Reklama
Reklama
Świat

Równowaga strachu czy iluzja kontroli? Logika konfliktu USA–Iran

Dyplomacja między Waszyngtonem a Teheranem weszła w fazę, w której brak rozmów stał się narzędziem nacisku, a blokada morska – kluczowym argumentem negocjacyjnym. Ostatnie decyzje obu stron pokazują, że konflikt w Zatoce Perskiej nie tylko się nie kończy, lecz zmienia swoje reguły.

Wojciech J. Kittel
Felieton autorstwa: Wojciech J. Kittel
Dzisiaj 07:05
19 min
Dynamika konfliktu wyraźnie przesunęła punkt wyjścia dla dalszych rozmów na korzyść Amerykanów. Jednak rozwój negocjacji wskazuje, że przewaga ta nie przekłada się na możliwość narzucenia jednostronnych warunków. (fot. gettyimages.com/Bloomberg/Contributor/Anadolu /freepik.com/Rawpixel.com)

Reklama

TYLKO NA
  • Negocjacje USA–Iran utknęły: Teheran dwukrotnie odmówił udziału w drugiej rundzie rozmów, uzależniając ich wznowienie od wcześniejszego zniesienia blokady Cieśniny Ormuz i odblokowania zamrożonych środków finansowych.
  • USA naciskają blokadą zamiast bombardowaniami. Zamknięcie cieśniny stało się głównym narzędziem presji Waszyngtonu, który ogranicza eskalację militarną, ale zwiększa presję gospodarczą.
  • Iran próbuje obejść blokadę, lecz traci pieniądze: Teheran szuka lądowych i północnych tras eksportu, jednak ograniczenia logistyczne uderzają coraz mocniej w sektor naftowy.
  • Skutki konfliktu są globalne. Zakłócenia w eksporcie z Zatoki Perskiej destabilizują rynki energii, łańcuchy dostaw i podważają dotychczasowy układ Organizacji Krajów Eksportujących Ropę Naftową (OPEC).

Reklama

Wydawać by się mogło, że zeszły tydzień nie był łaskawy dla amerykańskiej pozycji negocjacyjnej wobec Iranu podczas trwającej III wojny w Zatoce Perskiej. Zdecydowała o tym przede wszystkim postawa Irańczyków, którzy w ciągu tygodnia dwukrotnie odmówili udziału w drugiej rundzie negocjacji z Amerykanami.

Pierwszy taki sygnał pojawił się we wtorek ubiegłego tygodnia, gdy Amerykanie do ostatniej chwili czekali na potwierdzenie rozmów w Islamabadzie. Szef amerykańskiej delegacji do rozmów z Iranem, wiceprezydent J.D. Vance, miał do ostatniej chwili czekać w samolocie na decyzję o locie do Pakistanu.

Ostatecznie Irańczycy poinformowali, że nie udadzą się do Islamabadu, a Vance pozostał w Waszyngtonie. Spotkanie zostało więc odwołane w przeddzień wygaśnięcia zawieszenia broni, które później Trump jednostronnie przedłużył.


Reklama

Do kolejnego napięcia doszło w ubiegłą sobotę, kiedy rzecznik irańskiego MSZ, Esmaeil Baqaei, oznajmił:


Reklama

„Nie planuje się żadnego spotkania między Iranem a USA. Uwagi Iranu zostałyby przekazane Pakistanowi”.

Jednocześnie szef irańskiego MSZ, Abbas Aragczi, poinformował, że przekazał pakistańskim mediatorom nową listę żądań Teheranu dotyczących zakończenia wojny. Natomiast, oceniając postawę negocjacyjną USA, stwierdził: „Jeszcze nie widziałem, by USA naprawdę poważnie podchodziły do dyplomacji”.

W tym samym czasie Trump ponownie odwołał swoją delegację, która miała udać się do Islamabadu, pisząc w swoim medium:


Reklama

„Nie, nie będą lecieć 18 godzin, żeby tam dotrzeć. Mamy wszystkie karty. Mogą dzwonić, kiedy tylko chcą, ale nie będą odbywać kolejnych 18‑godzinnych lotów, żeby siedzieć i rozmawiać o niczym”.


Reklama

Czy zatem znaleźliśmy się w kolejnej odsłonie pata negocjacyjnego? Czas pokaże. Należy jednak pochylić się nad tym, jak wygląda obecna równowaga.
Teheran, dwukrotnie odrzucając możliwość bezpośrednich rozmów, kontynuuje próbę narzucenia tonu negocjacjom.

Irańczycy są bowiem przekonani – w przeciwieństwie do Trumpa – że mają w rękach karty pozwalające skutecznie przeciwstawiać się żądaniom Amerykanów. Z jednej strony rzeczywiście można w ten sposób interpretować obecny stan rzeczy. Z drugiej jednak położenie Amerykanów da się odczytać zupełnie odwrotnie.

USA, utrzymując zawieszenie broni, a zarazem blokadę morską, przyjęły postawę relatywnie powściągliwą w zestawieniu z wcześniejszą skalą kampanii powietrznej. Celem tej powściągliwości może być takie ułożenie własnej pozycji, które pozwoli zlokalizować słabości Iranu. Waszyngton działa wobec Teheranu pośrednio – stąd decyzja o blokadzie morskiej.


Reklama


Reklama

Koszty utrzymywania tego stanu są nieuchronne, a USA zdają się – przynajmniej na razie – konsekwentnie ponosić ciężar swoich decyzji. W ten sposób Waszyngton testuje, jak Teheran funkcjonuje po kampanii lotniczej, równocześnie obserwując jego zdolność działania w warunkach blokady.

Warunki Iranu

W pierwszym wariancie interpretacyjnym można uznać, że to Iran faktycznie strukturalnie szachuje Amerykanów. Pierwszym argumentem przemawiającym za takim odczytaniem sytuacji jest nowa irańska propozycja ścieżki dojścia do porozumienia rozwiązującego konflikt. Rozpatrując tę propozycję, warto zwrócić uwagę na szczególny sposób, w jaki Teheran postrzega swoją pozycję: mimo trudnego położenia twardo i spójnie artykułuje swoje żądania.

W rzeczywistości irańska propozycja zmienia dynamikę negocjacji, oznaczając zaostrzenie warunków. Teheran wyartykułował bowiem nową czerwoną linię negocjacyjną. W swoim wcześniejszym stanowisku Amerykanie żądali ustanowienia wobec Iranu ograniczeń w kwestii nuklearnej.


Reklama

Iran co do zasady zgadzał się na negocjowanie tej sprawy, uzależniając jednak zawarcie porozumienia od szczegółów dotyczących sposobu jego realizacji. Chodziło między innymi o kwestię kilku- lub kilkunastoletniej karencji w zaprzestaniu przez Iran wzbogacania uranu, a także o powiązanie tego punktu negocjacji z uwolnieniem irańskich środków zamrożonych na Zachodzie w wyniku sankcji.


Reklama

Dziś Irańczycy przesunęli tę czerwoną linię. Wskazują, że potencjalna umowa nuklearna z USA może zostać osiągnięta, ale dopiero na kolejnym etapie — po odblokowaniu Cieśniny Ormuz oraz zdjęciu blokady z irańskich środków. W praktyce oznacza to wyłączenie zobowiązań nuklearnych z obszaru negocjacji na obecnym etapie rozmów.

Teheran postępuje tu podobnie jak podczas wcześniejszych rund negocjacji, gdy odrzucał oczekiwania USA dotyczące włączenia do rozmów kwestii irańskiego programu rakiet balistycznych. Można więc uznać, że Irańczycy są przekonani o posiadaniu kontroli eskalacyjnej.

