Reklama
Moto

Jaka piękna katastrofa. W Holandii nie chcą ubezpieczać chińskich aut, powody są znane także w Polsce

Internet jest pełen takich relacji użytkowników chińskich aut, ale wygląda na to, że problem robi się naprawdę poważny. Holenderski ubezpieczyciel Univé zaczął odmawiać ubezpieczania niektórych chińskich aut. Powód? Długie oczekiwanie na części zamienne w razie wypadku czy stłuczki, podczas którego trzeba zapewnić klientom kosztowną usługę w postaci auta zastępczego. A przecież w Polsce problem z dostępnością części również jest znany.

Piotr Rodzik
Opinia autorstwa: Piotr Rodzik
Dzisiaj 18:30
5 min
Leapmotor C10 REEV (fot. Piotr Rodzik / Zero.pl)

Europejska ofensywa chińskich producentów samochodów kojarzy się przede wszystkim z wojną cenową, elektryfikacją i coraz bardziej nerwową reakcją miejscowych, „naszych” koncernów.

W polskim światku motoryzacyjnym napór Chińczyków wystraszył właściwie wszystkich... poza Toyotą. Japończycy mają taką pozycję na rynku, że podobno niespecjalnie się tym przejęli. Ale to dygresja.

Okazuje się jednak, że istnieje jeszcze jeden front tej rywalizacji: zaplecze serwisowe. Samochód można bowiem skutecznie sprzedać, ale później trzeba jeszcze zapewnić części, dokumentację techniczną i warsztaty zdolne do jego naprawienia.

A to już problem znany z rozlicznych polskich grup dyskusyjnych poświęconych chińskim markom. Wystarczy zajrzeć na Facebooka, serio. Schemat za każdym razem jest taki sam: ktoś kupił fajne (tanie) chińskie auto, a potem okazało się po stłuczce, że klapa bagażnika do wymiany będzie dostępna za kwartał. Bo teraz jest tylko dostępna gdzieś pod Chengdu. Albo innym Szanghajem.

Reklama
Reklama

Teraz holenderskie Univé uznało, że w przypadku części nowych marek ryzyko jest zbyt duże

Univé to firma, która w Holandii ubezpiecza auta. I tamże uznano, że kłopoty związane z realizacją świadczeń po szkodzie komunikacyjnej są zbyt duże, żeby ubezpieczać niektóre chińskie auta. A właściwie to nie tylko niektóre.

Lista jest długa i rzeczywiście zdominowana przez producentów z Chin. Hongqi, Changan, Voyah, Leapmotor, Jaecoo, MHero i Omoda są obecnie całkowicie wyłączone z możliwości ubezpieczenia w Univé. Ale dla uczciwości dodajmy, że na tej samej liście znajdują się także południowokoreańskie KGM oraz wietnamski VinFast, więc nie jest to formalnie „czarna lista chińskich samochodów”. Tyle że z naszego, polskiego punktu widzenia istotne są właśnie chińskie marki. Jaecoo i Omoda to przecież polskie hity.

Jest też druga grupa. Dongfeng, Firefly, NIO i Zeekr mogą zostać objęte przez Univé wyłącznie polisą WA, czyli holenderskim odpowiednikiem obowiązkowego OC. Ochrona dotyczy więc odpowiedzialności wobec innych uczestników ruchu, ale właściciel nie dostanie typowej szerszej polisy chroniącej także jego własny samochód. I znowu dla uczciwości: takie samo ograniczenie dotyczy amerykańskiego Lucida.

Niezły samochód to za mało, liczy się jeszcze serwis

Ubezpieczyciel w swoim komunikacie podkreśla, że pochodzenie marki nie było żadnym kryterium przy tworzeniu tej listy. Decydujące znaczenie miało coś znacznie bardziej przyziemnego: czy uszkodzony samochód da się w Holandii szybko, bezpiecznie i za możliwą do przewidzenia kwotę naprawić.

Reklama
Reklama

Dziwnym trafem problemy w tej materii mają zazwyczaj Chińczycy.

Nowa marka może mieć atrakcyjny salon, sprawny marketing i konkurencyjny samochód, a jednocześnie nie posiadać rozwiniętego zaplecza likwidacji szkód. Potrzebne są magazyny części, wyszkolone warsztaty oraz przede wszystkim dokładne instrukcje producenta opisujące prawidłowe metody naprawy. Sam fakt, że samochód można kupić u lokalnego dealera, nie oznacza jeszcze, że po wypadku równie łatwo będzie go przywrócić do ruchu. To nie jest tylko holenderska historia. To samo przecież obserwujemy w Polsce.

Chińczycy grają na kodach. Sprzedają w Polsce auta homologowane w Chorwacji

Dla ubezpieczyciela ma to fundamentalne znaczenie. Wszelkie trudności są istotne w całej układance, w praktyce nawet niewielka stłuczka może więc przestać być niewielką stłuczką.

Holenderski RTL przytacza wypowiedź przedstawiciela sieci ABS Autoherstel, który wspomina przypadek samochodu chińskiej marki czekającego 200 dni na moduł sterujący. Auto przez wiele miesięcy nie mogło zostać naprawione, bo części po prostu nie było. Problemem bywa również dokumentacja techniczna. Warsztat musi wiedzieć chociażby, które elementy można spawać lub ciąć i w jaki sposób producent przewidział ich wymianę. Bez takich danych fachowiec nie powinien eksperymentować na samochodzie klienta.

Reklama
Reklama

A teraz wyobraźcie sobie, że przez te 200 dni trzeba zapewnić klientowi auto zastępcze.

Czy w Polsce będzie podobnie?

Trudno powiedzieć, a wręcz jest duża szansa, że nie, bo chińscy producenci bardzo upodobali sobie polski rynek i traktują go wręcz jako bramę na Stary Kontynent. Na dziś to loteria – znam przypadki, że komuś wymieniano katalizator w chińskim aucie w ciągu doby. Ale znane są też przecież historie dotyczące braku części.

Tak swoją drogą – decyzja Univé wywołała zaskoczenie nawet w Holandii, tamtejsze konkurencyjne firmy ubezpieczeniowe nie prowadzą podobnej polityki. To wyjątek.

Niemniej jednak to coś, co trzeba mieć z tyłu głowy przy zakupie chińskiego auta. Sieć serwisowa jest ciągle na początkowym stadium rozwoju. Chińczycy szybko namówili wielu polskich dealerów do współpracy, ale cały łańcuch logistyczny związany z obsługą tych aut jest często nadal w powijakach.

Weszli z drzwiami na rynek. Oto sytuacja, dzięki której chińskie auta są wszędzie – i która może pogrzebać dealerów

Może zainteresuje Cię także: