Reklama
Kultura

Kto jest artystą w epoce streamów erotycznych? Ustawa otwiera trudną debatę

Państwo chce pomóc artystom – najpierw jednak sprawdzi, kto nim jest. Problem w tym, że w świecie, w którym nawet autorskie streamy erotyczne mogą zostać uznane za działalność kulturalną, taka selekcja szybko może zamienić się w groteskę.

Dagmara Leszkowicz-Zaluska
Opinia autorstwa: Dagmara Leszkowicz-Zaluska
Dzisiaj 13:01
11 min
Jeśli państwo chce rozdawać legitymacje artysty, niech przygotuje się na długą kolejkę. Z całą powagą majestatu będzie musiało odpowiedzieć na pytanie, które samo sobie wykreowało: „Czy kultura musi mieć zaświadczenie, że jest kulturą?”. (fot. Margy Crane / Shutterstock)
TYLKO NA

„Zakupy muzealne są formą pomocy dla malarzy, a pański obraz został zakupiony nie po to, aby go ktoś oglądał, tylko po to, by pan miał z czego żyć” – tłumaczy w filmie „Poszukiwany, poszukiwana” młody adiunkt Stanisław Maria Rochowicz malarzowi Bogdanowi Adamcowi. I właściwie trudno o lepszy komentarz do projektu ustawy o zabezpieczeniu socjalnym artystów. Oto bowiem pół wieku później państwo znowu staje przed artystą i mówi: „Wiemy, że jest trudno, więc pomożemy, tylko pan wybaczy, ale najpierw musimy ustalić, czy naprawdę jest pan artystą”.

Trąci bareizmem? Owszem. Nie po raz pierwszy zresztą genialny reżyser przewidział naszą absurdalną teraźniejszość.

Czytaj też: Michał Szczerba po aresztowaniach ws. fałszywych alarmów. Krytykuje prezydenta i opozycję

Ustawa o zabezpieczeniu socjalnym artystów ma wejść w życie za dziewięć miesięcy i na pierwszy rzut oka treść jej uzasadnienia brzmi nawet szlachetnie. Czytamy w niej, że artyści mają nieregularne dochody, pracują projektowo, często na umowach o dzieło, bywają poza systemem ubezpieczeń. To wszystko prawda. Ba, ośmielę się stwierdzić, że większość ludzi kultury naprawdę żyje w warunkach, które z romantyczną wizją sztuki mają tyle wspólnego, co ja ze sportem sumo.

Reklama
Reklama

Tyle że polskie państwo, kiedy już zauważy realny problem, natychmiast próbuje go wsadzić w ramki, które nijak się mają do realiów ze świata kultury. Otóż żeby pomóc artyście, państwo musi najpierw ustalić, kto nim jest. Czyli ktoś – komisja, jakaś instytucja – będzie musiał odpowiedzieć na pytanie, na które od setek lat nikt nie potrafi mądrze odpowiedzieć. Albo inaczej – odpowiedź na ogół jest uznaniowa i najzwyczajniej subiektywna. Czy to kultura, czy może jeszcze jednak hobby?

Witajcie zatem w nowym, wspaniałym świecie. Epoce artysty z legitymacją artysty.

Pomysł wraca jak bumerang

Projekt ustawy nie jest właściwie nowy. Pomysł statusu artysty zawodowego wraca w Polsce co kilka lat, ostatnio w czasie rządów Zjednoczonej Prawicy. Resort kultury, kierowany wówczas przez Piotra Glińskiego, skierował projekt do konsultacji już w maju 2021 roku, a rząd Mateusza Morawieckiego przyjął go w listopadzie 2023 roku. Ustawa nie została jednak uchwalona przed zmianą władzy, a na początku 2024 roku została ostatecznie wycofana przez wnioskodawców. Obecny rząd sprzedaje temat jako świeże rozwiązanie, ale to raczej kolejny sezon tego samego serialu – zmienił się jedynie marketing polityczny.

Reklama
Reklama

Problem w tym, że projekt nie rozwiązuje fundamentalnych bolączek kultury. On nimi tylko, pod płaszczykiem chęci pomocy, elegancko administruje. W dużym skrócie: nie tworzy warunków, w których twórczość może być stabilną pracą, tylko sankcjonuje układ, w którym będzie sprawdzane, czy owa „niestabilność bytowa” spełnia kryteria artystyczne.

Oczywiście można powiedzieć, że lepszy rydz niż nic. Dla człowieka, który nie ma ubezpieczenia albo nie jest w stanie zapłacić pełnych składek, pomoc może być realnym wsparciem i tego aspektu nie można lekceważyć. Ale kij ma zawsze dwa końce. No bo kto niby będzie „wystarczająco” artystą? Pan, który sprzedaje swoje rysunki na Starówce, żeby mieć na chleb? Poetka, która wydała dwa tomiki w małym wydawnictwie, ale utrzymuje się z korepetycji? Drag queen? Autor memów? Kto wreszcie będzie miał tyle odwagi, żeby to rozstrzygnąć w majestacie państwa?

