Tekst ukazał się w Magazynie Zero#3.
- PRL przestał być historią, a stał się bezpiecznym azylem i popkulturowym towarem. Dlaczego pokolenie Z, które nigdy nie stało w kolejce po papier toaletowy, tak chętnie kupuje tę estetykę?
- Od brutalistycznych ośrodków wczasowych w grze The Medium, po krakowskie biomechaniczne inferno w thrillerze Cronos – krakowskie studio Bloober Team udowadnia, że wielka płyta to idealna sceneria dla współczesnej grozy.
- Powrót Pana Kleksa, Samych Swoich czy profesora Wilczura to znak dojrzałości naszej kultury. Zamiast 500-tonowego ładunku powagi, Polacy wreszcie wybierają dobrą zabawę i nostalgiczny konsumpcjonizm.
Polska Rzeczpospolita Ludowa, podobnie jak Meksyk oraz kilka innych kolektywnych fantazji, jest zabarwiona na żółto. Czasem mówi się o peerelowskiej szarzyźnie, o wyblakłym seledynie sklepowych wag lub o trupim błękicie gabinetów dentystycznych. Ja natomiast wszystko widzę w sepii, na taśmie przypominającej papier ścierny. Jeśli bowiem obserwujemy przeszłość, to zazwyczaj przez ziarnistą membranę ekranu.
Takie karty, to jest kształty, faktury i kolory, rozdała nam popkultura. W jej annałach PRL oferuje ciepełko bezpiecznego miejsca w niebezpiecznych czasach. W powszechnej świadomości tymczasem jest bytem fantomowym; alternatywnym wymiarem, w którym nagromadziliśmy artefakty komunizmu i totemy patriotycznej niezłomności, pamiątki po codziennym znoju, najdojrzalsze owoce zglanowanej kultury oraz świadectwa wiary – w Boga, Diabła i, last but not least, człowieka. Dlaczego nowe pokolenia tak chętnie szukają drzwi do tegoż wymiaru?
Tu byłem. Tony Halik
Ośrodek wypoczynkowy „Niwa” wybudowano w Małopolsce. Na moje oko gdzieś w zalesionych okolicach Beskidu Sądeckiego, ale kto to wie. Brutalistyczny moloch postawiono ku chwale robotników, wstęgę miał przeciąć w roku 1969 r. sam Władysław Gomułka. Korytarze hotelu i kompleksu rekreacyjnego skrywają nie tylko wazony z Zakładów Porcelitu Stołowego „Pruszków” oraz kartony importowanych papierosów Salem, ale też ekspresjonistyczne potworności, które wypełzły z umysłu Zdzisława Beksińskiego.
Przeczytaj także: 50 smaków Polaków. Tomasz Kammel sprawdza, ile narodowej duszy kryje się w schabowym
W księdze gości jeszcze jedna gwiazda – Tony Halik. Wiadomo, co napisał. „Niwa” – niczym PRL – jednocześnie istnieje i nie istnieje. Jest jedną z setek placówek rekreacyjnych wybudowanych w ramach sportowo-turystycznej polityki ówczesnych władz („Regeneracja sił dla klasy pracującej!” – krzyczą plakaty) i zarazem projekcją naszych wyobrażeń o PRL-u, przefiltrowanych przez grubą warstwę nostalgii. W grze wideo „The Medium” krakowskiego studia Bloober Team podupadłą „Niwę” zwiedzamy w skórze równie niewspółczesnej bohaterki. Jest rok 1999 r., cywilizacja powoli się dopala, apokaliptyczna poetyka pracuje na podwójnym silniku – resentymentów wobec „mroków PRL-u” oraz pogardy wobec nieznośnej kapitalistycznej codzienności.
Groza rodzi się gdzieś na styku tych światów. Jeśli zatem współczesny odbiorca ma znaleźć sobie jakiś azyl, powinien szukać go w umiarkowanie pogodnej, ale mimo wszystko życzliwej mu rzeczywistości za oknem. Scenarzyści z Bloober Teamu mają smykałkę do rafinowania tego rodzaju grozy. Horror destylują z wielkiej probówki, w której mieszczą się pomniki peerelowskiej wrażliwości, przedmioty codziennego użytku oraz miejskie legendy. Podobnie jest w ich nowej grze, thrillerze sci-fi „Cronos”, w której podróżniczka w czasie (ewidentnie pochłonięta dialogiem z klasykami opowieści o temporalnych zawirowaniach, od Stanisława Lema po Chrisa Markera) odwiedza zdziesiątkowany tajemniczym kataklizmem Kraków. Pal licho Nową Hutę przypominającą biomechaniczne inferno oraz ganiające po Brackiej monstra, skoro najważniejszym eksponatem w wirtualnym repozytorium grozy jest Typowa Piwnica w Wielkiej Płycie. Kojarzycie, ta z drewnianymi drzwiczkami, kamienną podłogą, zapachem stęchlizny i rometem postawionym na kole?
