– Oczywiście, że użyłem sztucznej inteligencji – odpowiedział Stanley Druckenmiller, amerykański miliarder, kiedy wyszło na jaw, że tekst opublikowany pod jego nazwiskiem na łamach „Wall Street Journal” został w całości napisany przez AI. Sprawa nie byłaby funta kłaków warta, gdyby nie niezachwiane dobre samopoczucie Druckenmillera. Bogacz uznał, że nie musi wyrażać jakiegokolwiek zakłopotania. Albo, co gorsza, podejmować prób wytłumaczenia się z wpadki.
Przeciwnie. Druckenmiller uznał rzecz za najzupełniej naturalną, by nie rzec – oczywistą. Skoro korzysta z kalkulatora przy zawiłych obliczeniach, dlaczego miałby nie korzystać ze sztucznej inteligencji? Dla niego różnica między jedną a drugą czynnością właściwie nie istnieje. Owa paralela, między „światem liczb” a „światem liter”, wydaje się równie intrygująca. Nosi znamiona świata, do którego kroczymy wielkimi krokami.
Póki co, delegujemy maszynom „liczenie” oraz „pisanie”. Wszystko jednak wskazuje na to, że w niedalekiej przyszłości spełnią się projekcje rodem z literatury science-fiction. Gatunek „homo sapiens” stanie się niemym uczestnikiem osobliwych wymian między obiektami, które filozofowie nazywają „spektralnymi”, czyli nierzeczywistymi duchami. Maszyny wejdą w interakcję z innymi maszynami w imieniu ludzi, którym zabraknie siły, czasu oraz chęci na pisanie.
Trud zebrania myśli, dogonienia literkami refleksji, spoistości intencji z rzeczywistym efektem, stanie się reliktem przeszłości. Nie będę tutaj sławił dobrodziejstw pisania, owego procesu ustrukturyzowania zamierzeń – nie każdy musi umieć się z nim zmierzyć. Nie ulega jednak wątpliwości, że jesteśmy w przededniu przeobrażeń fundamentalnych. Do natury zmian jeszcze wrócimy.
Można by od biedy uznać, że „wirtuoz” współczesnej finansjery nie musi trudzić się skleceniem dobrze brzmiącego tekstu. Zastanawiające przy „aferze Druckenmillera” było stanowisko prestiżowego żurnala. Redakcja „Wall Street Journal” nie dopatrzyła się naruszenia zasad etyki dziennikarskiej. AI, jak określono, jest przecież „faktem współczesnego życia”.
I być może właśnie w tym zdaniu kryje się coś więcej niż tylko redakcyjne – nieudolne, nawiasem mówiąc – usprawiedliwienie. Bo oto sztuczna inteligencja przestaje być narzędziem, z którego człowiek korzysta. Powoli staje się częścią samego procesu myślenia, pisania i tworzenia. Paradoksalnie autor pozostaje pod tekstem, ale autorstwo zaczyna się rozpływać.
To może być zaledwie drobny incydent z życia amerykańskiego miliardera. A może przeciwnie – mały, niemal niezauważalny przedsmak świata, który właśnie nadchodzi. Świata, w którym coraz trudniej będzie określić, kto właściwie mówi, kiedy przemawia człowiek?
„Cywiński jest absolutnie zakochany w sobie”. Komentarze po ustaleniach Zero.pl
Co dziesiąta strona internetowa nosi ślady AI
Według analizy Pew Research Center, przeprowadzonej na próbie blisko pół miliona stron internetowych z wykorzystaniem narzędzia wykrywającego ślady tekstów generowanych przez sztuczną inteligencję OpenPangram, już 10 proc. stron przebadanych w lipcu tego roku nosi wyraźne znamiona użycia AI. Liczba ta rośnie jednak drastycznie, gdy spojrzeć wyłącznie na treści opublikowane po premierze ChatGPT w listopadzie 2022 r. W tej grupie ślady sztucznej inteligencji odnaleziono już na 35 proc. stron www.