Zakładają, że czas działa wyłącznie na niekorzyść USA, ponieważ obecny stan ma obnażać ograniczone możliwości Waszyngtonu w zakresie egzekwowania własnych żądań. Tak sformułowane nowe stanowisko wydłuża proces negocjacyjny, co również ma służyć zmiękczeniu USA.


Reklama

Sobotnia wizyta szefa irańskiego MSZ w Islamabadzie nie sprowadzała się wyłącznie do przekazania pakistańskiemu mediatorowi irańskiego projektu porozumienia. Z dużym prawdopodobieństwem była także próbą odnalezienia się Teheranu w nowej rzeczywistości gospodarczej, w której Iran musi szukać alternatywnych, innych niż morskie, szlaków eksportowych swoich dóbr.


Reklama

Lata sankcji nauczyły Teheran – podobnie jak Rosję – improwizacji oraz obchodzenia nałożonych ograniczeń. W obecnej sytuacji cel Teheranu jest więc logiczny: stworzenie alternatywnych kanałów sprzedaży oraz zastępczych szlaków handlowych.

Obecny układ ograniczeń różni się jednak od wcześniejszych zarówno skalą, jak i bezpośredniością presji. Blokada kluczowych portów oraz utrudnienia w funkcjonowaniu Cieśniny ograniczają nie tylko kierunki eksportu, lecz przede wszystkim fizyczną zdolność Iranu do utrzymania ciągłości wydobycia węglowodorów.

Na tym tle Iran podjął się realizacji inicjatywy zakładającej uruchomienie lądowych korytarzy transportowych przez Pakistan oraz aktywizację tras przez Morze Kaspijskie. W tym miejscu pojawia się jednak zasadniczy problem dla Teheranu.


Reklama

W wyniku strat wojennych Iran utracił część infrastruktury potrzebnej do stworzenia alternatywnych szlaków. Uszkodzenia obiektów nad Morzem Kaspijskim, w tym kluczowego portu Bandar-e Anzali, podważają efektywność północnego kierunku eksportowego. Nawet jego pełne uruchomienie nie pozwoliłoby na transport surowca w skali odpowiadającej wcześniejszemu eksportowi, który przed konfliktem sięgał ponad 2 mln baryłek dziennie.


Reklama

W efekcie irański sektor wydobywczy, który odpowiada za ok. 80 proc. przychodów z eksportu, staje przed wyzwaniem. Może kontynuować produkcję bez możliwości sprzedaży i ryzykować przeciążenie magazynów albo ograniczyć wydobycie, co jednak grozi trwałymi stratami. Już teraz pojawiają się sygnały o naturalnym spadku wydajności pól naftowych, a ich dodatkowe zamykanie może pogłębić straty zarówno technologiczne, jak i finansowe, liczone dla Iranu w miliardach dolarów rocznie.

Dlatego działania dyplomatyczne, w tym próba wykorzystania Pakistanu jako pośrednika w rozmowach z Waszyngtonem, należy rozpatrywać nie tylko jako próbę rozwiązania konfliktu z USA. Są one elementem walki o utrzymanie zdolności eksportowych Iranu – o zdolność do funkcjonowania.

„Strategia szaleńca”

Kontrargumentem wobec tezy o sile Teheranu jest jednak druga perspektywa, zakładająca, że obecna postawa USA nie wynika ze słabości, lecz ze zmiany taktyki. Brak jednoznacznie twardej reakcji Waszyngtonu oraz napięta sytuacja militarna mogą wskazywać, że w wymiarze strategicznym czas działa jednak na niekorzyść Iranu.


Reklama

Po półtora roku drugiej kadencji Donalda Trumpa światowa opinia publiczna przyzwyczaiła się do zmienności jego decyzji i komunikatów, wręcz demonizując jego prezydenturę i postrzegając działania całej administracji jako pozbawione racjonalności. Pomijając ocenę efektywności tej polityki, można jednak dostrzec w niej pewną ograniczoną logikę.


