Reklama
Reklama
Reklama

I wtedy wchodzi on, cały na biało. Harry Kane uratował Anglię przed kompromitacją

TYLKO NA

Kiedy w meczu Anglii z DR Konga na zegarze widniała 70. minuta, twarze angielskich kibiców wyglądały na pełne przerażenia i konsternacji. W głowach niektórych z nich mogły się pojawić myśli pędzące do dekady wstecz i niesławnej porażki z Islandią na EURO 2016. Afrykański zespół prowadził 1:0. Czas uciekał. I wtedy Kane przypomniał wszystkim, dlaczego jest jednym z najlepszych napastników świata.

Harry Kane
Harry Kane celebruje zdobycie jednej z bramek w dramatycznym meczu z DR Konga na Mistrzostwach Świata 2026. (fot. Richard Pelham / Getty Images)
  • Anglia była o krok od sensacyjnej katastrofy z DR Konga, ale błyskawiczna reakcja Thomasa Tuchela w drugiej połowie uratowała turniej. Genialne wejście Anthony’ego Gordona dało impuls, który odmienił losy awansu do ćwierćfinału.
  • Harry Kane po raz kolejny udowodnił, że dla reprezentacji jest postacią świętą, zdobywając dublet i przebijając bramkowe osiągnięcia legendarnego Brazylijczyka na mundialach. Kapitan Synów Albionu przekroczył barierę 500 goli w karierze i goni kolejnych wielkich mistrzów.
  • W walce o półfinał na Anglików czeka niesiony gigantycznym dopingiem, nieprzewidywalny Meksyk. Thomas Tuchel już teraz mobilizuje cały kraj przed morderczym testem na wysokości 2200 metrów nad poziomem morza.

To już nie był zapach sensacji, lecz odór strachu. Anglia nieporadna, zagubiona, próbowała odrobić stratę, jaką poniosła na początku spotkania, gdy Brian Kibambe Cipenga wpakował piłkę do bramki Jordana Pickforda.

Przeczytaj także: Wybitny piłkarz uspokaja Lewandowską. „Styl życia Chicago jest wciągający”

Nie tak miało być. Anglicy chcieli od początku ruszyć na Kongijczyków, zdominować ich, strzelić szybko gola i kontrolować przebieg meczu. Thomas Tuchel musiał wdrożyć plan B, ale długo nie wyglądał na człowieka, który go ma. Dopiero w 61. minucie podjął decyzję, która odmieniła mecz, o czym za chwil kilka.

Reklama
Reklama

No i na swoje wielkie szczęście ma Harry’ego Kane’a. To, co wyprawia piłkarz Bayernu Monachium, jest abstrakcją. Kapitan Anglików wjechał cały na biało, strzelił dwa gole i zapewnił awans do kolejnej rundy, choć Meksyk, który w tym turnieju spisuje się znakomicie, takiej gry nie wybaczy.

Wiara Pochettino

Harry Kane już na trwałe zapisał się w historii reprezentacji Anglii. Po chłopaku, który z pewną nieśmiałością pojawiał się w składzie Tottenhamu przed laty, by zbudować swoją pozycję w zespole, nie ma już śladu. Dziś to w pełni świadomy, niezwykle dojrzały i – mimo 32 lat na karku – wciąż rozwijający się zawodnik.

Przeczytaj także: Lawina rasizmu i gróźb w sieci. FIFA ujawnia porażające dane
 

Reklama
Reklama

Gdyby przed laty ktoś powiedział, że za plecami Kane’a w hierarchii mundialowych snajperów znajdzie się Pele, to natychmiast wysłałoby go do lekarza. A takie są dzisiaj fakty. Legendarny Brazylijczyk zdobył w mistrzostwach świata 12 goli, Anglik – już 13.

Podczas tego turnieju Kane przebił osiągnięcie słynnego krajana, Gary’ego Linekera (11 goli). I idzie po więcej. Ale dla niego to przecież żadna nowość, był już królem strzelców mistrzostw świata w 2018 r.

