Ta historia nie zaczęła się wczoraj. Miłość, potem w 2018 r. ślub w Niemczech, rok później wniosek o transkrypcję zagranicznego aktu małżeństwa do polskiego rejestru stanu cywilnego, złożony do kierownika warszawskiego Urzędu Stanu Cywilnego (czyli prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego, który z mocy prawa jest kierownikiem USC). Ale urząd (czyli Rafał Trzaskowski) odmówił. Odwołanie. Ale wojewoda podtrzymał odmowę. Skarga do WSA. Ale Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie uznał, że odmowa była prawidłowa. Wtedy – skarga do NSA.
W końcu, w 2026 r., po wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydanym w związku z pytaniem prejudycjalnym, jakie do TSUE skierował Naczelny Sąd Administracyjny, NSA uchylił decyzję kierownika warszawskiego USC, decyzję wojewody mazowieckiego oraz wyrok WSA. I zobowiązał kierownika USC do dokonania transkrypcji zagranicznego aktu małżeństwa.
Czego broni biurokratyczna twierdza?
USC, WSA, NSA – cały urzędowo-sądowy alfabet odmowy. Tyle instytucji, tyle pism, tyle terminów i uzasadnień po to, żeby państwo mogło jak najdłużej (w sumie prawie 8 lat) udawać, że małżeństwo dwóch osób magicznie znika wraz z przekroczeniem przez małżonków polskiej granicy. Dlaczego? Po co uruchomiono procedury w urzędzie, u wojewody, przed WSA, NSA, TSUE i z powrotem przed NSA? Czy chodziło o małżeństwo osoby dorosłej z dzieckiem? A może o wielożeństwo? O przymus, przemoc, oszustwo, handel ludźmi albo inną sytuację, w której państwo powinno wkroczyć, żeby chronić słabszą stronę albo porządek publiczny przed realnym zagrożeniem?
Nie. Chodziło o małżeństwo dwóch dorosłych osób, posiadających pełną zdolność do czynności prawnych, niespokrewnionych ze sobą, niepozostających w innym związku małżeńskim, które świadomie i swobodnie powiedziały: „tak”. Chodziło o ludzi, którzy w innym państwie zawarli legalny związek, a potem poprosili polskie państwo, żeby nie udawało, że ten fakt nie istnieje. I w tym cały był ambaras, że – o trwogo USC, wojewody, WSA – były to osoby tej samej płci. Pan Jakub i pan Mateusz.
Maraton uników
To nie jest opowieść o sprawnym, demokratycznym i chroniącym prawa człowieka państwie. To opowieść o państwie, które przez prawie osiem lat odsyłało ludzi od okienka do wojewody, od wojewody do sądu, od sądu krajowego do Trybunału Sprawiedliwości UE i z powrotem. Czy w demokratycznym państwie prawa człowiek powinien przez tyle lat udowadniać, że jego małżeństwo istnieje?
Ta historia nie zaczęła się ani wczoraj, ani nawet w 2018 r., z dniem zawarcia małżeństwa przez pana Jakuba i pana Mateusza w Berlinie.
Od 2003 r. państwo przerobiło właściwie wszystkie warianty unikania decyzji. Projekt ustawy lewicowej senatorki Marii Szyszkowskiej o rejestrowanych związkach partnerskich Senat przyjął w 2004 r. (22 lata temu), ale Sejm go nie procedował i projekt przepadł w związku z zasadą dyskontynuacji prac po zakończeniu kadencji. Projekt SLD z 2011 r. także w ten sposób skończył. Potem były jeszcze projekty Ruchu Palikota, SLD, PO i Nowoczesnej, a w efekcie – zero przepisów uchwalonych w zakresie związków partnerskich (nie mówiąc już o równości małżeńskiej).
W obecnej kadencji projekt Katarzyny Kotuli z 2024 r. został zablokowany przez jednego z koalicjantów, PSL, a następnie okrojony. Obecnie nie dotyczy nawet związków partnerskich, tylko „statusu osoby najbliższej w związku i umowy o wspólnym pożyciu”.
Tak, ta historia nie zaczęła się wczoraj. To historia ponad dwudziestu lat politycznego odkładania równości.
Życie w prawnej próżni
W Polsce żyją setki tysięcy, a według szacunków nawet około dwóch milionów gejów i lesbijek. To nie jest problem kilku spraw sądowych. To codzienność ogromnej grupy obywatelek i obywateli. Zakochują się, tworzą związki, chcą je formalizować. Dokładnie tak samo jak osoby heteroseksualne. Osoby homoseksualne ciągle i coraz mniej cierpliwie (i trudno im się dziwić) czekają na spełnienie obietnic dawanych im przy okazji każdej możliwej kampanii wyborczej. A brak regulacji związków osób tej samej płci nie jest „tematem światopoglądowym”. To systemowe naruszenie praw człowieka: prawa do poszanowania życia prywatnego i rodzinnego, prawa do równego traktowania, prawa do godności, bezpieczeństwa prawnego i ochrony przed dyskryminacją.
W praktyce oznacza to, że państwo zostawia pary jednopłciowe bez jasnej ochrony w sytuacjach, które dla innych par (heteroseksualnych) są oczywiste, w tak ostatecznych sprawach jak śmierć, dziedziczenie, podatki, ale też tych codziennych – w zakresie ubezpieczenia, tworzenia wspólnego majątku, opieki nad najbliższą osobą, w zdrowiu i w chorobie.
Innymi słowy: państwo nie jest neutralne, kiedy odmawia regulacji. Państwo aktywnie produkuje nierówność, niepewność i bezbronność tych rodzin. Państwo zostawia ludzi, tylko z powodu ich orientacji seksualnej, w próżni prawnej, bez ochrony dla ich codziennego życia, bliskości, odpowiedzialności i bezpieczeństwa. I kiedy ktoś mówi, że można to wszystko uregulować umową, a żadne ustawy nie są potrzebne, wykazuje ignorancję prawną. Bo większość z tych spraw to materia ustawowa i żaden notariusz swoją pieczątką nie zmieni przepisów powszechnie obowiązujących, zawartych w kodeksach czy w ustawach podatkowych i ubezpieczeniowych.
I warto to powiedzieć wprost: pary osób tej samej płci nie są figurą z prawicowej fantazji o „ideologii”. To bardzo różne osoby i historie. To młode pary, które chcą zacząć wspólne życie bez prawnego udawania. To osoby w średnim wieku, które mają za sobą lata związku, kredyty, choroby, wspólny majątek i codzienność. To także starsi geje i starsze lesbijki, którzy przeżyli większość życia w państwie zmuszającym ich do niewidzialności.
Wrocławska transkrypcja aktu małżeństwa bez wcześniejszego wyroku sądu dotyczyła pana Ryszarda i pana Tomasza, którzy są razem od blisko pięćdziesięciu lat, a małżeństwo zawarli w Wiedniu. To nie jest „moda”, „eksperyment” ani „projekt ideologiczny”. To jest czyjeś wspólne życie, które często trwa dłużej niż wiele małżeństw polityków opowiadających dziś o obronie rodziny.
Dzieci z tęczowych rodzin
Osobnym, dramatycznym wątkiem są dzieci, które już dziś wychowują się w tęczowych rodzinach. Dramatycznym nie dlatego, że mają dwie mamy albo dwóch ojców, lecz dlatego, że państwo odmawia pełnej ochrony rodzinie, w której realnie żyją. Teraz mają rodzinę i dwoje rodziców: jedną mamę biologiczną i drugą mamą społeczną, ojca biologicznego i drugiego, który codziennie odprowadza do szkoły, robi kolację, siedzi przy łóżku w chorobie, zna alergie, leki, lęki i ulubione bajki.
Brak regulacji uderza więc nie tylko w dorosłych. Uderza w dzieci, którym państwo mówi, że jedna z ich najbliższych osób jest prawnie obca. Ten drugi rodzic może dziecko kochać, wychowywać, utrzymywać i się nim opiekować, ale u lekarza, w szkole, w urzędzie albo w sytuacji kryzysowej prawnie jest obcą osobą.
Organizacje społeczne wskazują, że w Polsce około 50 tys. dzieci dorasta w rodzinach, w których rodzicami są osoby tej samej płci, a brak uznania rodzicielstwa społecznego pozbawia je podstawowej ochrony w codziennych sytuacjach, takich jak proces leczenia, odbiór z placówki, wyrażenie zgody na wycieczkę czy zapewnienie opieki i bezpieczeństwa na wypadek śmierci biologicznego rodzica.
Czytaj też: Dwie dekady spadku. Co stało się z wynagrodzeniami nauczycieli
Dlatego transkrypcja nie jest prezentem od państwa. Nie jest gestem dobrej woli czy pańską łaską. Nie jest dowodem na odwagę władzy. Jest wykonaniem obowiązku wobec osób, które przez lata musiały udowadniać, że ich życie rodzinne zasługuje na prawną widzialność. Wykonaniem zastępczym, bo kiedy dwie osoby musiały wziąć ślub za granicą w sytuacji, gdy ich heteroseksualni znajomi, przyjaciele, krewni mogli to samo załatwić w Polsce, trudno mówić o równości.
