Reklama
Reklama
Reklama

Tam, gdzie śpiewają cykady, a morze pamięta Odyseusza. Opowieść z Rodos

TYLKO NA

Na Rodos najpierw usłyszeliśmy cykady, a dopiero potem zobaczyliśmy Grecję. Ich niewidzialny koncert towarzyszył nam między lotniskiem, oliwnymi gajami i brzegiem Morza Egejskiego. Szukając ukrytych owadów, trafiliśmy na ślady dawnego świata: Homera, Odyseusza, bogów Olimpu i pytania o to, czym jest dom, powrót oraz prawdziwe doświadczenie podróży.

cykady_grecja-jedynka-desktop_1024
(fot. Shutterstock)
  • Na Rodos niewidzialny śpiew cykad prowadzi do świata Homera, Odyseusza i dawnych Greków.
  • Podróż przez grecką wyspę staje się opowieścią o słońcu, morzu, pamięci i poszukiwaniu autentycznego doświadczenia.
  • Śladami cykad i „Odysei” autor odkrywa, dlaczego dla Greków dom, morze i powrót były fundamentem ludzkiej tożsamości.

Zaczęło się od cykad. W ich przeciągłym, śpiewającym zawodzeniu wpadliśmy w kosmiczną zasadzkę, gdy tylko zeszliśmy na płytę lotniska Diagorasa na greckiej wyspie Rodos. Wwierciły nam się w mózgi jeszcze zanim poczuliśmy bryzę ciągnącą znad Morza Egejskiego. Śpiew ten tym bardziej tumanił i plątał myśli, że owady pozostawały ukryte. Cykady obezwładniały, krępowały, osaczały nas. Szybko bowiem zrozumieliśmy paradoks: cykady z Rodos więziły nas na wolności.

Rozpaczliwie się za nimi rozglądaliśmy, to na roztrzaskane przez piekące słońce owoce granatu wiszące na drzewach, to na postrzępione konary drzew oliwnych. Cykady pozostawały sekretnie ukryte, a jednak muzycznie warowały przy uszach, uporczywie przypominając o swoim owadzim istnieniu – tssy-tssy-tssy…

Pozostawały w przestrzeni domysłów: były i jednocześnie ich nie było. Zagłuszały ryk silników samolotów pasażerskich, przykrywały szum fal, kazały myślom zawracać z odległych dywagacji, towarzyszyły wszelkim rozmowom i spacerom.

Reklama
Reklama

Pragnąłem je w końcu zobaczyć z bliska. Na marne. Otworzyłem więc atlas owadów. Doczytałem, że w ich tymbalach, małych, chitynowych membranach przypominających bębenki, są zapasy energii niemal atomowej siły. Cykady, wzorem na przykład świerszczy, nie pocierają skrzydłami, lecz aby śpiewać napinają i rozluźniają pokaźny odwłok.

Cykady są prawdziwymi panami Rodos.

Wpływowe małżeństwo polityków KO pomagało Dawidowi Kacprzykowi

Imperium słońca, które każe zwolnić

Dostępu do cykad broniło w Grecji słońce. To kolejny niepozorny, zasługujący jedynie na miano migawki, element dawnej krainy bogów Olimpu. Poprzez słońce Grecja jest domeną ciągłego zaślepienia. Nie tylko parzy wypaloną przez wulkany ziemię, nie tylko doprowadza jej mieszkańców do stanu delikatnego i permanentnego otępienia – spójrzcie na spowolnione ruchy kelnerów, na siedzących przed tawernami graczy w domino, na leniwie rozciągające się na chodnikach koty – lecz równie intensywnie wypala źrenice, rozmywa kształty, poniekąd odbiera przedmiotom ich istnienie. Kolejna sprzeczność: cykady ukrywały się właśnie w promieniach słońca.

Ileż razy przystawaliśmy przy palmach, granatowcach i bananowcach, w poszukiwaniu cykad? Synkowi wydawało się, że są tuż-tuż, że przecież śpiewały tak głośno, że rozsadzały nam bębenki – a ich nie było. Cykady wymykały się naszym oczom. Kamuflowały się bowiem podwójnie. Z jednej strony, zlewając się kolorystycznie z korami drzew. Z drugiej – w przymierzu z oślepiającym słońcem.