Kto wie, jak potoczyłaby się kariera Harry’ego, gdyby nie Mauricio Pochettino. To właśnie obecny selekcjoner reprezentacji USA, która w nocy również zameldowała się w 1/8 finału, pokonując Bośnię i Hercegowinę, dał napastnikowi prawdziwą szansę. To on w niego uwierzył i konsekwentnie go wystawiał. Z piłkarza wypożyczanego przez Tottenham do kolejnych klubów: Leyton Orient, Millwall, Norwich City i Leicester City, Harry stał się graczem Spurs pełną gębą. A potem wielkim napastnikiem i liderem drużyny.

Przeczytaj także: Angielski powrót z piekła. Kane ratuje Synów Albionu, historyczny bój DR Konga

Reklama
Reklama

Aż trudno uwierzyć w to, że jako dziecko Kane został odrzucony przez inny klub z północnego Londynu, Arsenal. Uznano bowiem, że jest drobny, brakuje mu potencjału i przy fizycznej, kontaktowej grze w Anglii po prostu sobie nie poradzi. Ale Kane nigdy się nie poddał. Dzięki uporowi, ciężkiej pracy, a także temu, że dostał prawdziwą szansę w Tottenhamie, stał się piłkarzem kompletnym.

W barwach Spurs strzelił 280 goli, tylko w Premier League trafił 213 razy i pewnie na luzie połknąłby ligowy rekord Alana Shearera (260 bramek), gdyby nie przeprowadzka do Monachium.

Mimo wielkiej miłości do Tottenhamu Harry pragnął podnieść jakieś trofeum, a coraz więcej wskazywało na to, że z londyńskim klubem mu się to nie uda. Wybrał bawarskiego giganta, gwarancję trofeów, gwarancję gry w Lidze Mistrzów, gdzie zresztą został najskuteczniejszym Anglikiem (54 gole).

Przeczytaj także: Faworyci byli o krok od porażki. Wywalczyli awans w ostatnich sekundach

Reklama
Reklama

Impuls Gordona

Bo Harry z rekordami jest za pan brat. Kiedy przenosił się do Bayernu, został najdrożej kupionym piłkarzem do Bundesligi, kosztując 110 milionów euro. Jeden sezon gry w Monachium wystarczył, żeby kibice klubu nie musieli tęsknić za Robertem Lewandowskim. Anglik szybko zastąpił Polaka w sercach fanów i na tablicach wyników – w tym pierwszym sezonie grał kosmicznie, strzelił 36 goli i został najskuteczniejszym snajperem w Europie.

Odetchnął z ulgą, gdy wreszcie sięgnął po pierwsze w karierze trofeum. Miał 31 lat i jeśli ktokolwiek myślał, że już nie będzie mu się chciało, to bardzo się mylił. Kane dopiero się rozkręcał.

Przeczytaj także: Komplet gospodarzy w kolejnej rundzie mundialu. USA wygrywa, ale traci gwiazdora

Sezon 2025/26 zakończył z 70 golami dla klubu i reprezentacji, co jest drugim najlepszym wynikiem w historii jednego sezonu.

Reklama
Reklama

Oczywiście kibice nie ceniliby go tak bardzo, mowa o tych angielskich, gdyby śrubował rekordy jedynie w klubowej piłce. Ale Harry zawsze na pierwszym miejscu stawiał kadrę. Reprezentacja to jego świątynia. I pokazuje to właśnie takimi występami jak przeciwko DR Konga.

Już jest najlepszym strzelcem w historii kadry, ma 84 gole. Dwukrotnie poprowadził Anglików do finału mistrzostw Europy, w 2021 i 2024 roku, gdzie sięgnął również po koronę króla strzelców.

Po dublecie w środowym meczu więcej goli na mundialach mają od niego już tylko Leo Messi (19), Kylian Mbappé (18), Miroslav Klose (16), Ronaldo Nazário (15) i Gerd Müller (14).

