- Od przedmieść do centrów miast. Przemoc, dotąd kojarzona z peryferiami, coraz mocniej uderza w serca francuskich metropolii.
- Lewica w niebezpiecznym sojuszu. Nieuległa Francja szuka politycznego porozumienia z radykalnymi środowiskami, a spór o nierówności coraz częściej splata się z antysemityzmem.
- Kryzys większy niż zamieszki. Francja mierzy się nie tylko z problemem bezpieczeństwa, ale również z pytaniem o przyszłość republikańskich wartości i zdolność państwa do ich obrony.
Pojawiają się gdzieniegdzie frapujące analogie z Gavrochem, z urwisem z „Nędzników” Wiktora Hugo. Śmiałe porównanie między sobotnimi rozróbami a republikańskim powstaniem z 1832 r. brzmi jak intelektualna kuracja na wyrzuty sumienia. Zdradza również pewnego rodzaju nieporadność francuskich klas politycznych i komentatorów. Właściwie – oszukiwanie samych siebie.
Sobotni Gavroche, który niszczyli, walczyli z policją, rabowali sklepy z luksusową galanterią, podpalali dziewiętnastoletni ratusz w Limoges, mieli na imię Mohammed, Rachid albo Murad.
Można się zżymać na skrajność takiego podejścia, być może jest zbyt daleko idącym rasistowskim uproszczeniem, ale nawet sam prezydent Macron w orędziu do narodu podkreślał w eufemistycznym pytaniu: – Patrząc na te obrazy, wszyscy zadawaliśmy sobie pytanie, jak Francuzi mogą robić coś takiego Francji?
Czy wyobrażacie sobie prezydenta Karola Nawrockiego podkreślającego, że Polacy niszczyli Polskę? Między Bogiem a prawdą, plemienność rodzimej polityki dopuszczałaby taką ostrą diagnozę. Miałaby jednak wydźwięk wysoce polityczny, lecz ani społeczny, ani etniczny czy rasowy.
Nadciąga drenaż portfeli. Polski rząd walczy o odroczenie ETS2
Zamieszki we Francji przenoszą się do centrów wielkich miast
Jeszcze niedawno środowiska „black block”, czyli zamaskowane grupy radykalnych demonstrantów, pojawiały się na ulicach dopiero pod koniec manifestacji, niemal zgodnie z ustalonym rytuałem znanym od lat. Sobotnie demonstracje pokazały odwrócenie, by tak rzec, dotychczasowej sekwencji zdarzeń. Dziś akty wandalizmu „black blocków” zajmują całkowicie francuską przestrzeń publiczną, zanim pochody zdążą w ogóle ruszyć.
Podobnie zmienia się geografia przemocy: uczestnicy zamieszek, dotąd kojarzeni przede wszystkim z zaniedbanymi przedmieściami, coraz częściej przenoszą destrukcję do samych centrów wielkich miast, gdzie demolują sklepy i plądrują lokale.
Być może właśnie ta eskalacja okaże się otrzeźwiająca dla tych, którzy dotąd mogli obserwować podobne zjawiska z bezpiecznej odległości. Mówiła o tym na łamach Zero.pl Chantal Delsol, co prawda, w innym kontekście.
Zachodnie elity do tej pory miały sobie nie zdawać sprawy z tego, co dzieje się w ciemnych zaułkach miast: z rozbojów, niebezpieczeństw, napadów na kobiety. Dziś nie sposób odwrócić wzroku od narastającego problemu.
Trudniej zaprzeczać problemowi, gdy jego skutki docierają pod własne drzwi. Paryż, Lyon i Marsylia boleśnie odczuły ostatnią falę przemocy. To zarazem miasta, w których silną pozycję zachowuje lewica, często skłonna umniejszać znaczenie zagrożeń związanych zarówno z bezpieczeństwem fizycznym, jak i napięciami kulturowymi. W Paryżu i Lyonie żandarmeria nadal nie dysponuje bronią, a mer Lyonu Grégory Doucet zawarł polityczne porozumienie z radykalną Nieuległą Francją.
W mediach społecznościowych pojawiły się porównania do najazdów barbarzyńców i upadku Rzymu. Na tak daleko idące analogie jest jeszcze za wcześnie. Nie sposób jednak zignorować tego, co ujawniły ostatnie wydarzenia: Francja zmaga się z kryzysem wykraczającym daleko poza problem ulicznych zamieszek.
To kryzys systemu politycznego, a zarazem coraz poważniejsza próba dla samej demokracji. Być może widać w nim również pierwsze symptomy głębszego kryzysu cywilizacyjnego.
Putin, Trump i Xi Jinping przy jednym stole? Kijów ostrzega
Nieuległa Francja i niebezpieczny sojusz z radykalnymi środowiskami
Może nie należy pompować się wielkimi słowami. Lecz niedorozwiniętym infantylizmem byłoby zamknąć oczy na jaśniejący cud faktów. Oto one.
Francja wydała bowiem na świat córki i synów, którzy nie chcą się utożsamiać z wartościami republiki: porządkiem, kultem oświaty, laickością. Owi „nowi Gavroche” krzyczą na ulicach „Wallah”( przysięgam na Boga), z jednej strony dzierżąc w rękach kostki brukowe, a z drugiej – flagi Palestyny, Algierii czy Maroka.
Brutalne przebudzenie dotyczy również innej przestrzeni. Wyrasta z republikańskiego pnia nowa lewica, nie romantyczna i naiwna Gavroche’a, nie ta lewica wiedziona niezgodą dla niesprawiedliwości i nierówności społecznych, lecz zapiekła, agresywna i antysemicka. Nieuległa Francja sączy jadem do V-tej Republiki, do porządku publicznego, do „białego”, rdzennego Francuzika, do pań i panów Dupont i Martin.
Skrajna lewica, nawiasem mówiąc, również pojawiająca się w orędziu prezydenta Macrona, szuka przymierza z nowymi Gravroche’ami. W tym celu urządzają seanse nienawiści i przemocy. Zarówno słownie, zakłócając obrady parlamentu, ale i podsycając antysemickie inklinacje imigrantówz Maghrebu drugiego i trzeciego pokolenia.
Republiki nie obalają wyłącznie ci, którzy rzucają kamieniami. Osłabiają ją również ci, którzy na widok rozbitej witryny wolą przywołać poezję niż nazwać rzeczywistość. Gavroche Hugo zginął na barykadzie, wierząc w sprawę większą od siebie. Dzisiejsza Francja musi odpowiedzieć sobie na trudniejsze pytanie: co zrobić z własnymi dziećmi, które odrzucają wartości republiki, a zarazem korzystają z jej słabości? Państwo, które wstydzi się bronić własnego porządku, prędzej czy później oddaje ulicę tym, którzy nie mają podobnych skrupułów.