Reklama

Jest ona związana ze zmianą amerykańskiej wizji własnej roli w świecie, wyrażonej w haśle „America First”. Swobodę realizacji tego hasła ograniczają jednak wcześniej zaciągnięte amerykańskie zobowiązania międzynarodowe, dlatego z perspektywy Amerykanów konieczne jest ich rozluźnienie.

W obliczu dynamiki wyborczej w USA można przypuszczać, że administracja Trumpa wykorzystała już okres największej sprawczości politycznej i społecznego poparcia do przesunięcia granic tego, co uznawano za dopuszczalne w amerykańskiej polityce zagranicznej.

W ciągłych groźbach ataku, ostrzeżeniach przed „śmiercią cywilizacji Iranu”, groźbach porzucenia NATO, aneksji Kanady czy Grenlandii, a następnie nagłych zmianach stanowiska, można doszukać się mechanizmu kontrolowanej niejednoznaczności. Z jednej strony mechanizm ten personalizuje politykę i sprzyja demonizowaniu samego Trumpa, z drugiej – pozwala USA zmieniać swoją strukturalną rolę. Ten sposób działania wpisuje się w logikę „strategii szaleńca”.


Reklama

Pojęcie to wywodzi się z okresu zimnej wojny i najczęściej jest kojarzone z administracją Richarda Nixona oraz jego doradcą do spraw bezpieczeństwa narodowego, Henrym Kissingerem. Nie była to formalnie spisana doktryna, lecz raczej praktyka polityczna. Zakładała ona, że przywódca państwa – szczególnie mocarstwa nuklearnego – może świadomie kreować wizerunek osoby nieprzewidywalnej i skłonnej do nieracjonalnych decyzji, aby zwiększyć presję na przeciwnika – w tamtym przypadku ZSRR.


Reklama

Nie oznacza to prostego przeniesienia schematów z epoki Nixona na prezydenturę Trumpa. Adekwatne byłoby mówienie o reinterpretacji tej logiki w warunkach świata znacznie bardziej medialnego, w którym USA muszą werbalnie manipulować swoją pozycją, aby osiągnąć własny cel.

O ile w czasie zimnej wojny niejednoznaczność była praktyką rozgrywaną za zamkniętymi drzwiami dyplomatycznymi, o tyle dzisiaj jest częścią permanentnego spektaklu politycznego w mediach. W takim środowisku mnogość komunikatów jest mniej istotna niż faktyczne działanie.

W tym kontekście istotne są doniesienia o rzekomej, motywowanej względami etycznymi, odmowie udzielenia prezydentowi USA dostępu do kodów nuklearnych przez przewodniczącego Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, gen. Caine’a. Według tych doniesień, które nie znajdują oficjalnego potwierdzenia, lecz zostały podane przez światowe media, prezydent Trump miał w toku trwającej operacji, 18 kwietnia, rozważać użycie broni nuklearnej przeciwko Iranowi.


Reklama

Same doniesienia – wywodzące się z wypowiedzi byłego analityka CIA – po wtóre nie mają jednoznacznej weryfikacji i stoją w sprzeczności z formalną strukturą dowodzenia, w której prezydent odgrywa decydującą rolę. Ich znaczenie nie sprowadza się jednak wyłącznie do pytania o faktyczny przebieg opisywanego zdarzenia.


Reklama

Istotniejsze jest to, jak tego rodzaju narracje funkcjonują w światowych mediach i jakie tworzą implikacje dla postrzegania naczelnego dowódcy najsilniejszej armii świata. Niezależnie od pełnej wiarygodności tych relacji wzmacniają one logikę „strategii szaleńca”. Powtórzę: nie chodzi w niej o rzeczywiste działania, lecz o wytworzenie stanu niepewności u przeciwnika, który musi podejmować decyzje w permanentnym zagrożeniu.