Pewnie, pewka, Pewex
Nie regulujcie odbiorników. Choć w „The Medium” i „Cronosie” jest się czego bać, PRL nie istnieje i nie zrobi wam krzywdy. Jeśli zatem zobaczycie na ulicy kogoś w sztruksach z wysokim stanem albo w welurowej marynarce z łatami, wiedzcie, że sprawa nie jest na tyle poważna, by bić na alarm. To tylko moda, zaś dopiero w drugiej kolejności – styl życia. Ortalion w combosie z dżinsami – równie szykowny za komuny, co za demokracji – wrócił na salony. Popularne relaksy znów widać na ulicy – i dobrze, gdyż są to wszechcizmy. Toruński Polsport upadł i odrodził się po latach w Chełmży. Produkująca na warszawskim Ursusie firma Unitra również powstała z martwych, by nawiązać do peerelowskich tradycji. Z kolei Pewex to sklep internetowy, w którym znajdziecie insygnia zapomnianych monarchów: modelinę białą jak śnieg, plastikowe spryskiwacze do kwiatów oraz karafkę do whisky w kształcie Beretty 9MM.
Przeczytaj także: „To jest fenomenalne, ale przerażające!” Wywiad z Piotrem Latałą
Trup realnego socjalizmu, ekshumowany w popkulturze za pomocą mody, kina, literatury oraz sztuk plastycznych (niepotrzebne skreślić) jednocześnie chwieje się na boki i sunie do przodu. Na swoich przegniłych barkach trzyma cały świat, czyli zapomnianą wersję Polski, w której z rozmaitych powodów lubimy przebywać. Dla pokolenia przełomu to wariacja na temat „ostalgii”, która w krajach post-sowieckich była jednym z najważniejszych, kulturotwórczych prądów po upadku muru berlińskiego. Dla millenialsów – rodzaj nostalgii zapośredniczonej, wziętej za własną po entej rundzie wolnorynkowej naparzanki. Zaś dla zetek – wyłączony z politycznego kontekstu wymiar X, w którym nie ma rzeczy niemożliwych.
Wracają meblościanki, stoliki patyczaki i saturatory. Na półkach mamy oranżadę w szklanych butelkach, zaś odpicowane neony zapraszają do starych-nowych miejsc w Warszawie, Gdańsku, Wrocławiu. Jeśli reklama piwa, to w stylu Polskiej Kroniki Filmowej. Jeśli jogurtu – to w klimacie Dziennika Telewizyjnego. O markę „Pan tu nie stał” nikt nie prosił, ale każdy na nią zasługiwał, natomiast „Synthwave PRL” brzmi jak coś, co trzeba było wymyślić przed eksplozją słońca.
Niektórzy z nas ubogacają prozę życia bareizmami („Później, później, panie Janie kochany, później...” to wciąż najgroźniejsza broń w arsenale introwertyków). Inni wciąż nie odkryli szokującej prawdy – paprykarz szczeciński nie jest produkowany w Szczecinie. W social mediach rządzą: brutalizm, jelcze, cepelia i produkty ze znakiem jakości „Społem”. Na awangardowych scenach – remiksy kultowych powiedzonek, politycznych przemów oraz złotych myśli inżyniera Mamonia. Powrót do PRL-u objął niemal wszystkie dziedziny życia. Pytanie tylko, do czego tak naprawdę wracamy?
Może zupy?
W rozmaitych sondażach opinii publicznej przeprowadzonych w XXI wieku powraca wątek fluktuacji tych tęsknot. PRL wspominamy cieplej bądź chłodniej, w zależności od aktualnych polityczno-społecznych nastrojów. Co do zasady jednak w przeszłość spoglądamy z mieszaniną fascynacji oraz nostalgii właściwej odpowiednio najmłodszym i najstarszym pokoleniom.