Nie jest to zjawisko rozłożone równomiernie. Najsilniej dotyka komercyjnej części internetu. Wśród stron działających w domenie .com około 10 proc. treści powstaje dziś w całości lub częściowo przy pomocy sztucznej inteligencji. Nieco rzadziej AI redaguje domeny .org, gdzie odsetek takich materiałów wynosi 4,6 proc. Jeszcze bardziej odporne pozostają strony instytucji edukacyjnych i administracji publicznej – odpowiednio w domenach .edu i .gov udział treści noszących znamiona generowania przez AI oscyluje wokół 1 proc.
Internet, który jeszcze niedawno był przede wszystkim zapisem ludzkiej aktywności, coraz częściej staje się więc zapisem pracy maszyn. Nie chodzi już tylko o pojedyncze teksty napisane przez algorytmy. Sztuczna inteligencja powoli wsiąka w samą tkankę sieci, w jej język, rytm, sposób produkowania informacji. I być może właśnie dlatego granica między tekstem napisanym przez człowieka a tekstem napisanym przez maszynę zaczyna mieć coraz mniejsze znaczenie. Ważniejsze staje się pytanie, jak szybko internet, który stworzyliśmy do komunikowania się między ludźmi, stanie się miejscem, w którym maszyny będą pisały przede wszystkim dla… innych maszyn.
W ofercie księgarskiej witryny Amazon już co piąta powieść zawiera ponad 25 proc. materiału „literacko-podobnego” napisanego przy użyciu sztucznej inteligencji. W mediach społecznościowych teksty stworzone przez AI pojawiają się coraz częściej – i cieszą się zaskakującą popularnością. Czytelnikowi coraz trudniej odróżnić je od tekstów napisanych przez umysł i rękę człowieka. A w przyszłości będzie jeszcze trudniej.
Słowa, podpisy i zerwany pakt antysprzętowy. Wyborczy Kraków dał lekcję demokracji
Pisanie jest ryzykiem. Sztuczna inteligencja je usuwa
Nie doceniamy skali zjawiska. Czytamy przecież teksty, których autorów nie znamy i których istnienia nawet nie podejrzewamy. Trochę przypomina to chirurgię estetyczną: o jej rozpowszechnieniu możemy sądzić przede wszystkim po nieudanych operacjach. Udany zabieg pozostaje niewidoczny. Tak samo jest z tekstem napisanym przez maszynę. Jeśli algorytm wykonał swoją pracę dostatecznie dobrze, nie pozostawia po sobie śladu, żadnych „ran” ani „stygmatów” żywego i cierpiącego organizmu. A przecież świat bez ludzkich ułomności, staje się bezduszny i niebezpiecznie wyjałowiony.
Przez kilka tysięcy lat cywilizacja Zachodu budowała swoją pamięć, wiedzę i wyobraźnię na piśmie. Czytaliśmy słowa ludzi, którzy już dawno umarli, a mimo to poniekąd pozostawali z nami – w swoich książkach. Nawiasem mówiąc, antyczni Grecy uważali, że nieśmiertelność można sobie zagwarantować na dwa sposoby: nieprzeciętnym czynem orężnym oraz właśnie, nieprzeciętnym dziełem.
Lektura była szczególnym rodzajem spotkania: człowiek otwierał książkę i nawiązywał rozmowę z drugim człowiekiem, choć dzieliły ich stulecia oraz linia demarkacyjna „istnienia” i „wiekuistej ciszy”. Jeśli jednak coraz większa część tego, co czytamy, nie będzie miała ludzkiego autora, zmieni się nie tylko sposób pisania. Zmieni się sama natura lektury. Być może stoimy właśnie na progu końca cywilizacji opartej na piśmie. Nie dlatego, że przestaniemy pisać i czytać, lecz dlatego, że coraz trudniej będzie wiedzieć, kto właściwie do nas mówi.
Nie chodzi o to, że maszyna nauczyła się pisać. Chodzi o to, że możemy przestać wiedzieć, czytając, z kim rozmawiamy.