Chaotyczna narracja Trumpa, nagłe zwroty retoryczne oraz eskalacyjne zapowiedzi, po których następuje wycofanie się lub złagodzenie stanowiska, mogą służyć budowaniu kontrolowanej niejednoznaczności. Samym celem tej postawy jest wprowadzenie chaosu, a zgodnie ze starą rzymską zasadą „dziel i rządź” w takiej rzeczywistości najlepiej odnajdują się najsilniejsi.

Nie zmienia to faktu, że konflikt, choć tymczasowo zamrożony, nadal trwa. Cieśnina Ormuz pozostaje zamknięta, a amerykańska deeskalacja wynika z potrzeby chwili i ma charakter przede wszystkim taktyczny. W wyniku gorącej fazy starcia doszło jednak do przesunięcia równowagi sił, choć nie została ona jeszcze ostatecznie rozstrzygnięta. Punkt wyjścia jest dziś inny niż przed 28 lutego. Dla Teheranu oznacza to, że ewentualne wznowienie walk nadaje amerykańskim groźbom inną wagę niż wcześniej.


Reklama

Presja USA

Działania USA zaczynają więc przybierać formę przygotowań do bardziej ukierunkowanej i selektywnej eskalacji. Według medialnych przecieków w czwartek CENTCOM miał przedstawić na specjalnie przygotowanej odprawie dla Trumpa możliwości wznowienia działań. Media wskazują, że podobną odprawę Dowództwo Centralne USA przeprowadziło dwa dni przed amerykańskim atakiem 28 lutego.


Reklama

Wojna z Iranem i zmiana strategii USA – konsekwencje dla Polski

Jak jednak takie działania mogłyby wyglądać? Wskazówką może być rozkaz Trumpa z ubiegłego tygodnia dotyczący „niszczenia każdej irańskiej łodzi zaminowującej Cieśninę”. Taki kierunek może wskazywać po pierwsze na zamiar wzmocnienia szczelności blokady morskiej – od poniedziałku do środy 52 irańskie statki próbowały przedrzeć się przez amerykańską blokadę – a po drugie na możliwość rozpoczęcia ograniczonych ataków na irańskie zdolności bezpośrednio związane z kontrolą i blokowaniem Cieśniny Ormuz.

Po trzecie, na początek procesu przejmowania kontroli nad cieśniną. Czy jest to jednak możliwe – czas pokaże. Należy przy tym pamiętać, że do regionu dopłynęła trzecia lotniskowcowa grupa uderzeniowa, z USS George H.W. Bush na czele, a już wcześniej znajdowały się tam dwie jednostki ekspedycyjne Marines wraz z żołnierzami 82. Dywizji Powietrznodesantowej.


Reklama


Reklama

Pozostając przy wariancie eskalacyjnym, w Białym Domu ma być rozważany również powrót do scenariusza rozszerzenia operacji o uderzenia w infrastrukturę krytyczną oraz dekapitację nowej elity polityczno-wojskowej. W rozpatrywaniu tych scenariuszy pozostaje jednak pytanie, czy amerykańskie magazyny w regionie są gotowe na irańską odpowiedź.

Formalna deeskalacja trwa. Jednocześnie USA intensywnie przygotowują się do jej odwrócenia. Sama niejednoznaczność – związana zarówno z blokadą morską, jak i z groźbami wznowienia ataku – staje się podstawą amerykańskiej dźwigni negocjacyjnej wobec Teheranu.

W związku z tym irański pomysł wydłużenia rozmów o kolejny etap spotkał się z jednoznacznym odrzuceniem przez Trumpa, który w jednym z wywiadów powiedział: „Blokada jest nieco bardziej skuteczna niż bombardowanie. Duszą się jak wypchane świnie. I będzie dla nich gorzej”.


Reklama

Na to nie omieszkał odpowiedzieć przewodniczący irańskiego parlamentu Mohammad Bagher Ghalibaf, który zakpił z amerykańskiej blokady, pisząc:


Reklama

„Jeśli zbudujesz dwa mury – jeden od Nowego Jorku do Zachodniego Wybrzeża, a drugi od Los Angeles do Wschodniego Wybrzeża – ich łączna długość wyniesie 7 755 km, co i tak jest o około 1 000 km mniej niż całkowita długość granic Iranu. Powodzenia w blokowaniu kraju o takich granicach”.