Ogólnie przekroczył granicę 500 goli w karierze w barwach klubów i reprezentacji. Znalazł się tym samym w elitarnym gronie najskuteczniejszych napastników w historii futbolu.

Reklama
Reklama

To był również bardzo dobry mecz Anthony’ego Gordona. Piłkarz kupiony niedawno przez Barcelonę pojawił się na boisku po godzinie gry, co okazało się kluczową zmianą Tuchela, i zanotował dwie asysty. Ale przede wszystkim pokazał kolegom, że nie można się poddać. Był odważny, ruchliwy, wniósł dużo dobrego do poczynań ofensywnych. Wysłał jasny sygnał: z Meksykiem chcę grać od początku.

Teraz Meksyk

Niemiecki selekcjoner Anglii przestrzegał piłkarzy przed spotkaniem z ekipą z Afryki. Straszył ich losem swoich rodaków, którzy pożegnali się z mistrzostwami po porażce z Paragwajem. Nie pomylił się, bo jego zespół wyglądał na zdenerwowany, wróciły demony z przeszłości, wróciły też pytania o postawę defensywy. Z przodu zresztą też nie szło. Anglia oddała pierwszy strzał dopiero w 30. minucie, takiego czegoś w ich przypadku nie grano na mundialu od 1966 r.

Teraz czas na Meksyk. Nakręcony, mocny Meksyk, który nie stracił w tych mistrzostwach bramki. Współgospodarze tego turnieju grają bardzo równo. Niesieni fantastycznym dopingiem tysięcy kibiców będą najbardziej wymagającym rywalem Anglii na tegorocznym mundialu. Ale nikt nie mówił, że będzie łatwo, przecież stawką jest ćwierćfinał.
Napędzani energią Raúla Jiméneza i Juliána Quiñonesa, łowców goli, bardzo pewni siebie Meksykanie będą okrutnie wymagającym rywalem.

Reklama
Reklama

Thomas Tuchel wie, jak ciężka przeprawa czeka jego piłkarzy.

– Napiszcie dzieciom usprawiedliwienie do szkoły i pozwólcie im oglądać mecz. Mundial jest raz na cztery lata – apeluje do rodziców.

Chce zmobilizować całą Anglię przed starciem, które rozpocznie się o pierwszej w nocy brytyjskiego czasu, a w Wielkiej Brytanii trwa jeszcze rok szkolny.
Anglia nie zmierzy się tylko z Meksykiem, ale również z historią i potęgą monumentalnego stadionu Azteca, jego atmosferą, no i wysokością – 2200 metrów nad poziomem morza.

– Nie da się przygotować organizmu do takiej wysokości w cztery dni – wzrusza ramionami Tuchel.

Reklama
Reklama

Dla Anglików to wielki test wytrwałości na arenie, która widziała wznoszących Puchar Świata Pelego czy Diego Maradonę. Tuchel stara się wyciągnąć pozytywy z meczu przeciwko DR Konga.

– Może właśnie ten mecz był idealnym przygotowaniem. Kiedy robi się naprawdę trudno, znajdujemy odpowiedzi – zastanawiał się po spotkaniu.

Anglia dokonała czegoś ważnego – odwróciła losy meczu, a to nie jest jej domena na mundialach. Dopiero po raz drugi w historii udało jej się wygrać starcie rangi mistrzostw świata, gdy to rywal prowadził. Pierwszy taki przypadek miał miejsce w 1966 roku, w finale zwycięskim dla Synów Albionu. Może to jakiś znak?

Źródło: Zero.pl
Przemysław Rudzki
Przemysław RudzkiOd ponad dwudziestu lat dziennikarz sportowy, zakochany w brytyjskim futbolu, kinie i poczuciu humoru. Na Zero.pl pisze o rzeczach, o które nikt by go nie podejrzewał.
Reklama
Reklama