Reklama
Kraj

Prawica pobudki i prawica drzemki. Czyli o co chodzi po rozłamie w PiS?

Czy w dusznym upale warszawskiego lata, między nagrzanym betonowym parkingiem, a skwierczącą na ruszcie kiełbasą, można spróbować ludzi… obudzić i poderwać? Tego zadania podjął się wczoraj Mateusz Morawiecki, na pierwszym zjeździe stowarzyszenia Rozwój+. W boju o kształt prawicy przyszłości wybrzmiał tam bowiem wczoraj konflikt prawicy pobudki z prawicą drzemki – pisze dla Zero.pl Jakub Dymek.

Jakub Dymek
Opinia autorstwa: Jakub Dymek
Dzisiaj 12:40
12 min
Dymek o prawicy pobudki i prawicy drzemki. Czyli o co chodzi po rozłamie w PiS? (fot. PAP / PAP)

Zanim jednak powiem, co moim zdaniem ukrywa się za tymi hasłami, powiem kto i po co w piątek na “grilla u Morawieckiego” przyjechał. Wbrew pozorom - różni ludzie i o różnych celach.

Kto i po co był na grillu u Morawieckiego?

Byli “harcerze” i ludzie Morawieckiego, którzy poszli za nim, nawet za cenę wyrzucenia z PiS. Dla nich cel spotkania był oczywisty - zobaczyć się, policzyć, spojrzeć w oczy, poszukać sojuszników. Pokazać, że nie są - historyczne analogie będą pewnie Mateuszowi Morawieckiemu bliskie - jak ukrywająca się po jaskiniach i spotykająca nocami grupka prześladowanych chrześcijan, wyklęta sekta uciekających przed spojrzeniami i rękami siepaczy rzymskiego cesarza (z Nowogrodzkiej). Przeciwnie.

Fakt, że wczoraj na spotkaniu przewinęli się w różnych rolach przedstawiciele związków zawodowych i biznesowi lobbyści, politycy innych ugrupowań, świat organizacji społecznych, ludzie z korporacji i po zagranicznych uczelniach, wielu dziennikarzy i samorządowców, był ich sukcesem.

Gdyby ludzie z biznesu, samorządu czy organizacji społecznych nie wierzyli, że Rozwój ma cokolwiek do zaoferowania, to by tam nie przyszli. Ale byli i sympatycy “PiS-u prezesa” na przeszpiegach czy klubów Gazety Polskiej oraz struktur terenowych, którzy przyszli zmierzyć temperaturę i dyskretnie się rozeznać. Wypada krzyczeć “Mateusz, Mateusz!” czy nie wypada?

Byli po godzinach pracy przedstawiciele pół tuzina prawicowych redakcji, którzy z największą konsekwencją udawali najbardziej wobec wszystkiego obojętnych i zdystansowanych. Wreszcie byli wszyscy ci, którzy po prostu przyszli posłuchać Garriego Kasparowa, gen. Andrzejczaka, Jana Rokity, Marcina Giełzaka, Kacpra Kity, Pauliny Matysiak, Krzysztofa Mazura i samego Mateusza Morawieckiego. I zjeść (pyszną!) kiełbaskę albo pierogi z gęsiną. Czy założycielski cel ściągnięcia ludzi bardziej różnorodnych i o polowe młodszych niż średnia wieku wyborcy PiS się udał? Słowem: tak.

Reklama
Reklama

Czytaj także: Grill Morawieckiego jeszcze się nie skończył. Już zapraszają na kolejny

Jednak ten wymiar jest najbardziej istotny dla samych polityków. Dla nich to przecież - przede wszystkim - spór o personalia: “kto z kim przeciwko komu?”. Dla nas, pozostałych, którzy nie są uwikłani i nie uczestniczą w partyjnej grze ważniejsze jest co innego: o jakie idee i program tu chodzi. Mówiąc górnolotnie, co z tego wynika dla Polski. I czy jeśli obserwujemy tu walkę o kształt polskiej prawicy, to jakie jej wersje tu ze sobą walczą?

Nikt po dobroci nas nie wpuści do gospodarczych potęg

Dziś - tak jak kiedyś wyznaczały go demokracja, wolny rynek i kapitalizm - uniwersalnym językiem polskiej polityki jest rozwój. Jako autor książki “Rewolucja Ambicji”, która stawia tę tezę, mogę się tylko cieszyć, że kolejne wydarzenia pozwalają mi ją wzmocnić i rozwinąć. Każdy chce rozwoju. A większość liczących się w walce o władzę polityków w Polsce dziś chce założyć na czoło czapkę konduktora pociągu dużych prędkości na drodze do CPK albo kapitana naszego transatlantyku wypływającego z Gdyni. Spór nie toczy się więc o to, czy Polska ma się rozwijać i aspirować do wyższych celów - lecz w jakiej orientacji geopolitycznej to robić i na ile powinniśmy przyspieszyć.

Reklama
Reklama

I tu dopiero na prawicy robi się ciekawie po podziale. Wystarczy tylko przyłożyć ucho. Premier Morawiecki zaczyna ostatnio każde wystąpienie od kilku faktów. “W ogóle nie jesteśmy w salonie największych gospodarczych potęg, tylko za progiem i musimy się tam dosłownie wedrzeć, bo nikt po dobroci nas nie wpuści” - mówi. – “Polska jest w G20 tylko pod względem nominalnego PKB, a nie innych miar rozwoju.

Gdzie nasz majątek, współczynnik innowacji, wydatki na badania i rozwój, wyrwanie się z modelu rozwoju zależnego? Nie jesteśmy u celu, przeciwnie dopiero musimy zbudować bardziej zaawansowany przemysł, nie być biorcą cudzych rozwiązań. Do tego trzeba inwestycji, solidnego budżetu, walki z rajami podatkowymi, polskiego kapitału, własnej polityki przemysłowej i migracyjnej oraz świadomego działania w realiach zaostrzającej się konkurencji na protekcjonizm. Słowem, możemy jeszcze sporo osiągnąć, ale nie możemy tego przespać”, dlatego: POBUDKA.

Po drugiej stronie jest jednak prawica drzemki. Sławomir Mentzen, Przemysław Czarnek, a moim zdaniem - choć oczywiście zgromadzeni w stowarzyszeniu Rozwój+ nie mogą tego powiedzieć - prezydent Karol Nawrocki również. Oni na różne sposoby usypiają Polaków. Nic nie trzeba robić, a już na pewno nie płacić podatki, inwestować i prowadzić świadomą politykę przemysłową czy w ogóle jakąś suwerenną politykę.

Reklama
Reklama

Trzeba się wyluzować, rozpalić grill albo usnąć bezpiecznie w ramionach pana prezydenta i niczym się nie martwic. OZE-SROZE, w Unii będziemy albo nie, ważne, żeby nikt niczego od nas nie chciał, do niczego nie zmuszał, nie wzywał do żadnych wyrzeczeń w imię czegokolwiek. Po co płacić podatki albo uszczelniać budżet? Niemcy nam zapłacą reparacje albo mafie VAT-owskie oddadzą miliardy, które schowały pod krzakiem.

Nic złego nie może nas spotkać, bo czuwa nad nami Ameryka. Migranci będą pracować na nas (wersja Czarnka) albo (wersja Mentzena) Ukraińcy po tym, jak się im zabierze socjał 500+ i dostęp do lekarza potroją wysiłki na polskim rynku pracy.

Polityki zagranicznej i własnych zbrojeń tez lepiej nie robić, bo każda złotówka wydana nie w USA może rozgniewać pana prezydenta Trumpa. Także spij Polaku, drzem sobie dalej, dobrobyt zrobi się sam, jak tylko przestaniemy płacić podatki, w szczególności te zielone, a zmuszeni przez Trumpa albo silnymi rękami Karola Nawrockiego gnuśni zachodni Europejczycy zaczną płacić w końcu na nas i za nas.

Reklama
Reklama

Żyjemy w polityce uczućka

Żyjemy w dobie vibes-based-politics. Czyli: polityce uczućka czu wajbu - niech komentatorzy sami powiedzą jak najlepiej to spolszczyć. Emocje, przede wszystkim te odnoszące się do naszej indywidualnej wygody, konsumpcji i psychologicznego komfortu, dominują nad treścią polityki. Jak niemowlaki przyklejone do IPad oglądamy polityczny slop by się “ululać” i otępić. To coś innego niż zagrożenie populizmem czy demagogia. Demagog czy populista też czasami mówi niewygodne prawdy. Polityk czasów wajbu już nie mówi nic poważnego, tylko bawi i uspokaja, łącząc w sobie role figury ojcowskiej, internetowego komika, influencera i terapeuty.

Nieważne, kto ma rozwiązania lepsze albo bardziej spójne. Ważne jest to, dzięki któremu JA - dziś zawsze chodzi o jakieś “ja” - się dobrze czuje. Jak jakiś polityk mówi o wyzwaniach i wysiłku, to JA sie nie czuje dobrze. Ale jak mówi ze jest wesoło, wszystko będzie dobrze i najważniejsza jest dobre samopoczucie, to fajnie.

Przecież wszystko jest winą innych - Ukraińców, Niemców, UE, ETS, ZUS, Zełeńskiego, WHO, TVN i innych - a ja zawsze wszystko robię dobrze. Żadne moje nieszczęście nie jest moją indywidualną winą, bo za każde odpowiada ktoś z listy powyżej. A zatem nie ma niczego, co warto zrobić dla rozwoju Polski czy poprawy własnego losu - poza rytualnym wskazaniem palcem na winnych. To także rezultat “przeterapeutyzowania” świata. I dziś w jeszcze większym niż kiedyś lewice stopniu, model polityki jako terapii przeżera prawice.

Reklama
Reklama

Chcemy od polityków słuchać, że zasłużyliśmy na wszystko, co dobre, i jeszcze trochę. W tym świecie przesiąkniętym językiem terapeutycznym polityka także służy za pewną formę kolektywnej terapii. Mówi nam coraz częściej: "jesteś w porządku, z tobą wszystko jest ok, masz prawo czuć się, kim chcesz, robić co chcesz, konsumować co chcesz, ty wiesz, co jest dla ciebie dobre, zadbaj o siebie". I nikt nie ma prawa od ciebie nic wymagać.

I tu oczywiście jest największe ryzyko projektu premiera Morawieckiego.

Gdzie jest największe ryzyko projektu Morawieckiego?

W ostatnim wieczornym panelu spotkali się na scenie Jan-Maria Rokita, gen. Rajmund Andrzejczak i Mateusz Morawiecki. Wszyscy proponowali różne wymiary pobudki. Rokita mówił, że wyczerpały się dwie dostępne Polsce drogi rozwoju - liberalno-rynkowa i interwencjonistyczna.

A zatem - szczególnie w dobie przewartościowań w polityce międzynarodowej i u schyłku paradygmatu, który pozwolił Polsce się wzbogacić - trzeba nowej idei. Ale zarazem jasnego rozpoznania interesu narodowego - zamiast się dąsać i popadać w histerię, trzeba szanować sojuszników (Ukraina, USA) i liczyć się z wrogością (Rosja).

To umyka - twierdził Rokita - w dobie łatwego podburzania na migrantów, dekadencji wobec Zachodu, relatywizowania rosyjskiego zagrożenia i naszych narodowych interesów. Rokita mówił o nieodzowności Ukrainy w naszej polityce i nie uleganiu nacjonalistycznej emocji w imię większego dobra - co już, zauważyłbym, jest formą pewnego wyrzeczenia czy kompromisu z rzeczywistością.