Ostatnie duże badania CBOS-u na ten temat pochodzą z 2014 r. Jako że przez dekadę z okładem trochę się w tej kwestii zmieniło (by niezobowiązująco wspomnieć o pandemii, powrocie imperialnej Rosji, Sejmfliksie oraz generalnej politycznej demolce), trudno wyrokować, czy stan ów pogłębia się, czy cofa. Nie sądzę jednak, by badacze doszli dziś do innych wniosków niż jedenaście lat temu. No bo jeżeli blisko połowie (to jest 44 proc.) narodu w PRL-u „żyło się lepiej”, to raczej nie ma to związku z wyższą oceną jakości peerelowskiego życia, lecz z klarownością egzystencjalnych dyrektyw.
Pocieszaliśmy się: mieszkamy w bloku socjalistycznym, ale zajmujemy w nim najweselszy barak – pisał w kapitalnej analizie „ostalgicznych” wątków w polskiej kulturze Zdzisław Pietrasik („Dlaczego Polacy tęsknią za PRL”, „Polityka”, 20 lipca 2018 r.)
– „No i nigdy nie traciliśmy pewnego rodzaju poczucia wyższości. Byliśmy przecież wyjątkowi, niepokorni, nieujarzmieni, podczas gdy inne narody pozostające w strefie sowieckich wpływów zachowywały się – według naszego mniemania – o wiele mniej godnie. Wobec suwerena, Związku Radzieckiego, żywiliśmy uczucia ambiwalentne – z jednej strony ciągła obawa, że kiedyś w końcu „wejdą”, z drugiej natomiast poczucie wyższości. Nie brakowało nam pewności, że przynależymy do wyższej cywilizacji, a nasz kraj, by zacytować bohatera sztuki Mrożka, leży raczej na zachód od wschodu niż na wschód od zachodu”.
Przeczytaj także: James Bond to 10/10. A jak wypada sama gra? Recenzujemy „007 First Light”
Dziś trudno byłoby przyjąć tę optykę i pewnie dlatego kolektywne wyobrażenie o PRL-u rozpada się na dwa rwące nurty z pasem niezagospodarowanej ziemi pośrodku. Ten pierwszy strumień to narracja o mrokach autokratycznego państwa oraz szeroko pojęta „psychizacja krajobrazu” w warstwie estetycznej. To z niej korzystają twórcy popularnych memów, w których powielane są dołujące syntezatorowe brzmienia, a także obrazki nakrytych śniegiem ponurych blokowisk.
To również igiełka do fastrygowania popularnych seriali (z pierwszym sezonem „Rojstu” na czele), gdzie PRL pozszywany jest ze skrawków poliestrowych mankietów, wycinków „Kuriera Polskiego” i nakrętek po Extra Żytniej. Drugi nurt to oczywiście PRL ciasny, ale własny, rozpostarty symbolicznie pomiędzy duńskim Legolandem, do którego „kiedyś trzeba się wybrać”, a miską spulchnionego żółtkami i cukrem mleka, które w filmie Kingi Dębskiej „Zupa nic” pozostaje symbolem szczęścia równego aspiracjom. To właśnie ten PRL skąpany jest w żółciach i brązach, jakby w odpowiedzi na chłodne światło jarzeniówek z „Rojsta”. I to w tym PRL-u życie się generalnie Polakom udaje.
Oczywiście na metaforycznym pasie ziemi niczyjej był kiedyś społeczny „środek”; miejsce, w którym, najzwyczajniej w świecie, funkcjonowali ludzie; niekoniecznie „prości” ludzie, ale po prostu tacy, którzy nie myśleli o sobie jako o trybikach w wielkiej politycznej machinie. Za Tadeuszem Sobolewskim i słynną książką „Dziecko Peerelu” Pietrasik pisze o nich tak: „Peerel jest dla nas czasem utraconym, ale chyba nie straconym. Peerel – to brzmi ironicznie. Jednak wraz z kolejnymi obrotami sceny historycznej ta nazwa się uzwyczajni i będzie używana nie tylko w znaczeniu politycznym. To był po prostu odcinek czasu, mieszczący życie paru polskich pokoleń”.