Szczerze? Gdybym miała zasiadać w takiej „komisji”, miałabym chyba niezłą zabawę.

Największym problemem tej ustawy może jednak nie być nawet sama definicja artysty, tylko fakt, że słowo „artysta” jest w Polsce społeczną bombą. Ministerstwo mówi o biednych pracownikach kultury, ale szeroka opinia publiczna słyszy raczej o aktorach z seriali, piosenkarkach z telewizji czy o celebrytach z Instagrama. A jeśli tak, to oczami duszy widzi ścianki, czerwone dywany i wywiady w śniadaniówkach.

Reklama
Reklama

I tu zaczyna się ogromny polityczny problem, ponieważ opinia publiczna żyje obrazami. A ten obraz jest prosty – rząd dopłaca artystom do ZUS-u. Dzieje się to w państwie, w którym emeryt liczy, czy wystarczy mu na wykupienie wszystkich potrzebnych medykamentów, a ludzie zakładają zbiórki, żeby wystarczyło im na leczenie.

Powyższa kwestia dotyka jednak problemu natury ontologicznej, tymczasem, schodząc na ziemię, widać wyraźnie, że projekt usiany jest również realnymi „minami”. Jedna z nich zaskakująco brzmi jak klasyczna wrzutka pod hasłem „może nikt nie zauważy”. Chodzi o słowo „dwunastokrotność”, które brzmi niewinnie, ale zmienia de facto polityczny sens całej historii.

Po fałszywym alarmie u prezydenta: Państwo ryzykuje ośmieszenie [OPINIA]

We wcześniejszych informacjach o pracach nad ustawą mowa była o dopłatach dla artystów o dochodach tak niskich, że właściwie mówiliśmy o ludziach żyjących na granicy finansowego niebytu. W obecnym projekcie próg przesuwa się do 125 procent rocznej płacy minimalnej. Czyli już nie tylko „artysta w nędzy”, ale także artysta osiągający rocznie więcej niż osoba pracująca cały rok za minimalną krajową.

Reklama
Reklama

To jest moment, w którym opowieść o solidarności zaczyna się politycznie wykolejać. Bo jak wytłumaczyć pracownikowi na minimalnym wynagrodzeniu, że to on sam ma walczyć o byt, tymczasem państwo będzie dopłacało do składek komuś, kto średnio zarabia więcej od niego? Tylko dlatego, że jego dochody są artystyczne, nieregularne i odpowiednio opisane we wniosku?

Jeśli to była pomyłka, to jeszcze można zrozumieć, ale jeśli świadoma korekta – to politycznie wybuchowa. Bo „dwunastokrotność” robi z ustawy coś innego, niż obiecywał jej sentymentalny opis. Już nie tylko remedium dla najbardziej poranionych, ale osobną ścieżkę zabezpieczenia dla wybranej grupy zawodowej.

Dlaczego akurat artyści

Wtedy wraca pytanie, dlaczego akurat artyści. Jeśli problemem jest bowiem nieregularność dochodu, to dlaczego nie wrzucimy do tego samego worka sezonowych rzemieślników, korepetytorów, drobnych usługodawców, czyli ludzi pracujących często od zlecenia do zlecenia? Skoro jedna grupa zawodowa dostaje specjalną ścieżkę do ubezpieczeń, to przecież zaraz przyjdą kolejne.

Jeszcze zabawniej robi się, jeśli mowa o definicji słowa „sztuka”. Państwo na ogół lubi myśleć o kulturze w sposób podniosły. Kultura to teatr, filharmonia, literatura, malarstwo, wielkie dziedzictwo. Tymczasem życie jest mniej eleganckie, a kultura dawno już wyszła z sal koncertowych i poszła do nisz, które w urzędniczej wyobraźni nawet nie istnieją.

Reklama
Reklama

Tutaj wjeżdża na białym koniu wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego z 2025 roku, który uznał, że opisane przez podatnika autorskie pokazy erotyczne online mogą być traktowane jako usługi kulturalne zwolnione z VAT. Nie oznacza to oczywiście, że każdy erotyczny stream automatycznie trafia do panteonu sztuki, ale publicystycznie to jest petarda. Bo skoro autorski taniec erotyczny online może zostać uznany za usługę kulturalną, to co zrobi komisja od oceniania artystów, kiedy zapuka do niej, dajmy na to, erotyczna performerka z bardzo starannie opisanym dorobkiem i kilkudziesięcioma tysiącami obserwatorów?