Kartezjusz pisał, że „czytanie wszystkich dobrych książek jest jak rozmowa z najszlachetniejszymi ludźmi minionych wieków”. Przez stulecia właśnie na tym polegała niezwykłość pisma: człowiek mógł usiąść naprzeciwko kogoś, kto dawno obrócił się w proch i mimo przepaści czasu i „nieistnienia”, w magiczny sposób usłyszeć jego głos.
Przypomina się urzekająca anegdota. Po premierze filmu „Asterix i Kleopatra” dziennikarz zapytał dziesięciolatkę czy film spełnił jej wyobrażenia. Dziewczynka z rozbrajającą szczerością odpowiedziała: – Film nie do końca mi się podobał, bo w komiksie są zupełnie inne głosy bohaterów…
Nasuwa się jeszcze inna analogia, tym razem związana z zanikiem niebezpieczeństwa. Pisanie jest bowiem podejmowaniem ryzyka. Wejściem w domenę niepewności. Któż się nie zmierzył z dyskomfortem „migającego kursora” i „białej kartki”? Pisanie ma sens, o ile zrywa wygodę ciszy.
Pisanie jest skokiem na główkę do niepewnej wody, gdzie trudno się poruszać o własnych siłach bez stylistycznej chropowatości i bez możliwości popełniania błędu.
Olivier de Kersauson: technologia zmienia człowieka
Współczesna technologia przeobraża nie tylko nasze codzienne nawyki. Tworzy nas na nowo. Zwraca na to uwagę jeden z największych współczesnych żeglarzy, Olivier de Kersauson. W książce „Ocean’s Songs” de Kersauson twierdzi, że współczesna technologia stworzyła inny model żeglarza, właściwie nowy gatunek człowieka. Ten odnowiony „homo sapiens” nie płynie już ani po chwałę, ani po to, aby wypróbować swą ludzką kondycję w konfrontacji z groźną przyrodą.
Gdy znika niebezpieczeństwo, przestrzega Kersauson, horyzont myśli, stosunki międzyludzkie, postrzeganie świata – fundament człowieczeństwa ulega przeobrażeniu.
„Gdy płynąłem po raz pierwszy dookoła świata na Pen Duick, nie miałem nic – pisze na de Kersauson – tylko dobrze wykonaną łódź i wartościową załogę. Wyprawa dookoła świata na pokładzie Kritera i znowu nic. Tylko sekstans, tak jak pływało się przed stu laty. Gdy pływałem w pojedynkę nie było GPS-u. Żagle wykonane były z dacronu, a maszty z aluminium. Świat rzeczy prostych. Bez komputera. Tylko wiatromierz. Bez komfortu i bezpieczeństwa. Wtedy nie było wyprawy bez śmiertelnego wypadku na morzu. Nie było żadnych możliwości, aby wezwać pomoc. To były trudne czasy, to był ten okres, w którym marynarz miał jedną obsesję. To był czas, który ukształtował w marynarzach mojej generacji jedno wymaganie: człowiek ma obowiązek przyprowadzić statek do portu. Dziś obserwujemy wielki przewrót moralny w środowisku żeglarzy, dziś to nie wina marynarza, tylko «nie wiadomo czyja», gdy statek utonie. Dobrzy piloci nie powinni schodzić z trasy. Bo pilotować to znaczy przyprowadzić statek do portu. A dziś obowiązują na morzu trzy zasady: płynąć jak szybko się da-zrobić trasę-wygrać”.
Kersauson opisał jak na jego oczach odchodzą w niepamięć czasy heroicznej walki na oceanie. W kokonie technologicznych nowinek nie ma miejsca na tytaniczne dokonania, na herosów ulepionych z innej gliny, nastał czas robotycznych, bezdusznych karierowiczów. Nie „walczy się” już z morzem. Dziś – „robi się trasę”.
Kiedyś kładło się na szali „własną skórę”, aby wypowiedzieć kilka słów we własnym, niepodrabialnym stylu. Dziś – „robi się prompta”…
Może zainteresuje Cię także:


