Procedura startu w przedterminowych wyborach na prezydenta jest jasna: w miastach powyżej 100 tys. mieszkańców kandydat musi zebrać 3 tys. podpisów zawierających imię, nazwisko, adres zamieszkania (zgodny z tym zawartym w rejestrze wyborców), PESEL i podpis. W Krakowie, w którym uprawnionych do głosowania jest 585 tys. osób, nie wydaje się to wielkim wyzwaniem. W założeniu zbiórka podpisów ma być sprawdzianem poparcia kandydata i sprawności jego struktur organizacyjnych, by wykluczyć z udziału w wyborach „egzotycznych” kandydatów, których realnym celem nie jest zdobycie władzy, a zyskanie rozpoznawalności.
W Krakowie ten filtr odsiał 16 z 24 kandydatów. Większość z nich to osoby, które założyły komitet i nie dostarczyły podpisów, tym samym rezygnując ze startu. Wśród nich znajdziemy m.in. Mariannę Schreiber, influencerkę znaną z freak fightów, oraz przedstawicieli szeregu lokalnych ugrupowań.
Sprawdź także: Kompromitacja Konfederacji w Krakowie. Bocheńczak odpada z gry, Banaś również
Litera czy duch prawa?
Prawdziwe wyborcze emocje rozpoczęły się wśród kandydatów, którzy przekroczyli wymagane 3 tys. podpisów. Pierwsza z kontrowersji wybuchła, gdy Miejska Komisja Wyborcza (MKW) odrzuciła większość podpisów Łukaszowi Gibale, bezpartyjnemu liderowi sondaży. Komitet Gibały złożył łącznie 5449 podpisów, z czego 1613 było ważnych, a reszta została odrzucona ze względów formalnych. Powodem odrzucenia większości z nich był brak słowa „Kraków” w kratce z adresem zamieszkania. Chociaż osoby popierające Gibałę można było łatwo zweryfikować, bo na kartach znajdowały się imię, nazwisko, PESEL i ulica, to MKW uznała brak wpisania miasta za uchybienie formalne. W mieście wybuchła burza.
W opinii publicznej zaczęły pojawiać się liczne spiskowe teorie dotyczące próby niedopuszczenia do wyborów lidera sondaży, od lat będącego w opozycji do Jacka Majchrowskiego, a następnie Aleksandra Miszalskiego. Patryk Słowik, dziennikarz portalu Zero, na portalu X pisał:
Jeśli powodem odrzucenia znacznej liczby podpisów jest to, że ktoś wydrukował listy bez słowa „Kraków”, to ten system jest jeszcze bardziej idiotyczny, niż myślałem.
Co ciekawe, odrzucenie tak dużej liczby podpisów może wyjść Gibale na dobre. Jego komitet „Kraków dla Mieszkańców” natychmiast rozpoczął akcję dozbierania brakującej liczby podpisów. Skala mobilizacji była bezprecedensowa – w ciągu czterech dni zebrano 9308 podpisów, łącznie dostarczając do MKW prawie 15 tys. podpisów. Przy problemach innych kandydatów tak szybka akcja to na pewno pokaz siły.
Problemów nie uniknęła także Monika Piątkowska, kandydatka popierana przez Koalicję Obywatelską i PSL. Wątpliwości w jej rejestracji dotyczyły nagłówków na listach poparcia. Na niektórych kartach nagłówek oznaczał wybory jako „przedterminowe”, a w innych „przyspieszone”. Ta kontrowersja została jednak rozstrzygnięta przez Miejską Komisję Wyborczą na korzyść kandydatki i bez dalszych problemów została zarejestrowana.
Pięćdziesiąt podpisów i wojna w Konfederacji
Katastrofą zakończyło się zbieranie podpisów dla kandydata Konfederacji, Bartosza Bocheńczaka. Pomimo zebrania niemal 5000 podpisów MKW zakwalifikowała tylko 2950 z nich. Polityk Nowej Nadziei nie wystartuje więc w wyborach na prezydenta Krakowa. To duży cios dla Konfederacji, która od dłuższego czasu w ogólnopolskich sondażach plasuje się na trzecim miejscu. Kandydat od razu w oświadczeniu wziął winę na siebie i na słabą organizację. Powody niezebrania podpisów mogą być jednak ciekawsze.
Czytaj również: Wybory w Krakowie. Mamy pełną listę kandydatów
Po pierwsze, dla Konfederacji bardziej niż dla innych partii problemem mogła okazać się sama procedura zbiórki podpisów. Jak pokazują sondaże, zwolennicy Konfederacji to w dużej mierze młodzi ludzie. Na karcie poparcia wymagany jest adres zamieszkania zgodny z tym zawartym w rejestrze wyborców. Specyfika Krakowa jest taka, że wielu młodych ludzi przyjeżdża tu na studia, wynajmując mieszkanie lub akademik. W takiej sytuacji, pomimo tego że realnie mieszkają w Krakowie, nadal w spisie wyborców widnieją w swoich rodzinnych miejscowościach. Podpisując się w dobrych intencjach na kartach Bocheńczaka, takie osoby mnożyły liczbę nieważnych podpisów.
