Reklama
Moto

Europa wstrzymuje napływ chińskich hybryd. Ja bym się wstrzymał z tym hurraoptymizmem

Unia Europejska i Chiny osiągnęły – na razie wstępne – porozumienie, dzięki któremu chińscy producenci samochodów mają zostać uchronieni przed wysokimi cłami, a nasz rynek ma z kolei już nie być zalewany przez chińskie auta produkowane po dumpingowych cenach. Teoretycznie wszyscy powinni być zadowoleni, w praktyce wydaje mi się, że Chińczycy dalej mają właściwie wszystkie karty w ręku.

Piotr Rodzik
Opinia autorstwa: Piotr Rodzik
Dzisiaj 18:30
5 min
Leapmotor C10 REEV (fot. Inne)

Chińskie auta są tanie. Ale tak naprawdę tanie. Zdecydowana większość z nich jest też odczuwalnie gorsza od europejskich odpowiedników, ale co z tego, skoro są tanie. W cenie Volkswagena Golfa można mieć wyposażonego pod korek chińskiego SUV-a, najczęściej bardzo mocną (o mocy dwustu, trzystu, czasem czterystu koni mechanicznych) hybrydę.

I to oczywiście przemawia do wyobraźni przeciętnego Kowalskiego. Bo przecież jego wybór to często albo używane auto, albo coś pachnącego nowością z Chin. Chociaż akurat chińskie auta raczej średnio pachną prosto z fabryki. Ale to dygresja.

Nie ma więc żadnego zaskoczenia w tym, że chińskie auta zalewają Europę

To logiczny wybór dla wielu klientów. W Polsce chińskie marki wykroiły sobie już dwucyfrowy fragment tortu z całą sprzedażą, ale nie jesteśmy wyjątkiem. Chińskie auta są wszędzie np. na hiszpańskich ulicach. Jest ich dosłownie mnóstwo w Wielkiej Brytanii, choć to akurat już nie Unia Europejska.

Europejskie koncerny tymczasem dały się zagonić do narożnika. Dopiero co Volkswagen ogłosił plan likwidacji 100 tys. miejsc pracy. Stu tysięcy.

Reklama
Reklama

Sytuacja wydawała się dość beznadziejna, bo przecież nikt chyba nie łudzi się, że auto wyprodukowane w Europie będzie tańsze od auta wyprodukowanego w Chinach. Koszty pogłębiają też różnice, nazwijmy je... kulturowe. W Europie nowy samochód, zanim trafi do sprzedaży, jest intensywnie testowany w najtrudniejszych warunkach.

A Chińczycy po prostu wypuszczają auto na rynek. Beta testerami są klienci. Najwyżej wypuści się aktualizację albo zrobi lifting za kwartał. Tak to tam działa.

I wreszcie nie pomaga nam polityka. To żadna tajemnica, że w Chinach przemysł motoryzacyjny jest potężnie subsydiowany przez państwo. Chińczycy chcą przejąć rynki, a nie na nich zarabiać. Przynajmniej na ten moment. U nas to się nazywa nieuczciwa konkurencja.

Reklama
Reklama

Unia Europejska długo nie mogła znaleźć wyjścia z impasu, ale chyba wreszcie się udało

Porozumienie z Chinami zakłada szereg zmian, które mają ułatwić życie europejskim koncernom. Ewentualnie nie dać im zatonąć. O szczegółach poinformował na X europoseł Joński.

„Jak wszyscy wiemy, chińskie hybrydy zalewały Europę. Teraz Bruksela i Pekin uzgodniły limit. Unia Europejska ograniczy import chińskich samochodów hybrydowych i hybryd plug-in do maksymalnie 350 tys. pojazdów rocznie” – stwierdził europoseł. Reszta wpisu poniżej.

Czyli co, jesteśmy uratowani?

Bynajmniej. Po pierwsze trzeba zauważyć, że na ten moment w tej sprawie panuje duży szum informacyjny. Europoseł twierdzi, że import zostanie ograniczony do 350 tys. sztuk aut rocznie, ale według innych danych import ma zostać ograniczony o połowę względem... szacowanej sprzedaży za cztery lata. A ta rośnie jak na drożdżach.

W każdym przypadku i tak oddajemy Chińczykom poważny kawałek rynku. Rynku, którego europejskie koncerny nie potrafiły zagospodarować.

A skoro nie potrafiły, to mam dziwne obawy, że jedyną reakcją na te zmiany będzie po prostu podniesienie cen. Skoro znika konkurencja, to dlaczego niby nie? Ja też bym tak zrobił.

A dlaczego w ogóle Chińczycy na to poszli?

Bo nie chcą wojny handlowej. W optyce Pekinie najważniejsze jest podporządkowanie sobie świata nie na drodze militarnej, tylko na zasadach wolnego (czytaj: sprzyjającego Chinom) handlu.

Reklama
Reklama

Tymczasem trzeba zauważyć, że Bruksela od jakiegoś czasu skłaniała się właśnie ku rozwiązaniu siłowemu. Czyli zaporowym cłom. A takie cła mogłyby wykończyć chińską sprzedaż na Starym Kontynencie.

Który to oczywiście Chińczykom jest potrzebny, bo popyt krajowy to za mało, żeby utrzymać tę gospodarkę. Taki jest chiński model.

To co tu właściwie może się nam nie udać?

Tak naprawdę równie istotne w całym porozumieniu są metale ziem rzadkich. Te, których w Europie nie ma, a których od groma jest w Chinach. I bez których nie da się tworzyć nowoczesnej elektroniki. Czyli także samochodów.

I tu jest właśnie pies pogrzebany. Teoretycznie dzięki porozumieniu licencje na eksport metali ziem rzadkich dla europejskich podmiotów mają być przydzielane szybciej. Rzecz w tym, że one i tak są w chińskich rękach.

Chińskie marki samochodów w Polsce. Nasz subiektywny ranking (z doświadczenia)

Na dziś Państwo Środka nie idzie na zwarcie z Unią Europejską, bo mu się to po prostu nie opłaca. Ale bez złudzeń – jak Pekin tylko uzna, że mu się to opłaca, to zrobi to. Bez ich metali ziem rzadkich my nie będziemy w stanie produkować aut, więc żadne zaporowe cła nic nam nie dadzą.

Że nie zrobią tego, bo biznes musi się kręcić? Już raz to zrobili – w zeszłym roku przykręcili kurek Amerykanom. Donald Trump, który sypie cłami z rękawa, błyskawicznie stracił rezon.

Reklama
Reklama

Na dzisiaj zawarte porozumienie, jeśli jego kształt się utrzyma, to koło ratunkowe dla europejskiego przemysłu. Ale jeśli prześpimy ten czas, to egzekucja została tylko odroczona.

Może zainteresuje cię także:

Reklama
Reklama