Globalne skutki

Zamknięcie Cieśniny Ormuz po rozpoczęciu operacji „Epic Fury” uruchomiło proces, który początkowo wyglądał jak klasyczny szok energetyczny. W ciągu kilku tygodni ujawnił on jednak swoją rzeczywistą naturę – systemowe pęknięcie globalnej gospodarki, którego konsekwencje już dziś są większe niż podczas kryzysu energetycznego z 1973 roku po wojnie Jom Kipur.

W ciągu dziewięciu tygodni od zamknięcia cieśniny nastąpiła kaskada konsekwencji. Międzynarodowa Agencja Energetyczna (IEA) oszacowała spadek podaży ropy i produktów naftowych z regionu Zatoki Perskiej na około 13 mln baryłek dziennie. W wyniku tego globalne instytucje zaczęły korygować prognozy makroekonomiczne.


Reklama

Międzynarodowy Fundusz Walutowy obniżył prognozę wzrostu gospodarczego na 2026 rok do 3,1 proc. w scenariuszu bazowym i 2,5 proc. w scenariuszu negatywnym, jednocześnie podnosząc oczekiwania inflacyjne odpowiednio do 4,4 proc. i 5,4 proc. Komisja Europejska określiła sytuację jako połączenie kryzysów z 1973 i 2022 roku, z perspektywą trwania liczoną w miesiącach lub latach.


Reklama

Nawet szybkie zakończenie konfliktu nie oznaczałoby natychmiastowej normalizacji. Przykładem jest odbudowa infrastruktury gazowej Kataru, która może potrwać ponad dwa lata, co oznacza dla Doha straty sięgające 20 mld dolarów rocznie.

Pierwsza faza wstrząsu miała – chciałoby się powiedzieć – „klasyczny” charakter: natychmiastowy wzrost cen na stacjach paliw ze względu na dostosowywanie ich do bieżącej wyceny rynkowej. Paliwo lotnicze zdrożało o ok. 100 proc., siarka o 20 proc., mocznik o 45 proc., diesel o 30 proc. i olej opałowy o 60 proc., ropa Brent o około 80 proc., a nawozy azotowe do 40 proc.

Liczby te nie były jedynie wskaźnikami rynkowymi, lecz szybko przełożyły się na decyzje operacyjne. Linie lotnicze od Azji po Europę zaczęły redukować siatki połączeń; Lufthansa podjęła decyzję o ograniczeniu 20 tys. lotów, co ma jej pozwolić zaoszczędzić około 40 tys. ton paliwa lotniczego. W Azji Południowo-Wschodniej część pól ryżowych pozostała nieobsiana z powodu kosztów paliwa i nawozów.


Reklama

Kluczowy moment nastąpił wraz z przejściem do drugiej fazy: przecięcia podaży ropy, czyli fizycznego braku surowca na rynku. Przy mnogości produktów, których wytwarzanie wymaga węglowodorów, ich niedobór wywołuje w globalnej gospodarce efekt domina. Mechanizmy stabilizacyjne okazały się niewystarczające.


Reklama

Rekordowe uwolnienie 400 mln baryłek z rezerw IEA – największe w historii tej instytucji – nie zatrzymało wzrostu cen. Maksymalna zdolność uwalniania ropy z amerykańskich rezerw strategicznych, wynosząca 4,4 mln baryłek dziennie i dodatkowo obciążona 13-dniowym opóźnieniem, jest zbyt mała wobec utraty 13 mln baryłek dziennej podaży.

Cieśnina Ormuz jako narzędzie presji. Strategia USA wobec Iranu

Świat w praktyce zaczął „pożyczać” ropę z rezerw. Mechanizm ten nie jest jednak odpowiednikiem banku centralnego operującego wirtualnym pieniądzem, który w wyniku decyzji administracyjnej w każdej chwili może dopisać zero do rachunku. Może on działać tylko tak długo, jak długo w magazynach fizycznie znajduje się ropa – później następuje załamanie.


