- USA zachowują przewagę operacyjną i militarną, ale tracą zdolność do szybkiego przekładania sukcesów wojskowych na trwałe rozstrzygnięcia polityczne.
- Chiny uczą się z konfliktu na Bliskim Wschodzie, analizując zużycie zasobów, logistykę i słabości amerykańskiego modelu prowadzenia wojny.
- Strukturalna przewaga przemysłowa Chin (produkcja, stocznie, metale ziem rzadkich) ogranicza możliwości USA.
- Rywalizacja USA–Chiny coraz bardziej opiera się na kontroli „wąskich gardeł” (cieśniny vs. surowce), a nie wyłącznie na sile militarnej.
III wojna w Zatoce Perskiej już dziś odcisnęła piętno na amerykańskim projekcie imperialnym. Jej szersze konsekwencje są jeszcze przed nami. Uruchomione procesy będą miały nieodwracalne skutki dla nowego, kształtującego się ładu międzynarodowego, w tym dla roli Stanów Zjednoczonych, będącej spuścizną drugiej kadencji prezydenckiej Donalda Trumpa.
W tym kontekście warto przywołać fragment opublikowanego w tym tygodniu artykułu Roberta Kagana – wybitnego amerykańskiego badacza stosunków międzynarodowych i jednego z intelektualnych architektów amerykańskiego interwencjonizmu ostatnich dekad. O konsekwencjach trwającego konfliktu napisał:
Nie będzie powrotu do status quo ante, nie będzie ostatecznego amerykańskiego triumfu, który cofnie lub przezwycięży wyrządzone szkody. Cieśnina Ormuz nie będzie »otwarta«, jak kiedyś.
Ten cytat – jeden z najważniejszych w całym artykule – stanowi istotę problemu, w jakim znalazł się Waszyngton. To właśnie od Cieśniny Ormuz – od tego, kto sprawuje nad nią kontrolę i czy zapewniona pozostaje swoboda żeglugi, lecz pod nadzorem US Navy – zależy funkcjonowanie największego atutu USA, jakim jest system petrodolara. Określa on bowiem, kto może posługiwać się dolarem, a kto zostaje wykluczony z tego systemu w rozliczeniach międzynarodowych.
System petrodolara, ukształtowany po 1973 roku, opiera się na prostym układzie: USA gwarantują bezpieczeństwo państwom Zatoki Perskiej, jednocześnie chroniąc swobodę żeglugi przez kluczowe szlaki energetyczne, a w zamian handel ropą jest rozliczany w dolarach. Nadwyżki z eksportu węglowodorów trafiały następnie na amerykański rynek finansowy, wzmacniając globalną dominację dolara.
Dziś model ten poddawany jest presji wyczerpania. Spór o kontrolę nad Ormuzem uderza bowiem zarówno w fundament regionalnego układu bezpieczeństwa, jak i w amerykański sektor finansowy.
Adaptacja Chin
Słowa Kagana o wyniku starcia w III wojnie w Zatoce nie ograniczają się wyłącznie do relacji między USA a państwami regionu. Wojna toczy się bowiem w cieniu systemowej rywalizacji Stanów Zjednoczonych z najpotężniejszym przeciwnikiem, z jakim przyszło im się zmierzyć – Chinami. W tym kontekście konieczna jest ocena tego, jak trwający konflikt oddziałuje na perspektywę dalszego rozwoju rywalizacji.
Od ponad trzech dekad amerykańskie interwencje wojskowe stanowią dla Chin jeden z najważniejszych punktów odniesienia w procesie modernizacji własnych sił zbrojnych. Jak podkreśla dziś chińska prasa, styczniowa operacja USA w Wenezueli oraz wojna z Iranem będą dla Pekinu najważniejszą lekcją wojskową od czasu operacji „Pustynna Burza” z 1991 roku.
Studium tych działań jest dla Chin szczególnie istotne, ponieważ zrozumienie sposobu, w jaki przeciwnik prowadzi wojnę, pozwala uniknąć zaskoczenia, adaptować się do nowych warunków, niwelować przewagi oraz wykorzystywać słabe punkty przyjętego modelu wojny.