Państwo, które chce decydować, kto jest artystą, musi być gotowe na to, że artyści przyjdą z miejsc, o których mu się nawet nie śniło. Po wsparcie mogą przyjść streamerzy, tancerki erotyczne, autorzy memów, ludzie od filmów na TikToku, twórcy AI – to są osoby, które często funkcjonują na granicy rozrywki i autopromocji. I przecież każdy z nich może powiedzieć: „Przecież ja też tworzę, zarabiam nieregularnie i też chcę status artysty”.

Można też wyobrazić sobie absurdy odwrotne. Człowiek naprawdę ubogi, naprawdę tworzący, naprawdę żyjący z działalności artystycznej może nie przejść przez system, bo jego dorobek będzie zbyt mało udokumentowany. W tym samym czasie ktoś inny, lepiej obeznany z grantowym językiem i administracyjną autoprezentacją, przejdzie bez problemu. W ten sposób możemy stworzyć nową klasę, czyli artystów uznanych administracyjnie.

Reklama
Reklama

Taki system będzie więc produkował nie tylko decyzje, lecz także symbole. Będzie można pokazać troskę o kulturę, zdjęcie ze środowiskiem, komunikat o wrażliwości społecznej i całą tę miękką scenografię państwa, które „dostrzega ludzi sztuki”. A kiedy coś jest tak dobrym symbolem, nie musi nawet działać, żeby politycznie się opłacało.

Możliwe weto

Zresztą najbardziej cyniczny wariant tego projektu ma wymiar polityczny. Być może ta ustawa wcale nie musi wejść w życie, żeby spełniła swoją funkcję? Może wystarczy jedynie, że rząd ją przyjął i puścił w świat komunikat: „Zobaczcie, pamiętamy o kulturze, troszczymy się o artystów”. Potem projekt przejdzie przez polityczną maszynkę, trafi do prezydenta i niewykluczone, że w obecnym kształcie zostanie zawetowany.

Wówczas to rząd powie środowisku artystycznemu: „No przecież chcieliśmy wam pomóc, ale zły prezydent nie podpisał”. Prezydent z kolei powie podatnikom, że obronił ich przed przywilejami dla celebrytów, a artyści powiedzą, że znowu ich wykorzystano. Na końcu wreszcie umowny pan od rysunków na Starówce dalej będzie siedział na mrozie i sprzedawał portrety turystom, tylko przez chwilę wystąpi jako statysta w kampanii politycznej o głosy środowiska w najbliższych wyborach.

To jest w tej historii najbardziej przykre, bo pod warstwą absurdów i politycznego teatru tkwi realny problem. Ludzie kultury często żyją źle, ponieważ przez lata korzystano z ich niepewności, pasji i gotowości do pracy za mniej, bo „to przecież sztuka”. Wstydzili się mówić o pieniądzach i byli przekonani, że najlepiej nie wystawiać faktury za zbyt dużą kwotę, bo wtedy traci się autentyczność.

Reklama
Reklama

Korupcja w samorządach: jak działa system i dlaczego trudno go rozbić

Pomoc jest potrzebna, ale nie powinna zaczynać się od państwowego egzaminu z bycia sobą i nie powinna odpalać wojny między umownym emerytem a aktorem. Jeśli państwo naprawdę odkryło, że nieregularna praca niszczy ludziom życie, to świetnie, tylko niech nie udaje, że problem kończy się na kulturze. Jeśli chce pomagać biednym twórcom – niech pomaga, ale niech ma świadomość, że słowo „artysta” w kraju pełnym frustracji i śmiesznie niskich emerytur nie brzmi jak opis prekariatu.

Brzmi jak przywilej.

Właśnie dlatego ta ustawa jest politycznie tak łatwa do zaatakowania. Jest jednocześnie zbyt techniczna, żeby zwykły człowiek ją spokojnie przeczytał, i zbyt symboliczna, żeby nie wywołała emocji. Wystarczy jedno hasło: „dopłaty dla artystów”, a resztę zrobi wyobraźnia.

Reklama
Reklama

Polska polityka zna już zresztą moc jednego dopisanego słowa. Kiedyś było to „lub czasopisma”. Teraz może być „dwunastokrotność”. Różnica polega na tym, że „lub czasopisma” pachniało wielkim biznesem, a „dwunastokrotność” pachnie dopiskiem w imię wielkiej wrażliwości społecznej.

Jeśli państwo chce rozdawać legitymacje artysty, niech przygotuje się na długą kolejkę, ale z całą powagą majestatu będzie musiało odpowiedzieć na pytanie, które samo sobie wykreowało: „Czy kultura musi mieć zaświadczenie, że jest kulturą?”.

Źródło: Zero.pl
Dagmara Leszkowicz-Zaluska
Dagmara Leszkowicz-ZaluskaDziennikarka i pisarka. Wieloletnia korespondentka agencji informacyjnej Reuters, pracowała również w think-tanku Polityka Insight oraz prowadziła anglojęzyczne serwisy Polskiej Agencji Prasowej - autor zewnętrzny