Reklama
Reklama

Grecja to rzeczywiste imperium słońca. A Rodos to kraina nieustannie przymrużonych oczu i ciemnych okularów. Pamiętajmy, że podróżuje się, aby w końcu po cichu coś istotnego dostrzec. Jedyną zaś rzeczą, którą zdobywa się dzięki odwadze, jest powolność. Czasy, w których przyszło nam żyć, dyktują inne tempo, inny rytm, inny wokabularz, gdzie niepodzielnie rządzą takie sformułowania jak: „zaliczyć”, „odhaczyć”, „przejechać się”…Grecja uczy, jak zwalniać i dzięki temu – zacząć dostrzegać.

Według Deana MacCannella współczesny turysta poszukuje doświadczeń autentycznych, wierząc, że prawdziwe życie lokalnej społeczności ukrywa się „za kulisami”. Przemysł turystyczny odpowiada na to pragnienie, tworząc jednak pozory dostępu do autentyczności. Turysta zostaje dopuszczony do przestrzeni, która sprawia wrażenie „prawdziwego zaplecza”, lecz w rzeczywistości została przygotowana specjalnie dla odwiedzających. W tym kontekście MacCannell ukuł pojęcie „inscenizowanego autentyzmu”.

Greckie hotele malowane na biało, z niebieskimi elementami, przypominające tradycyjne, górskie osady; organizowane wieczorki taneczne z sartiki; sprzedawane na każdym rogu podkoszulki z podobiznami Sokratesa… To wszystko ma nam „przybliżyć” autentyzm turystycznego doświadczenia. Abyśmy po powrocie mogli z dumą podkreślić, że „liznęło” się co nieco prawdziwego ducha Zorby.

Reklama
Reklama

Ale wróćmy do wcześniejszych poszukiwań.

Nie znajdując ich w przyrodzie, poszukałem cykad na tysiącach heksametrów Homera. Znalazłem niewiele, właściwie jeden jedyny wers – w „Iliadzie”. O mędrcach, którym czas odebrał siły do walki u boku innych hoplitów i którzy niczym cykady mogą jedynie siedzieć na „drzewach leśnych” i wydawać „głos dźwięczny”. Poecie chodziło o to, że starszyzna, nie mogąc już walczyć, pozostaje: dzielenie się swoją mądrością z młodymi, zagrzewanie do boju, doradzanie i wychowywanie. Śpiewanie od, niczym cykady, na rzecz ukochanej Hellady, zachęcanie do męstwa, a także do heroicznej miłości do ojczyzny.

W tym kontekście Grecy używali pojęcia areté, czyli poświęcenia na rzecz wspólnoty. Grecki poeta Tyrtajos nazywa areté najwspanialszą i najpiękniejszą nagrodą: „kiedy mąż wytrwa w pierwszym szeregu walczących i całkowicie zapomni o haniebnej ucieczce”.

W lirycznej wizji cykady okazują się koryfeuszami całej Hellady, przewodniczkami tłumów, inspiratorkami dla nieokrzesanych i jeszcze nieuformowanych młodych ludzi…

Mecenas rodziny i polityczny cyngiel. „Tusk jest uzależniony od Giertycha”

Morze jako ojczyzna Greków

Do Grecji nie powinno się latać, do Grecji powinno się płynąć. Zwrócił na to uwagę Zbigniew Herbert w „Labiryncie nad morzem”. Grecja powinna się leniwie wyłaniać, „nad horyzontem zamglonym i słabo widocznym”. Z perspektywy morza Grecja jest kawałkiem skały „unoszącej się w powietrzu za sprawą mgły”. Dla najemników Ksenofonta błąkających przez wiele miesięcy po rozległych ziemiach Persów, widok morza oznaczał ocalenie – paradoksalny powrót na łono karmiącej matki. Pobieżny rzut oka na mapę uzmysławia, że dawna Grecja to nie był ląd, lecz rozlewisko rozciągnięte od Sycylii, aż po wybrzeża dzisiejszej Turcji.

Reklama
Reklama

Kolejna osobliwość: ziemią ojczystą dla Greka jest morze.