Przeczytaj także: James Bond to 10/10. A jak wypada sama gra? Recenzujemy „007 First Light”
Myślę, że ów środek, w znaczeniu prawdziwie rewizjonistycznej narracji, jest już nie do odzyskania. Jeśli faktycznie istniał w kulturze popularnej, opowieści o nim przypadły na czas gorączkowych posttransformacyjnych rozliczeń. Nam został „Najmro” Mateusza Rakowicza, świetny skądinąd film o PRL-u jako cyrkowej rewii policjantów i złodziei. Albo „Żeby nie było śladów” Jana P. Matuszyńskiego o sprawie Grzegorza Przemyka; film spełniony jako oskarżenie oraz relacja z politycznych szachów, lecz mało przekonujący jako dziennik z życia rodaka.
Do kina, do przeszłości
Proszę Państwa, Wysoki Sądzie, profesor Rafał Wilczur znów praktykuje. Pies jeździ koleją w tę i we w tę. Sami Swoi odmłodnieli, ale płot jak stał, tak stoi. Tylko Pan Samochodzik zaciągnął hamulec ręczny – wygląda na to, że nie będzie sequela. No i Kleks. Pan Kleks.
Kiedyś surfujący na wzburzonych falach psychodelii i surrealizmu. Dziś spoglądający z rozrzewnieniem w stronę Hogwartu. Bez względu na artystyczną jakość nowych wersji starych szlagierów, namiętne powroty do peerelowskich bohaterów i symboli są w moim poczuciu jakąś miarą dojrzałości naszej popkultury. Podobają mi się te wycieczki, gdyż po wielu dekadach martyrologii stosowanej zwiastują rozbrojenie 500-tonowego ładunku powagi. Casus Kleksa jest tu emblematyczny. W końcu kto powiedział, że musimy myśleć o bohaterze Brzechwy wyłącznie jako o dilerze najcięższych dragów w Polsce (Kung Fu Song i Marsz Wilków na zawsze w naszych sercach)? Niech sobie będzie tym odpustowym Dumbledore’em. Niech prowadzi nas do Ameryki.
Przeczytaj także: Michał Sikorski o Janie Pawle II: Dla mojego pokolenia to już było za dużo
Pytanie, czy da się peerelowską „egzotykę” zapakować, ometkować i sprzedawać za oceanem, musi najpewniej poczekać na kolejny tekst. Spoglądając na międzynarodowe sukcesy popsłowiańszczyzny albo czerpiących z grozy naszej ówczesnej gier wideo, jestem dobrej myśli. I nie miałbym nic przeciwko, gdyby właśnie tak wyglądał finał wielkiego procesu „odczarowywania PRL-u” przez popkulturę. Jasne, marna to alternatywa dla potencjalnych wielowymiarowych portretów epoki. Sęk w tym, że tych ostatnich za bardzo nie widać.
W idealnym świecie każdy z nas odkroiłby sobie tłuszczyk pamięci zbiorowej od mięska pamięci indywidualnej, a następnie ruszył dalej z życiem w przeświadczeniu, że popwizerunki komunistycznej Polski mogą funkcjonować zarówno jako katalizator dobrej zabawy, jak i przyczynek do historiozoficznej refleksji. W świecie, w którym podobna refleksja jest konsumpcyjnym dobrem, działa to jednak nieco inaczej.
„Pojęcie nostalgii nie tylko uległo uogólnieniu i oderwane zostało od oryginalnych konotacji. Stało się ono bowiem także przedmiotem świadomych zabiegów interpretacyjnych, wystawione niejako w formie towaru do konsumpcji w kulturze popularnej” – pisał Wojciech Jerzy Burszta w eseju „Yes. Nostalgiczne strefy pamięci”. I cóż, właśnie tak definiowana jest współczesna nostalgia, zwłaszcza ta będąca udziałem średniego i najmłodszego pokolenia. Bursztę oraz cytującego go w świetnym artykule „Utopijne powroty do przeszłości: młode pokolenie wobec zwrotu nostalgicznego” socjologa Dariusza Brzezińskiego prowadzi to do konkluzji, iż tęsknota za przeszłością wcale nie musi świadczyć o krytycznym stosunku wobec współczesności.
Mnie z kolei zastanawia, co zetki powinny z tym niedoświadczanym, niewidzianym i wspominanym wyłącznie dzięki mechanizmom nostalgii zapośredniczonej PRL-em zrobić? Modlić się do niego raczej nie będą. Pomostu do prawdy o czasach minionych z niego nie zbudują. Może więc powinny nawinąć go na sznurek, zawiesić w płaszczu obok kiełbasy i Popularnych, a potem sprzedawać, ile wlezie – w kraju i za granicą. No jak to tak, panie? Peerelu pan nie kupisz?


