jednocześnie, a może właśnie z uwagi na te zaniedbania, ta sprawa pokazuje, dlaczego niezależne media i organizacje patrzące władzy na ręce są tak ważnym elementem demokratycznego systemu.
Od lat obserwuję, jak kolejne środowiska polityczne deklarują przywiązanie do przejrzystości życia publicznego, ale znacznie mniej entuzjastycznie podchodzą do tych, którzy tę przejrzystość próbują egzekwować. Dziennikarze śledczy, organizacje strażnicze, aktywiści korzystający z prawa do informacji publicznej czy zwykli obywatele zadający niewygodne pytania często bywają przedstawiani jako przeszkoda w sprawnym zarządzaniu państwem. Absolutnie niesłusznie.
Czytaj także: Kto naprawdę jest pierwszy w kolejce na SOR-ze?
To właśnie dzięki takim podmiotom dowiadujemy się o sprawach, których instytucje państwowe nie dostrzegły albo nie chciały dostrzec. To dzięki nim możliwe jest uruchomienie społecznej kontroli nad tymi, którzy dysponują publiczną władzą, publicznymi pieniędzmi i publicznym zaufaniem.
Po co nam równość?
Szczególnie ważny jest jednak inny aspekt tej historii. Dotyczy on samej istoty równości obywateli wobec państwa. Nie wiem, czy wszystkie przedstawiane zarzuty okażą się prawdziwe. Wiem jednak, że sama, wyglądająca na bardzo wiarygodną, informacja o tworzeniu specjalnej ścieżki obsługi dla polityków i osób publicznych jest niezwykle szkodliwa dla zaufania do instytucji.
Pamiętajmy, że szpital publiczny to miejsce finansowane ze składek wszystkich obywateli. Miejsce, w którym o kolejności udzielania świadczeń powinny decydować względy medyczne, a nie pozycja polityczna, liczba obserwujących w mediach społecznościowych czy znajomość z kierownictwem placówki.
Każdy, kto choć raz spędził kilka godzin na szpitalnym oddziale ratunkowym, doskonale wie, że nie jest to doświadczenie komfortowe. Pacjenci czekają, bo system jest przeciążony, bo brakuje personelu, bo liczba potrzeb przewyższa możliwości systemu czy wreszcie bardziej uprzywilejowani do tych kolejek się wpychają.
W rezultacie informacja, że dla wybranych osób mogła istnieć szybsza ścieżka dostępu do świadczeń, jest czymś więcej niż tylko organizacyjną nieprawidłowością. To symboliczny, choć nie jednostkowy (pozdrowienia dla senatora Lenza), komunikat wysyłany obywatelom: są równi i równiejsi. Właśnie dlatego podobne sprawy wywołują tak silne emocje. Nie chodzi wyłącznie o pojedynczą wizytę, pojedynczego pacjenta czy pojedynczego polityka. Chodzi o poczucie (nie)sprawiedliwości.
Obywatele są skłonni zaakceptować wiele niedoskonałości państwa. Znacznie trudniej godzą się jednak z przekonaniem, że zasady obowiązują wszystkich, ale niektórych obowiązują mniej. Politycy zdają się już nie pamiętać emocji, które towarzyszyły w trakcie pandemii, gdy np. minister Czarnek mógł, w przeciwieństwie do reszty społeczeństwa, odwiedzać bliskich w szpitalu.
Po co nam jawność?
Ta historia przypomina również o znaczeniu narzędzia, które od lat część klasy politycznej próbuje ograniczać – jawnych oświadczeń majątkowych.
W debacie publicznej regularnie powraca argument, że zakres informacji ujawnianych przez osoby pełniące funkcje publiczne jest zbyt szeroki. Że należy mocniej chronić ich prywatność. Że obywatele nie muszą wiedzieć aż tyle, bo odpowiednie instytucje są skuteczne w sprawdzaniu oświadczeń. Ostatnio taki apel wystosował Związek Miast Polskich.
Czytaj także: Szpital Południowy a kryzys NFZ. Dlaczego leczymy się po znajomości?
Tylko że niemal każda kolejna afera dotycząca życia publicznego pokazuje coś dokładnie przeciwnego. Jawność nie służy zaspokajaniu ciekawości opinii publicznej. Służy wykrywaniu sytuacji, które mogą budzić wątpliwości co do uczciwości i obiektywizmu funkcjonariuszy publicznych. Pozwala analizować źródła dochodów, możliwe konflikty interesów i powiązania między działalnością publiczną a prywatnymi korzyściami.
Gdyby nie dostęp do takich informacji, wiele spraw nigdy nie zostałoby poddanych społecznej kontroli. Obywatele byliby skazani na zapewnienia samych zainteresowanych, że wszystko odbywa się zgodnie z zasadami.
Te postulaty o ograniczaniu jawności są szczególnie zastanawiające w momencie, gdy państwo najwyraźniej nie radzi sobie z samodzielnym wykrywaniem części nieprawidłowości. Skoro instytucjonalna kontrola zawodzi, ograniczanie kontroli społecznej wydaje się ostatnią rzeczą, którą należałoby robić.
Po co nam obywatele?
W takich momentach ujawnia się także jedna z największych słabości polskiej polityki. Każda partia z łatwością dostrzega nadużycia swoich przeciwników. Znacznie trudniej przychodzi jej dostrzeganie podobnych problemów we własnym środowisku. Przez lata politycy obecnej koalicji słusznie krytykowali nepotyzm, klientelizm i obsadzanie stanowisk „swoimi ludźmi” przez obóz Zjednoczonej Prawicy. Dzisiaj są konfrontowani z prostym pytaniem: czy standardy, których domagali się od poprzedników, będą stosować również wobec własnych współpracowników?
Stawką nie jest wyłącznie wyjaśnienie tej konkretnej sprawy. Stawką jest odpowiedź na pytanie, czy instytucje publiczne rzeczywiście należą do wszystkich obywateli.
Jeżeli pacjent zaczyna wierzyć, że polityk ma szybszą ścieżkę leczenia, urzędnik łatwiejszy dostęp do stanowiska, a osoba z odpowiednimi kontaktami łagodniejszą ocenę własnych działań, to bardzo szybko przestaje ufać państwu jako całości. A państwo, któremu obywatele nie ufają, zawsze będzie słabe. Czy naprawdę możemy sobie, w obecnej sytuacji geopolitycznej, na to pozwolić?
I właśnie dlatego każda historia o „specjalnych zasadach” dla ludzi władzy jest czymś więcej niż kolejną aferą. Jest ostrzeżeniem, że największym zagrożeniem dla demokracji nie zawsze jest łamanie prawa. Czasem jest nim stopniowe przyzwyczajanie obywateli do przekonania, że nie wszyscy stoją w tej samej kolejce.