Wypłynięcie na morze nie było nigdy dla mieszkańców Rodos ucieczką – wręcz przeciwnie, oznaczało poddanie się dyscyplinie i ograniczeniom. Decyzja, by dosiąść fal, była aktem zdobywania, a każda prawdziwa konkwista zaczynała się od wyruszenia w drogę. To była dla mykeńskich Greków również pokusa bezkresu. Morze było zawsze sercem greckiego świata. Pragnąć przemierzać oceany to było zmierzeniem się z barwami absolutu. Grecy szybko pojęli, iż morze sprowadza ludzkie potrzeby do tego, co naprawdę niezbędne, czyniąc z człowieka istotę ascetyczną, pierwotną, a nawet – czystą.

W Lindos, antycznym mieście w środkowej części Rodos, morze wspina się na wzgórze. Nie w postaci fal, lecz jako kamienny okręt, którego dziób wyrasta ze skały niczym skamieniała fala. Dla Greków statek, najprawdopodobniej trójrzędowiec (triera lub większy okręt typu trihemiolia), nie był jedynie środkiem transportu. Był przedłużeniem polis, znakiem jej potęgi i narzędziem spotkania z nieznanym.

Historyczne losy Grecji nierozerwalnie łączą się przecież z morzem, a właściwie – z morzem podwójnym, które oddziela i jednocześnie łączy Europę, Azję i Afrykę. Morze Śródziemne i Morze Czarne są właściwie, według badaczy, częścią jednego wielkiego systemu morskiego, gdzie zarówno handlowano, jak i walczono o strategiczne przyczółki, takie jak Kreta, Cypr albo właśnie Rodos.

Reklama
Reklama

Rozsypana po wielu wodach Grecja stała się nie tylko łakomym kąskiem, lecz także emanacją rozdarcia, które trwa do dziś – Wschodu i Zachodu. „Zderzenia” cywilizacji muzułmańskiej i chrześcijańskiej. Rozmyślania przerwały znów cykady przypominające o celu naszej podróży.

Cykady w cieniu Homera

Cykady, słońce i morze – w tej triadzie zawierał się znaczący kęs naszej rodzinnej podróży. Triada ta co rusz wzniecała w nas błysk jakiegoś osobliwego podniecenia. Na plaży czytałem synkowi o morskich przygodach Odyseusza, o jego najbliższej sojuszniczce Atenie, o cyklopach i syrenich śpiewach. Wysoce uproszczony przekład Antoniego Libery powodował, że historia ta stawała się nam wszystkim bliska. Na domiar, z perspektywy dziecka w ujmujący sposób – konkretna. Do tego stopnia, że gdy fale podmywały mozolnie budowany zamek z piasku, synek krzyczał i wygrażał piąstką egejskiemu akwenowi:

– Przesadziłeś, Posejdonie!

Sześciolatek zachłannie słuchał i kazał sobie wszystko tłumaczyć.

– A co to jest „różanopalca Jutrzenka”? – z zainteresowaniem dopytywał maluch.

Epitety stałe u Homera mają bardzo prozaiczne funkcje, przybliżałem najprościej jak potrafiłem. Jutrzenka w „Iliadzie” i „Odysei” jest oddechem i pełni funkcję podobną do współczesnego filmowego przejścia między scenami. To jeden z podstawowych znaczników rytmu opowieści. Tego jednak nie powiedziałem.

Reklama
Reklama

– Popatrz na rozczapierzone palce, przypominają promienie słońca, które rano rozświetlają całą ziemię. Palce jutrzenki mają różowe, czerwone, pomarańczowe odcienie. Takie widzimy, jak kończy się noc i zaczyna dzień… – ciągnąłem najlepiej jak potrafiłem.

Opowiadałem maluchowi dalej to, co dla naszej kultury okazało się konstytutywne. O kośćcach, bez których rozpada się ludzka dusza. O szaleństwie wojen i szaleństwie powrotów. O powinnościach rycerskich i powinnościach prywatnego królestwa. Brodziliśmy w coraz to gęstszej pomroce homerowych zagadek. Czemu Odyseusz, mając do wyboru szczęśliwe życie u boku najpiękniejszej z bogiń Kalipso, odrzuca miłość oraz nieśmiertelności i wybiera powrót do Itaki? Tam przecież czekała na niego podstarzała Penelopa (dziesięć lat wojny, dziesięć lat tułaczki…), zastępy zalotników, krwawa łaźnia, niezrozumienie i kolejny upadek…

Nie sposób wszystkiego zrozumieć i objąć. Ale kunszt opisów, baśniowy polot, rytm heksametru okazały się dla synka historią pochłaniającą. Wieczorami siadał mi na kolanach i kazał po raz kolejny czytać wybrane epizody „Odysei”. Omijałem fragmenty trudne, jak przejście przez Hades, skupiałem się na krótkich historyjkach. Jestem tego samego zdania co Sylvain Tesson, że „Odyseję” powinno się czytać na głos. Nawet pod nosem, po cichu. Z takim zamiarem zresztą eposy pisano:

Reklama
Reklama

„Odyseusza nie było. Siedział, jak większość czasu,

Na brzegu morza i szlochał albo wpatrywał się w dal,

Próbując rozpaczliwie przekroczyć wzrokiem horyzont”.  

Homer od pierwszych wersów ujmuje czytelnika za rękę i bez zbędnych wstępów wprowadza go w sam środek opowieści. Narrację prowadzi z niezwykłą powściągliwością: odsłania jedynie tyle, ile w danej chwili uzna za konieczne, raz zawiesza tok wydarzeń, innym razem powraca do nich z nową perspektywą. Wielowątkowość, misternie splatające się epizody, świadome zaburzenie chronologii oraz swobodne operowanie czasem sprawiają, że homerowskie eposy zaskakują nowoczesnością swojej kompozycji i do dziś pozostają zadziwiająco bliskie współczesnej wrażliwości narracyjnej.

W świecie Homera, tłumaczyłem malcowi, Grek płacze właściwie tylko z dwóch powodów: kiedy traci przyjaciela albo kiedy zostaje rozdzielony z własnym domem.

W tym sensie „Iliada” jest opowieścią o następstwach jednej wielkiej straty – o gniewie i bólu Achillesa, którego łzy po śmierci Patroklosa stają się początkiem ciągu wydarzeń prowadzących ku katastrofie. Ku hybris, ku niepohamowanemu pędowi ku zagładzie. U Homera hybris nosi miano „wściekłej suki”. Wojna trojańska ma wymiar kosmiczny: pogrąża i przemiela wszelkie istnienie. Cierpią w niej ludzie i zwierzęta, a rzeka Skamander spływa krwią. W „Iliadzie” okrucieństwem ludzi zdegustowani są nawet sami władcy Olimpu.

Reklama
Reklama

„Odyseja” natomiast jest poematem tęsknoty: śledzimy w niej łzy Odyseusza, który nie cierpi z powodu braku sławy czy bogactwa, lecz z powodu oddalenia od rodzimego krajobrazu, od ładu własnego królestwa i od bliskości tych, z którymi dzielił życie. Szlocha nad swoim losem, bo wie, że droga do Itaki będzie długa, trudna i naznaczona cierpieniem, a w domu czeka powtórzenie achillesowej hybris

„Iliada” spływa krwią, a „Odyseja” – łzami.

Odyseusz nie wraca do Itaki wyłącznie po to, by odzyskać tron. Powraca, aby przywrócić porządek – wypędzić tych, którzy wtargnęli do jego domu, i ponownie objąć pieczę nad przestrzenią, za którą ponosi odpowiedzialność. Homerowa geografia świata nie jest więc jedynie mapą miejsc, lecz układem najgłębszych ludzkich więzi. Zamknięta jest w symbolicznej architekturze tryptyku: ojczyzna – dom – królestwo. To wyspa, z której człowiek wyrasta; pałac, w którym skupia się jego obecność; oraz ziemia, którą musi chronić i której nadaje sens.

Dla Greka homerowego tożsamość nie istnieje w oderwaniu od miejsca. Człowiek nie może w pełni spojrzeć na własne odbicie z dumą, jeśli nie wie, skąd pochodzi, do jakiego domu należy i jakiej granicy ma strzec przed tymi, którzy przybywają z zewnątrz. Powrót do siebie oznacza więc nie tylko odzyskanie przestrzeni, lecz także odzyskanie własnego imienia, pamięci i porządku świata.

Reklama
Reklama

Kończyłem długi wywód, gdy zauważyłem, że synek z zamkniętymi oczami unosił się wśród fal Morza Egejskiego. Miałem nadzieję, że nie zobaczy ludożerczych Cyklopów, lecz śnić będzie o sowiookiej Atenie aż do wiecznie powracającej różanopalcej Jutrzenki, która „dźwiga się z łoża pięknego Tytona i światło nieci dla ludzi i światło nieci dla bogów”.