Związki osób tej samej płci to także kwestia godności, a godność nie obowiązuje tylko wtedy, gdy małżeństwo zawarto w Berlinie, Kopenhadze albo Madrycie. To kwestia praw człowieka, a prawa człowieka nie zaczynają się dopiero po przekroczeniu granicy. To kwestia równego traktowania, a równość nie może zależeć od tego, czy para miała pieniądze, czas, determinację i dostęp do prawników, żeby zawrzeć małżeństwo za granicą, a potem walczyć o jego uznanie w Polsce.
W co grają politycy?
Symboliczne (i smutne) jest przy tym to, co stało się po wyroku TSUE. Premier Donald Tusk uspokajająco deklarował: „Nie jest tak, że UE nam cokolwiek może w tej kwestii narzucić”. Resort Marcina Kierwińskiego próbował przeforsować pogląd, że orzeczenie NSA jedynie w tej konkretnej sprawie ma charakter wiążący. Podobnie zresztą wypowiadał się Rafał Trzaskowski, prezydent Warszawy. Nad ograniczeniami skutków wyroku NSA miał pracować w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów specjalny zespół. Choć NSA orzekał po wyroku TSUE, wydanym w sprawie dotyczącej prawa unijnego, politycznie próbowano więc pomniejszyć znaczenie zarówno rozstrzygnięcia Trybunału, jak i wyroku polskiego sądu.
Z drugiej strony, już w styczniu Ministerstwo Cyfryzacji Krzysztofa Gawkowskiego przygotowało projekt rozporządzenia w sprawie zmiany wzorów dokumentów i umożliwienia urzędnikom wpisania w odpowiednie rubryki dwóch mężczyzn albo dwóch kobiet. Proponowano zastąpić określenia „kobieta” i „mężczyzna” neutralnymi płciowo wyrażeniami, takimi jak „pierwszy małżonek” i „drugi małżonek”. Rozporządzenie wymagało kontrasygnaty Marcina Kierwińskiego jako ministra właściwego ds. administracji. Kontrasygnował je dopiero w maju.
W międzyczasie, w związku z krótkim terminem określonym przez NSA dla transkrypcji aktu małżeństwa pana Jakuba i pana Mateusza przez warszawski USC, Krzysztof Gawkowski proponował prezydentowi Warszawy pomoc tak, aby na bazie obecnych technicznych rozwiązań możliwe było przeprowadzenie w aktach stanu cywilnego wszystkich koniecznych czynności. Wicepremier Gawkowski i wiceminister Dariusz Standerski spotkali się z urzędnikami ratusza. Rafał Trzaskowski na spotkaniu w ministerstwie się nie pojawił.
Kilka dni przed ukończeniem tego tekstu, 28 lipca 2026 r., trzyosobowy skład Trybunału Konstytucyjnego, złożony z Bogdana Święczkowskiego, Stanisława Piotrowicza i Wojciecha Sycha, uznał rozporządzenie za niezgodne z art. 92 ust. 1 w związku z art. 18 Konstytucji w zakresie dotyczącym związków zawartych za granicą, które nie są związkami kobiety i mężczyzny. Rozstrzygnięcie zapadło jeszcze przed wejściem rozporządzenia w życie, wyznaczonym na 23 sierpnia 2026 r. Trybunał zakwestionował więc rozwiązanie techniczne służące wykonaniu wyroku sądu i prawa Unii Europejskiej, ponownie przedstawiając art. 18 Konstytucji nie jako gwarancję ochrony małżeństwa kobiety i mężczyzny, lecz jako instrument wykluczania innych rodzin.
Ofiary chaosu
Rozstrzygnięcie to otwiera kolejny etap instytucjonalnego chaosu. Od 2024 r. orzeczenia obecnego Trybunału Konstytucyjnego nie są publikowane przez prezesa Rady Ministrów w Dzienniku Ustaw, a TSUE uznał, że polski Trybunał Konstytucyjny nie spełnia warunków niezależnego sądu. Powstaje więc sytuacja, w której z jednej strony istnieją wyroki TSUE i NSA nakazujące zapewnienie skutecznej transkrypcji, a z drugiej – rozstrzygnięcie nieprawidłowo ukształtowanego trybunału, zmierzające do zablokowania wykonania tego obowiązku. Cenę za ten ustrojowy i polityczny konflikt ponownie mają zapłacić konkretne osoby oczekujące na uznanie ich małżeństw.