To właśnie „Pustynna Burza” była dla Chin największym szokiem po 1991 roku. Amerykańska koncepcja AirLand Battle, opracowywana na potrzeby zimnowojennej rywalizacji ze Związkiem Sowieckim, dysponującym przewagą ilościową nad państwami zachodnimi, w 1991 roku zmaterializowała się wówczas niemal perfekcyjnie.
Wnioski, jakie Chiny wyciągnęły z tej operacji, miały wymiar cywilizacyjnego wstrząsu. Amerykanie pokazali, że nowoczesna wojna nie jest już starciem mas, lecz starciem sił połączonych: rozpoznania, dowodzenia, łączności, precyzji, technologii stealth, walki elektronicznej, logistyki itd.
Uruchomiło to w Chinach proces przejścia od „wojny ludowej” (w stylu sowieckiej masy) do „wojny informacyjnej”. Od kopiowania sprzętu do budowy własnego ekosystemu działań połączonych, wzorowanego właśnie na modelu amerykańskim. To te wnioski zapoczątkowały chińską modernizację wojskową, która trwa do dziś.
W tym sensie III wojna w Zatoce jest dla Pekinu nie tylko obserwacją pola walki, lecz także formą inżynierii wstecznej. Chiny przez trzy dekady uczyły się zachodniej technologii – poprzez kopiowanie, adaptację i przechwytywanie rozwiązań, a następnie tworzenie na ich podstawie własnych, niekiedy lepszych systemów.
Dziś Chiny analizują coś znacznie cenniejszego niż sam sprzęt: sposób prowadzenia amerykańskiej kampanii wielodomenowej. Obserwują tempo zużycia amunicji, odporność systemu oraz ujawnione wąskie gardła logistyczne. Jeśli „Pustynna Burza” była lekcją sprzętową i doktrynalną, wojna z Iranem jest lekcją ekonomii wojennej.
Strukturalne przewagi
Dzisiaj USA pokazały zdolność do przeprowadzenia operacji, której nie byłoby w stanie wykonać żadne inne państwo – nawet Chiny. Warto przypomnieć, że Pekin nie prowadził żadnej wojny od czasu konfliktu z Wietnamem w 1979 roku. U wybrzeży Iranu oraz w jego przestrzeni powietrznej ujawniło się nie tylko „laboratorium” amerykańskiej potęgi militarnej, lecz również słabości politycznego zarządzania konfliktem.
Wynikają one ze swoistej strategicznej buty, przejawiającej się w formułowaniu maksymalistycznych celów wobec Iranu mimo braku możliwości wyegzekwowania ich siłą. Chiny, jako pośredni obserwator konfliktu, pozostający poza bezpośrednim udziałem w walce, lecz dostarczający informacje wywiadowcze – wyciągają wnioski z tego, w jaki sposób USA walczą.
Z wojskowego punktu widzenia Pekin nie może zatem lekceważyć amerykańskiego systemu wojny. Problem USA leży gdzie indziej – w braku zdolności do szybkiego osiągnięcia rozstrzygnięcia politycznego. To właśnie luka między skutecznością operacyjną a rezultatem politycznym ma dla Chin kluczowe znaczenie.
W tym miejscu pojawia się przewaga Chin, która jest przewagą strukturalną. Dzisiaj to Chiny są główną fabryką świata. Odpowiadają za ponad 30 proc. globalnej produkcji dóbr, podczas gdy udział USA wynosi ok. 17 proc. W produkcji stali Chiny odpowiadają za ponad połowę światowego wolumenu, natomiast USA za ok. 4 proc. Przerażająca dla Amerykanów jest dysproporcja w sektorze stoczniowym.
Według analiz amerykańskiego CSIS Chiny posiadają 232 razy większe zdolności produkcyjne w przemyśle stoczniowym niż USA. W samym 2024 r. jedna chińska firma – China State Shipbuilding Corporation, największy państwowy koncern stoczniowy – wyprodukowała większy tonaż okrętów niż cała amerykańska branża stoczniowa od zakończenia II wojny światowej.