Reklama

Konsekwencje braku dostaw ropy w warunkach międzynarodowej wyceny i manipulacji rynkowych są odłożone w czasie. Jak wskazuje brytyjski ośrodek RUSI, gdy tankowce przestały docierać do portów po 30–40 dniach od zamknięcia cieśniny, wstrząs przeszedł z poziomu cenowego na produkcyjny. Zaczęły zatrzymywać się całe sektory gospodarki – stąd decyzje o obniżkach ratingów gospodarek.


Reklama

Kolejnym widmem są skutki poza rynkiem energii. Zatoka Perska odpowiada za około 45 proc. globalnego handlu siarką i 30 proc. handlu amoniakiem, które są kluczowe dla produkcji nawozów. Maroko, największy producent fosforanów na świecie, importuje 75 proc. siarki i 30 proc. amoniaku z regionu Zatoki. Zakłócenie tych dostaw uderza więc jednocześnie w kilka poziomów globalnego łańcucha żywnościowego. Światowy Program Żywnościowy szacuje, że dodatkowe 45 mln ludzi może zostać dotkniętych ostrym głodem.

Równoczesne zakłócenia produkcji helu w Katarze, odpowiadającym za jedną trzecią globalnej podaży, siłą rzeczy zaczną oddziaływać na sektor półprzewodników, w którym hel jest niezbędny w procesach litografii. Jeśli go zabraknie, produkcja półprzewodników załamie się, co może odbić się na 9 z 10 największych firm według kapitalizacji rynkowej, będących firmami technologicznymi. W efekcie konsekwencje oznaczają jednoczesne uderzenie w energię, rolnictwo i przemysł wysokich technologii, a więc faktycznie dotykają wszystkich gałęzi gospodarki.

Rozpad kartelu OPEC?

Na tym tle decyzja Zjednoczonych Emiratów Arabskich o opuszczeniu Organizacji Krajów Eksportujących Ropę Naftową (OPEC) z 1 maja nabiera znaczenia wykraczającego poza rynek energii. ZEA, rozwijające zdolności produkcyjne do poziomu 5 mln baryłek dziennie, przez lata były ograniczane systemem kwot kartelu OPEC, który preferował interesy Arabii Saudyjskiej i Rosji.


Reklama


Reklama

Wojna z Iranem stworzyła jednak warunki polityczne do realizacji ruchu przygotowywanego od dłuższego czasu, dziś uzasadnionego bieżącym kryzysem. Wyjście z kartelu nie jest więc wyłącznie reakcją na obecną sytuację, lecz przygotowaniem do okresu po jej zakończeniu. Cieśnina Ormuz prędzej czy później zostanie odblokowana – na takich lub innych warunkach. Wówczas ZEA będą mogły zwiększyć produkcję bez ograniczeń i zdobywać udziały rynkowe na własnych zasadach.

W rezultacie utrwalony globalny system energetyczny przestaje być jednolity i zaczyna funkcjonować jako układ konkurujących bloków. Dla swobody ich działania nieodzowna pozostaje jednak geopolityka, która jest matką makroekonomii.

Bez kontroli nad „wąskimi gardłami” świata, czyli arteriami handlu międzynarodowego, nie może być mowy o bezpieczeństwie swobody wymiany. Świat nie znajduje się zatem w przejściowym kryzysie, lecz w kolejnej fazie transformacji systemowej, której konsekwencje będą odczuwalne przez następne dekady.


Reklama

Źródło: Zero.pl
Wojciech J. Kittel
Wojciech J. KittelAnalityk think tanku Strategy and Future oraz współpracownik magazynu „Układ Sił”. Zajmuje się strategią oraz analizą zmian na współczesnym polu walki - autor zewnętrzny