Wyrok TSUE oparto na swobodzie przepływu osób. Unia Europejska nie ma kompetencji w sprawach rodzinnych. I nie narzuci nam zmian w zakresie adopcji dzieci (niezależnie od tego, że nie rozumiem, dlaczego dla niektórych adopcja dzieci przez pary osób tej samej płci jest problemem). I nie, art. 18 Konstytucji nie stoi na przeszkodzie związkom partnerskim ani nawet małżeństwom osób tej samej płci. Artykuł 18 brzmi: „Małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej”. Oznacza to, że małżeństwo kobiety i mężczyzny znajduje się pod szczególną ochroną państwa, a nie że art. 18 stanowi definicję małżeństwa. Do tego poglądu przychyla się wielu konstytucjonalistów i konstytucjonalistek, wśród nich np. prof. Ewa Łętowska.
Co więcej, niezależnie od rozstrzygnięcia Trybunału Konstytucyjnego, problem praktycznego wykonania wyroków TSUE i NSA nie znika. Między orzeczeniem, wzorem dokumentu a systemem teleinformatycznym stoi nadal praktyka kierowników konkretnych urzędów stanu cywilnego. A tam wciąż może pojawić się odmowa, zawieszenie postępowania, oczekiwanie na „wytyczne”, przerzucanie odpowiedzialności wyżej albo zwykłe administracyjne przeciąganie sprawy. Równość, która zależy od tego, do którego USC trafisz, nie jest równością. Jest loterią administracyjną.
To kto się boi małżeństw par jednopłciowych?
Ale wróćmy do tytułowego pytania. Kto boi się małżeństwa dwóch kobiet albo dwóch mężczyzn? I czego się boi?
Bo przecież małżeństwo pary jednopłciowej nie odbiera nikomu małżeństwa heteroseksualnego. Nie unieważnia żadnego ślubu zawartego między kobietą a mężczyzną. Nie zakazuje rozwodów. Nie zmusza nikogo do zawarcia małżeństwa. Nie odbiera nikomu prawa do życia według własnych przekonań. Nie sprawia, że rodzina heteroseksualna staje się mniej rodziną.
A jednak właśnie ci, którzy najgłośniej mówią o „obronie rodziny”, w praktyce bronią bardzo szczególnego przywileju: prawa heteroseksualnej większości do decydowania, czy miłość (cudza miłość dwóch dorosłych osób) zasługuje na nazwę, ochronę i godność. Bronią nie rodziny jako takiej, ale monopolu na rodzinę. Bronią nie małżeństwa, ale wyłączności na małżeństwo.
Czytaj też: Biało-czerwony kapitał. Jak nie zmarnować potencjału Polonii
Przy okazji przedmiotem obrony jest chyba także prawo do rozpadu małżeństwa – bo przecież rozwód osób różnej płci jest praktykowany przez polityków prawej i tradycyjnej strony sceny politycznej, czyli PiS i PSL. Ale nikt nie odbiera politykom po rozwodzie prawa do ponownego małżeństwa. Nikt nie odsyła ich do notariusza po „umowę o wspólnym pożyciu”. Dopiero kiedy dwie kobiety albo dwóch mężczyzn chcą wziąć odpowiedzialność za siebie nawzajem, ci politycy nagle odkrywają wielką metafizykę małżeństwa. Nagle pojawia się „porządek publiczny”. Nagle formularz staje się alibi na odmowę. Nagle Konstytucja, przez lata bezradna wobec przemocy domowej, alimentacyjnej niesprawiedliwości czy często fikcyjnej ochrony rodzin już istniejących, zostaje wezwana do obrony przed dwiema osobami, które chcą powiedzieć sobie „tak”.
Komu więc zagraża równość małżeńska? Nie małżonkom heteroseksualnym. Nie dzieciom. Nie osobom wierzącym. Nie tym, którzy chcą żyć tradycyjnie. Zagraża wyłącznie przekonaniu, że prawa heteroseksualnej większości są przyrodzone, niezbywalne, pełne i naturalne, a prawa mniejszości mogą być wydzielane ostrożnie, warunkowo i pod inną nazwą.
A może największy lęk przeciwników równości małżeńskiej polega na tym, że po jej wprowadzeniu nic się nie zawali? Ludzie nadal będą brać śluby i występować o rozwody. Nadal będą żyć dobrze albo źle, wiernie albo niewiernie, odpowiedzialnie albo nieodpowiedzialnie. Tyle że państwo przestanie mówić jednej grupie obywateli i obywatelek: „wasza miłość może być najwyżej prywatną sprawą, ale nigdy pełnoprawną rodziną”.
„Współlokator Plus” to nie rozwiązanie
I właśnie dlatego chcę powiedzieć jasno: jestem za równością małżeńską. Nie za substytutem, nie za reglamentowanym uznaniem, nie za osobną ścieżką dla tych, którym większość łaskawie przyzna część praw. Za równością małżeńską – pełną, ustawową, dostępną w Polsce, w urzędzie stanu cywilnego, dla dwóch dorosłych osób niezależnie od płci.
W tym kontekście projekt ustawy, złośliwie określany – przez organizacje pozarządowe i osoby aktywistyczne od lat działające na rzecz praw osób LGBTIQ – jako „Współlokator Plus”, jest politycznie i prawnoczłowieczo niewystarczający. Można oczywiście powiedzieć, że każda ochrona prawna jest lepsza niż próżnia. Ale nie wolno udawać, że umowa o wspólnym pożyciu zawierana przed notariuszem jest odpowiedzią na wykluczenie i dyskryminację. To nie jest nawet namiastka równości. To jest zdegradowana ścieżka dla tych, którym państwo nadal nie chce powiedzieć: „wasza rodzina jest rodziną, wasze małżeństwo jest małżeństwem”.
„Współlokator Plus” może porządkować część spraw majątkowych, mieszkaniowych, podatkowych czy medycznych. Ale nie odpowiada na podstawowe pytanie: dlaczego państwo ma tworzyć osobny kontrakt dla par jednopłciowych, zamiast otworzyć istniejącą instytucję małżeństwa? Dlaczego osoby heteroseksualne mogą wejść do USC i zawrzeć małżeństwo, a osoby tej samej płci mają iść do notariusza po prawny substytut bliskości?
Istnieje granica półśrodków. Państwo może próbować mówić: „damy wam część praw, ale nie damy równości”. „Damy wam umowę, ale nie małżeństwo”. „Damy wam ochronę w wybranych sytuacjach, ale nie pełne uznanie”. Tyle że prawa człowieka nie powinny być negocjowane jak pakiet administracyjnych ułatwień. A godność nie powinna przychodzić w wersji light. W sprawach dotyczących praw człowieka nie ma kompromisów. Zresztą nawet te drastycznie okrojone na żądanie PSL i głęboko niewystarczające rozwiązania nie zostały zaakceptowane przez Prezydenta RP. Karol Nawrocki 12 lipca 2026 r. odmówił podpisania ustawy o statusie osoby najbliższej w związku i umowie o wspólnym pożyciu. Prezydent zawetował więc nie równość małżeńską ani nawet związki partnerskie, lecz ich daleki substytut.
Mur pęka. Transkrypcja to nie koniec
Pozostaje więc transkrypcja. I skoro polskie państwo potrafi, choć z oporem, uznać małżeństwo dwóch mężczyzn zawarte w Berlinie, to musi odpowiedzieć na proste pytanie: dlaczego dwóch mężczyzn mieszkających w Polsce nie może zawrzeć małżeństwa w Warszawie? Skoro państwo potrafi zmienić formularz, odpis, system i procedurę, to dlaczego nie potrafi zmienić przepisów tak, aby prawa nie zależały od zagranicznego aktu i determinacji, możliwości i portfela obywateli i obywatelek?
Transkrypcja nie jest końcem sporu. Rozporządzenie nie jest końcem sporu. „Współlokator Plus” nie jest odpowiedzią na ten spór. To wszystko są dowody na to, że mur pęka, a bojaźliwi lub koniunkturalni politycy nie mogą dłużej udawać nowoczesnych. A przez to pęknięcie widać jasno: Polska potrzebuje nie substytutu, nie obejścia, nie wyjątku, ale równości małżeńskiej. Dlatego kiedy politycy mówią, że „to nie jest potrzebne”, trzeba zapytać: nie jest potrzebne dla kogo? Dla dziecka, którego drugi rodzic prawnie nie istnieje? Dla pary po 50 latach wspólnego życia? Dla osoby, która jutro może usłyszeć w urzędzie, szpitalu lub w zakładzie pogrzebowym, że nie jest rodziną?
P.S. Nie byłabym sobą, gdybym nie dodała, przynajmniej na marginesie, że te same środowiska, które z ogromną determinacją bronią prawa do tradycyjnego modelu życia, prawa do małżeństw heteroseksualnych, a także prawa do ich rozpadu, czyli prawicowe partie, w tym PSL, bronią „prawa do kotleta schabowego”, a tradycją nazywają także to, co ludzie robią tzw. zwierzętom hodowlanym.