Ismael

Miał na imię Ismael. Mógł mieć dwadzieścia, góra dwadzieścia pięć lat. Pracował w hotelu jako animator – organizował warsztaty, zajęcia sportowe, tańce i wieczorki tematyczne dla dzieci oraz dorosłych. Podejrzewałem, że jest hiszpańskim Gitano. Rodos dla takiego wędrowca było chwilowym przystankiem. Historia Romów rzeczywiście naznaczona jest mobilnością: czasem przemieszczali się za chlebem, czasem uciekali przed prześladowaniami, czasem podążali za własnym rytmem życia.

Ismaela obserwowałem zachłannym okiem. Był kimś w rodzaju apostoła dobroci i radości serca. Jedni widzieliby w nim wyrośnięte dziecko albo blagiera bez umiaru. Ismael przybijał wszystkim piątki, dowcipkował, wskakiwał w ubraniach do basenu. Miał nieprzebrane złoża witalności. Zawsze obecny, a jednocześnie zawsze uciekający i nienasycony. Należał do ludzi wiecznych biegunów. Nie potrafił usiedzieć w miejscu. W jednej chwili tłumaczył mi swoją krętą drogę z Ibizy na Rodos, w drugiej – odchodził i zaczepiał Polaków o niedawno zakończone mistrzostwa świata w piłce nożnej.

Reklama
Reklama

– Nie dostaliście się na turniej, a my go wygraliśmy. Będę za was płakał… Nie, żartuję. ¡España es campeona! – bawił się Ismael.

Dzieci go kochały. Chodził otoczony wianuszkiem międzynarodowej sfory pięcio-, sześcio- i dziesięciolatków. Mój chłopak chodził za nim krok w krok. W wybuchowym nastroju Ismael obdarowywał dzieci piosenkami i tańcem.

Z czasem zauważyłem, jak na Ismaela krzywo patrzyli inni animatorzy ośrodka. Byłem świadkiem kilku spięć między Ismaelem a Giorgosem, który był kimś w rodzaju głowy hotelowego zespołu. Ganił Ismaela, że wykracza poza swoją profesjonalną rolę. Zamiast kończyć grę w piłkę o ustalonej godzinie, przedłużał mecze, niewybrednymi okrzykami zagrzewał do walki tatusiów z brzuszkami, zabierał nas na piwo do knajpy obok hotelu.

Trudno było za Ismaelem nadążyć – za jego trapezową logiką myśli, za potokiem wyrzucanych słów. Był emanacją radości, witalizmu, szczęścia chwili. Im wyżej szybował w przestrzeni marzeń, im częściej szarżował, tym silniej przeczuwałem, że może się to źle skończyć.

Przed naszym wylotem Ismael szalał. Tańczył, bawił się w DJ-a, puszczał hiszpańskie rytmy… Jak zwykle najbardziej zachwycone były dzieci. Ismael stał się arką przymierza między światem dorosłych i dziecięcą spontanicznością. Z boku obserwowali go inni – Giorgos i cały zespół. Miałem wrażenie – być może dlatego, że następnego dnia miałem wracać do Polski – że przygoda Ismaela właśnie się kończy. Jakby zapadł na niego jakiś niewidzialny wyrok.

Ostatniego wieczoru Ismael podszedł do mnie.

Reklama
Reklama

– Chciałeś je zobaczyć, pokażę ci jedną – powiedział enigmatycznie.

W ostatnich promieniach słońca pokazał mi na pniu drzewa oliwnego cykadę. A jednak – cały czas tu były! Wystarczyło się dokładnie przyjrzeć. Wyglądała osobliwie, chropowato; w greckim świetle wydawała się niemal pozbawiona barw. Była czarno-biała z kilkoma brązowymi elementami. Na jej odwłoku dostrzegłem wzór przypominający trupią czaszkę.

– A teraz idziemy tańczyć! – zapraszał filuternie Ismael.

Było jednak zbyt późno. To był już koniec. Jutro czekało nas wczesne spotkanie z różanopalcą Jutrzenką…

Źródło: Zero.pl
Marcin Darmas
Marcin DarmasDziennikarz
Tagi: Grecja
Reklama
Reklama