Drugim powodem jest polityczny konflikt pod Wawelem i to w dwóch wymiarach. Jak ujawnił Dawid Serafin, Konfederację od dawna toczył wewnętrzny konflikt. Kandydat, będący członkiem Nowej Nadziei, został przeforsowany przez Sławomira Mentzena jako element budowy swoich wpływów w Krakowie. To miało nie spodobać się lokalnym działaczom, głównie związanym z Ruchem Narodowym, którzy mieli urządzać „cichy bojkot” zbiórki. Drugi wymiar to rola Konrada Berkowicza, posła Konfederacji z Krakowa. Ewentualny sukces Bocheńczaka mógł zagrozić jego pozycji, w tym „jedynce” na listach w kolejnych wyborach do Sejmu. Berkowicz miał więc niechętnie angażować się w zbiórkę podpisów.
Czy muszę podać PESEL?
Cały system zbiórek podpisów poparcia wydaje się archaiczny. Sztabowcy każdego z komitetów nieformalnie narzekali na trudności ze zbieraniem podpisów. Najczęstszym powodem odmowy jest obawa przed podaniem numeru PESEL. Po serii głośnych wycieków danych ludzie po prostu boją się go udostępniać. Podpisują więc już tylko najbardziej zagorzali zwolennicy, gotowi zaryzykować dla swojego kandydata. To kolejna zmiana, której nasz system wyborczy nie zauważył.
Polecamy także: Co z kandydaturą Gosek-Popiołek? Nieoficjalne ustalenia Zero.pl z Krakowa
Kolejny problem, z którym mierzą się komitety, to brak możliwości sprawdzenia poprawności podpisów przed złożeniem ich do Komisji Wyborczej. Wszystko opiera się na zaufaniu, brakuje narzędzi kontroli. Nie wiadomo więc, jak dużą „górkę” należy zebrać, żeby być bezpiecznym. Jak pokazał przykład Bartosza Bocheńczaka czy Łukasza Gibały przy pierwszej próbie rejestracji, zebranie dużej „górki” podpisów nie gwarantuje rejestracji.
Wyborcze bagienko
Zbieranie podpisów to ten element demokracji, wokół którego narosło wiele przeróżnych legend. Jak to z przekazywanymi drogą ustną historiami, zapewne znajdziemy w nich także część prawdy. Pierwsza z nich dotyczy tzw. „podkładania świń” podczas zbiórek podpisów. Proceder ma polegać na tym, że polityczni przeciwnicy wpisują błędne dane na kartach niczego niepodejrzewającego kandydata. Jak już ustaliliśmy wcześniej, komitet nie może tego zweryfikować, więc dowie się o fałszywym podpisie dopiero po złożeniu dokumentów do Komisji Wyborczej.
Burzę w podobnej sprawie rozpętał podczas krakowskiego referendum były radny Łukasz Wantuch, który relacjonował rozmowę ze swoim znajomym: – Zadzwonił do mnie znajomy z pytaniem: „Podpisałeś się pod referendum?”. „Oczywiście, że nie” – odpowiedziałem. „Bo ja się podpisałem. 17 razy. Za każdym razem z błędnym PESEL-em” – relacjonuje były radny na swoim Facebooku.
Druga legenda dotyczy przepisywania podpisów z wcześniejszych wyborów. Komitety mają w niej kserować listy podpisów i wykorzystywać je ponownie w kolejnych wyborach. Prym w tym procederze mają wieść duże partie, dysponujące grubymi teczkami archiwaliów. Co więcej, rzekomo są ludzie, którzy za pieniądze oferują bazy danych gotowych do spisania. Według krakowskiego dziennikarza z lovekrakow.pl, Patryka Salamona, koszt takiego podpisu ma sięgać od 5 do 10 zł.
Lekarstwo, które ominęło samorządy
Kontrowersji wokół krakowskich wyborów na pewno by nie było, gdyby szybciej wprowadzono postulowane zmiany w Kodeksie wyborczym. Ten został zmieniony na początku 2026 roku. Wprowadzono w nim możliwość udzielania poparcia kandydatom drogą elektroniczną, za pomocą mObywatela. Problem jest taki, że regulacja obejmie tylko wybory do Sejmu, Senatu, prezydenckie i do Parlamentu Europejskiego. Regulacje omijają więc wszystkie wybory samorządowe, referenda lokalne i inicjatywy obywatelskie. Będziemy mieli więc do czynienia z istnym bigosem: w jednych wyborach trzeba będzie podpisać się ręcznie, na kartce, w innych zaś drogą elektroniczną. Ustawodawcy sami tworzą bałagan, w którym mało kto będzie w stanie się połapać.
Jakie jest więc rozwiązanie? Wydaje się, że ujednolicenie systemu i wprowadzenie powszechnego dla każdej formy demokracji udzielania poparcia drogą elektroniczną, promowane m.in. przez Piotra Trudnowskiego i środowisko Klubu Jagiellońskiego, jest najsensowniejszą opcją. Obywatele zyskają bezpieczeństwo swoich danych. Komitety będą mogły docierać do swoich wyborców drogą elektroniczną i zyskają większą przewidywalność w zbieraniu głosów. Z perspektywy Komisji Wyborczej zaś nie będzie żadnych wątpliwości dotyczących weryfikacji podpisów. Na zmianach ucierpią zaś handlarze podpisami. Jeśli to jedyny koszt poprawy naszej demokracji, to myślę, że jesteśmy w stanie go ponieść.