Z perspektywy Chin najważniejsze nie jest więc wyłącznie to, ile celów USA zniszczyły w Iranie. Istotniejsze pozostaje pytanie, ile amunicji zużyły, jak szybko są w stanie ją odtworzyć i czy po takim konflikcie USA byłyby gotowe do znacznie większej wojny na Pacyfiku. W tym kontekście po raz kolejny należy przywołać badania amerykańskiego CSIS dotyczące zużycia oraz czasu odbudowy zapasów amunicji po 39-dniowej kampanii powietrznej w Iranie.
Co dalej z Cieśniną Ormuz? Gra USA i Iranu o handel, siłę i czas
Zużycie amunicji systemu antybalistycznego THAAD mogło sięgnąć nawet 80 proc. zapasów strategicznych. Czas ich odbudowy szacowany jest na ok. 48–53 miesiące. W przypadku pocisków PAC dla systemów Patriot zużycie oceniane jest na ok. 45–50 proc. zapasów magazynowych, przy czasie odbudowy wynoszącym od trzech do czterech lat. W zakresie amunicji ofensywnej zapasy pocisków Tomahawk mogły zostać uszczuplone o ok. 30–35 proc., a ich odtworzenie ma trwać do czterech lat.
Dla Pekinu dane te stanowią istotny sygnał. Nawet jeśli USA zachowują przewagę operacyjną w początkowej fazie konfliktu, zdolność do prowadzenia długotrwałego konfliktu z równorzędnym przeciwnikiem jest ograniczona. Wszystko ze względu na kruchość amerykańskiej bazy przemysłowej.
O tych problemach od lat piszą sami Amerykanie. Wyraźnie pokazują to analizy RAND. Jeszcze w 1997 roku amerykańskie planowanie strategiczne zakładało zdolność do prowadzenia dwóch dużych wojen jednocześnie. W 2018 r. RAND wskazał jednak, że wobec rosnących zdolności Chin i Rosji USA muszą zrewidować swoje podejście do planowania sił.
Ocenę tę ograniczono do zdolności prowadzenia jednej dużej wojny przy jednoczesnym wsparciu mniejszego konfliktu regionalnego. Dziś, wobec coraz wyraźniej dostrzeganych słabości, ten konstrukt wydaje się wymagać dalszej rewizji. Zasadne staje się więc pytanie: czy USA są dziś gotowe na jeden, nieporównywalnie większy konflikt z Chinami?
Geografia ma znaczenie
Posługując się terminologią Trumpa, można powiedzieć, że USA mają „wszystkie karty”. Problem polega na tym, że wojna z Iranem pokazała Pekinowi dużą część tych kart. Niemniej, mimo ich ujawnienia, Amerykanie wciąż posiadają asa w rękawie – kontrolę nad geografią.
Kontrola nad wąskimi gardłami światowego handlu przez dekady pozostawała domeną US Navy. Zanim Iran rzucił to wyzwanie w Cieśninie Ormuz, w ubiegłym roku jego jemeńscy proxy – Huti – zademonstrowali podobny mechanizm w Bab al-Mandab. Pytanie, które Pekin powinien sobie zadać, brzmi: co stanie się, jeśli podobna logika zostanie przeniesiona do Cieśniny Malakka albo jeśli presja zostanie wywarta na wszystkie te arterie równocześnie?
Cieśnina Malakka jest najważniejszym „chokepointem” światowego handlu. Łączy Ocean Indyjski z Pacyfikiem, a w najwęższym miejscu ma mniej niż 3 km szerokości. Dla porównania Cieśnina Ormuz ma około 30 km, dlatego Malakka jest relatywnie łatwiejsza do zablokowania. Szacunki dotyczące udziału Malakki w światowym handlu morskim wskazują na ok. 22 proc. globalnego handlu towarowego. W przypadku Cieśniny Bab al-Mandab jest to 16,5 proc., Ormuzu – 8 proc. Oczywiście nie oznacza to, że skutki jednoczesnego zablokowania tych arterii należy sumować.