Reklama
Reklama

Na tę warstwę, czyli narodowej idei, trzeba nałożyć strategię. To mówił z kolei generał Andrzejczak. Poza wolą trzeba mieć jeszcze plan i działać według niego - świadomi ograniczeń. Mamy demografię, jaką mamy; sąsiadów trudnych, wyzwania duże, a ambicje jeszcze większe. Mamy wielkie oczekiwania, ale małą gotowość określania celów.

Czy chcemy zawsze pędzić na oślep?

Do ogarnięcia tego systemowo potrzeba więc strategii i myślenia długofalowego. Jeśli nie ogarniemy naszych różnych wygód i egoizmów w porę, a także rozszarpującej nas polaryzacji, to jednak nawet najlepszy strateg nie pomoże - przekonywał.

Do warstwy idei i strategii, mówił z kolei Morawiecki, trzeba dołożyć zdolny to sfinansować system fiskalny. Słowem zdrowe finanse publiczne i bazę kapitałową pod rozwój. Do tego trzeba również szybkich działań, reform i redukcji deficytu. Możemy snuć różne wizje polskiej potęgi, ale żadna nie będzie kompletna bez zdrowych fundamentów gospodarczych, mówił. Świadom, jak sądzę, lekcji utraty niepodległości wynikającej z miedzy innymi gospodarczego niedorozwoju i zapóźnień w naszej historii.

Nie trzeba wielce się natężyć, żeby wyczytać z tych wystąpień trzy komplementarne warstwy, które jednak składają się na jedną i spójną wiadomość - trzeba się obudzić. Czasy nie będą łatwiejsze. Tyle tylko, że to jest dokładnie przeciwny komunikat do tego, jaki gotowa jest przyjąć dziś polska klasa średnia - a uważa się za nią 76% Polaków - i wczorajsi beneficjenci polityki gospodarczej PiS.

Reklama
Reklama

Oni uzyskali poziom konsumpcji, zadowolenia z życia, bezpieczeństwa majątkowego - ale i tanich świadczonych przez migrantów usług oraz wygód internetowych zakupów i życia na kredyt - ze nie chcą słuchać o tym, że coś ma się w Polsce zmienić. Chcą się dobrze bawić, mieć ciastko (tanie usługi, towary i wygody) i zjeść ciastko (pozbyć się imigrantów, zerwać z tania praca, a przy tym podnosić płace Polakom, obniżać podatki i nie podnosić wieku emerytalnego). brać środki z UE i zerwać z polityką UE zarazem. Chcą bezpiecznej Polski, ale nie szkoleń wojskowych i pomocy Ukrainie. I tak dalej. I jeszcze polityka, który im to wszystko obieca.

Rokita, Andrzejczak i Morawiecki zgodzili się, że polityka potrzebuje dziś w Polsce więcej powagi. Pewnie i zgodziłby się z tym niejeden komentujący. Mateusz Morawiecki ma “wajb” kujona. Jego najsłabszą stroną są infantylne i zaczepne formuły, do których zmusza internet i tiktok.

Dobrze czuje się w świecie liczb i systemowych zależności, gorzej idzie mu opowiadanie kołysanek i żartów. Ma - co akurat dziennikarze wiedzą - wielką erudycję historyczną, którą musi raczej ukrywać ze względów kampanii niż z niej korzystać. Nie jest za to urodzonym komikiem, nie jest figurą ojcowsko-bratersk, nie jest tez hipnotyzerem z głębin algorytmu. Dlatego może z prawicą drzemki przegrać - bo Polacy wcale niekoniecznie chcą się obudzić.

Reklama
Reklama

 

Źródło: Zero.pl
Jakub Dymek
Jakub DymekPublicysta, współautor podcastu „Dwie Lewe Ręce” i autor książki „Rewolucja Ambicji”. Prowadzi cykl programów w Kanale Zero