- Rządowy program Ceny Paliw Niżej obejmował obniżkę akcyzy o 28-29 gr na litrze oraz zmniejszenie VAT z 23 do 8 proc., żeby opanować niepohamowany wzrost cen paliw.
- Przez jakiś czas mieliśmy najtańsze paliwo w Unii Europejskiej. Kierowcy szybko się przyzwyczaili.
- Pora wrócić do rzeczywistości – droższe paliwo znowu skłoni pewną grupę użytkowników samochodów do przejścia na elektryczność.
Gdy wybuchła kolejna w moim życiu wojna na Bliskim Wschodzie, obserwowałem tylko, jak z dnia na dzień ceny paliw szybują w górę – podobnie jak to miało miejsce przy rosyjskiej inwazji na Ukrainę cztery lata temu.
Udało mi się nawet przypadkiem, na dzień przed ogłoszeniem programu CPN, zatankować auto do pełna za 8,57 zł za litr. Było to o równe 2 zł na litrze drożej niż jeszcze dwa tygodnie wcześniej, więc trudno się dziwić, że rząd musiał coś zrobić. I zrobił, i to nawet całkiem dużo: wprowadził minimalną akcyzę jaką dopuszcza Unia Europejska, niższą o 29 gr wobec poprzednio stosowanej, a także obniżył VAT z 23 na 8 proc. oraz dorzucił trochę kontrowersyjne rozwiązanie w postaci cen maksymalnych, ustalanych codziennie przez ministerstwo. Zadziałało i ceny paliw istotnie spadły, trzeba pochwalić tu rząd za szybką reakcję.
Maksymalne ceny paliw. Węgrzy próbowali i polegli. My skończymy tak samo
Dobrze, ale już wystarczy
Podobno wojna USA z Iranem się kończy, co dzień słyszę o jakichś rozmowach pokojowych i porozumieniach w sprawie rozbrojenia. Cieśnina Ormuz ma zostać odblokowana dla wszystkich statków. Cena ropy spada do poziomu z początku marca, obecnie to jakieś 83 dolary za baryłkę Brent (amerykańska West Texas Intermediate jest jeszcze tańsza).
Skoro wracamy do względnej normalności, to pora też i na zakończenie programu CPN – trudno o lepszy moment. Opozycja na pewno wykorzysta to jako sposób na zaatakowanie rządu czymś w rodzaju „Tusk podnosi ceny paliw na wakacje”, ale kto by się tym przejmował?
Najważniejsze pytanie: o ile paliwo faktycznie podrożeje?
Od jutra – zapewne o ok. 30 groszy na litrze, ale pod koniec miesiąca po wycofaniu niższego VAT-u może podskoczyć nawet o złotówkę. Dotyczy to zarówno oleju napędowego, jak i benzyny. Wycofanie cen maksymalnych będzie zapewne oznaczało znaczący wzrost ceny benzyny 98-oktanowej, która obecnie jest droższa o ok. 30 groszy na litrze od zwykłej 95 E10, ale jeśli zniknie limit, to koncerny paliwowe będą próbowały odbić sobie słabe zyski, windując cenę 98-mki. Fani aut zabytkowych nie będą zadowoleni – stare silniki bardzo źle znoszą E10, co już sprawdziłem na własnej skórze. Podwyżki cen będą w pewnym stopniu skompensowane przez obniżki cen ropy w ostatnich dniach, ale nie ma co się łudzić, że drożej nie będzie. I bardzo dobrze.
Paliwo nie może być za tanie
Tanie paliwo jest przyjemne przy tankowaniu, wlewasz dużo a płacisz mało. Jednak w dłuższej perspektywie ma same wady.
Po pierwsze – uzależnia społeczeństwo od jeżdżenia. Jeśli jazda jest tania, to nie ma co się zastanawiać, wsiadasz i jedziesz. Dojazd 35-40 km do pracy nie stanowi problemu. Ale żadna infrastruktura nie wytrzyma momentu, w którym wszyscy jadą w godzinach szczytu prywatnymi autami, co udowadnia przykład amerykański. Szesnastopasmowe autostrady w okolicach Houston w Teksasie regularnie są zakorkowane, bo skoro paliwo jest tanie, a alternatyw dla samochodu brak, to pozostaje tylko gnić w korku.
Gdy wszyscy używają samochodów, paliwo staje się zasobem numer jeden, a jego nawet chwilowy brak wprowadza chaos. Dlatego ceny powinny być takie, żeby zachęcały do optymalizacji transportowej i niewybierania jazdy wielkim pickupem. Niska cena paliwa to nie żadna „wolność”, to w ostatecznym rozrachunku zaprzeczenie wolności, czyli sytuacja, w której bez tego paliwa nie możesz się obejść, a jedne państwa są na łasce i niełasce innych, którym akurat trafiły się zasoby ropy naftowej.
Zbudowaliśmy w ostatnich latach naprawdę imponującą infrastrukturę drogową
Ale trzeba też ją jakoś utrzymać. A na to idą podatki zawarte w cenie paliwa, przynajmniej teoretycznie. Przypomnę jednak, że wzrasta liczba samochodów elektrycznych, których użytkownicy w ogóle nie dorzucają się do kosztów utrzymania dróg, przez co nacisk na właścicieli aut spalinowych jest jeszcze większy. Kolejne kraje wprowadzają podatek dla właścicieli EV od każdego przejechanego kilometra, bo już widzą, że przy tak szybkim przechodzeniu na elektryczność jak w Holandii czy Danii, niedługo nie będzie z czego utrzymywać dróg.
Kij zamiast marchewki. Droga ropa stymuluje sprzedaż aut elektrycznych lepiej niż dopłaty
W końcu trzeba wspomnieć, że w perspektywie dziewięciu lat minimum 90 proc. nowych samochodów sprzedanych w UE ma być bezemisyjnych, a to oznacza, że za elektryfikację musimy się brać na poważnie i w tempie rakietowym. Inaczej obudzimy się z ręką w spalinowym nocniku. A nic tak nie zachęca do przejścia na prąd jak wysokie ceny paliw – widać to było właśnie przy ostatnim skoku cen, gdy nagle ceny aut elektrycznych z drugiej ręki przestały spadać, a nawet wzrosły, bo tak skoczyło zainteresowanie. Gdyby paliwo było dalej po 5,19 zł (jak kiedyś obiecywał Tusk), pewnie to przejście na elektryczność w ogóle by stanęło.
Samochody palą dziś znacznie mniej niż kiedyś
Kiedyś samochód spalający 6 l/ 100 km to był w najlepszym razie Fiat 126p. Nawet Trabant zużywał więcej. Dziś można mieć hybrydowego SUV-a, który spala nie więcej niż 5,5 l/100 km. W ostatecznym rozrachunku koszty jazdy samochodem od czasu transformacji ustrojowej istotnie spadły, a nie wzrosły. To, że za parę tygodni koszt paliwa znowu przebije 7 zł za litr, pewnie zostanie nawet niezauważone i szybko zaakceptowane przez społeczeństwo. I bardzo dobrze. Ale przezornie zatankowałem wczoraj samochód do pełna.