Ormuz jest dla Chin zarazem tylko i aż ostrzeżeniem. Pokazuje bowiem, jak szybko Amerykanie mogą zarządzać wąskimi gardłami globalnego handlu, od których swobody przepływów zależy chińska gospodarka oparta na eksporcie.
Jeśli USA mogą wykorzystywać blokady, sankcje i kontrolę szlaków jako narzędzia presji wobec Iranu, Chiny muszą zakładać, że w przyszłej wojnie podobne instrumenty zostałyby użyte również przeciwko nim. Na taki scenariusz w amerykańskim planowaniu wskazuje sygnalizacja strategiczna zawarta w manewrach „Balikatan 2026” przeprowadzonych na Filipinach.
Z kolei irańskie zarządzanie blokadą Ormuzu, gdzie „ląd wygrywa z morzem”, może być dla Pekinu modelem myślenia o Tajwanie. Nie chodzi o prostą kopię, lecz o logikę działania: nie pełną blokadę, lecz kontrolę ryzyka; nie otwartą wojnę, lecz kwarantannę; nie natychmiastową inwazję, lecz „gotowanie żaby” – co Pekin wielokrotnie sygnalizował.
Teheran pokazuje, że można zmieniać status szlaku morskiego bez formalnego ogłaszania jego całkowitego zamknięcia. Chiny mogą myśleć o Tajwanie podobnie, wykorzystując selektywne kontrole ruchu morskiego i lotniczego, uzależniając od swojej decyzji zgody na wejście do portów oraz budując własną jurysdykcję wokół wyspy, w ten sposób odcinając Formozę od świata.
USA mają zatem przewagę w oddziaływaniu na przeciwnika poprzez morskie „chokepointy” i globalną projekcję siły. Chiny posiadają natomiast przewagę nad amerykańską gospodarką w zakresie eksportu rafinowanych metali ziem rzadkich. Chiny odpowiadają za 70 proc. światowego wydobycia tych pierwiastków, podczas gdy USA za ok. 11 proc. W przypadku ich rafinacji chiński udział przekracza 90 proc. globalnych mocy – amerykański wynosi około 2 proc. Oznacza to, że nawet rudy wydobyte w USA, Australii czy Birmie trafiają do chińskich rafinerii i stamtąd są eksportowane w świat, a to uzależnione jest od decyzji Pekinu.
USA kontra Iran. Blokada morska zamiast rozmów i test nowej strategii Waszyngtonu
Jeśli USA posiadają zdolność do kontroli nad wąskimi gardłami światowego handlu, to chińska dominacja w sektorze metali ziem rzadkich stanowi wąskie gardło światowej technologii i obronności. USA mogą grozić destabilizacją tych cieśnin, jednak Pekin dysponuje możliwością odpowiedzi poprzez ograniczenie dostępu do surowców kluczowych dla produkcji amunicji precyzyjnej, systemów naprowadzania, elektroniki wojskowej, silników, sensorów oraz technologii AI. To właśnie dlatego administracja Trumpa ma ograniczoną swobodę eskalacji wobec Chin.
Szczyt Trump–Xi
Przełożony z początku kwietnia na 14–15 maja szczyt Trump–Xi Jinping będzie zatem testem tego, czy USA potrafią oddzielić rywalizację z Chinami od skutków wojny z Iranem. Pekin przystąpi do negocjacji z pozycji państwa, które nie musi spieszyć się z ustępstwami. Natomiast Waszyngton będzie negocjował jako państwo potrzebujące stabilizacji, aby odbudować zapasy, uporządkować sytuację na Bliskim Wschodzie i uniknąć ryzyka równoczesnej konfrontacji z najpoważniejszym rywalem w swojej historii.
Niemniej kontekst wojny i sposób jej prowadzenia wpływają na postawę obu stron. Trump myśli kategoriami „wielkiego dealu”, szybkiego efektu i spektaklu. Xi postrzega rywalizację w kategoriach procesu, cierpliwości i stopniowego kumulowania przewag. Obecny przebieg wojny z Iranem działa jednak na korzyść tej drugiej logiki.

