W Stanach Zjednoczonych istnieje takie powiedzonko, że jesteś o jedną wypłatę bezdomności. Brak ochrony pracowników połączony z drakońskimi prawami dotyczącymi eksmisji w praktyce sprawia, że pierwszego lutego możesz mieć wspaniałą pracę, a piętnastego marca być już bez pracy i bez domu, po eksmisji.
Ale ja nie o Ameryce. Chociaż chciałem od niej zacząć, bo takie skojarzenie nasuwa mi się po prostu samo. Amerykanie mają więc wspomniany wyżej problem, a my tutaj, nad Wisłą, jesteśmy w ciągłym poczuciu strachu w autach elektrycznych. O jedną awarię ładowarki od lawety.
Może mamy mało ładowarek, ale one chociaż często nie działają
Pokonałem we wspomniany już weekend sporo ponad tysiąc kilometrów autem elektrycznym. To była dość przyjemna podróż, niedużo wolniejsza od analogicznej autem spalinowym, ponieważ duża bateria daje po prostu duży zasięg.
Ale nie ma w Polsce trasy autem elektrycznym, podczas której coś się nie odwali. To znaczy – wiadomo, to są wszystko dowody anegdotyczne, ale ja mam zaskakująco często problem z ładowaniem aut elektrycznych. Wiem też, że nie tylko ja, ale nieistotne.
W każdym razie na tę trasę ponad tysiąca kilometrów złożyły się podróż z Warszawy na Suwalszczyznę, z Suwalszczyzny przez Mazury na Kaszuby, i z Kaszub do Warszawy.
Dorastali na powojennych Kaszubach. „Można było dostać po łapach”
Dzięki dużej baterii w Hyundaiu Ioniqu 9 (ale gigantyczną baterię mają też inne auta, np. BMW iX3, Mercedes EQS czy Volvo EX90, to żadna reklama Koreańczyków) podróż do Suwałk była jeszcze miła, bo na „jeden strzał”. Po prostu wsiadłem i dojechałem. Tam spędziłem niecałą dobę i zapragnąłem naładować się do 100 proc. przed podróżą na Kaszuby.
I się zaczęło.
Suwałki nie są pustynią na mapie ładowarek, ale są inne problemy
Jeszcze kilka lat temu autem elektrycznym do Suwałk bym po prostu nie pojechał przez brak ładowarek, ale teraz to żaden problem. To znaczy tak mi się wydawało.
Tak więc z rok temu blisko obwodnicy miasta Greenway odpalił całkiem solidny hub, sześć stanowisk do ładowania, a same ładowarki podają do 400 kW. Pachnie zachodem. No więc przyznaję się bez bicia, że podjechałem tam w ciemno (nie grzałem akumulatora, po prostu wsiadłem do auta i przejechałem trzy kilometry), a na miejscu... zonk. Wszystkie wyłączone.
Niezrażony podjechałem ulicę dalej, gdzie jest „stary” Greenway, taki do 150 kW. Podjechałem, bo tym razem sprawdziłem, że jest wolny. No i co? Na miejscu okazało się, że jest zajęty, chociaż w internecie dane były inne. Tylko że one nie muszą się zgadzać ze stanem faktycznym, ale to wszyscy piszą małym druczkiem.
Pojechałem dalej na stację MOYA, gdzie stoi jedna ładowarka MOYA energia. W apce była wolna i... rzeczywiście tak było. Ale jak wysiadłem z auta, już przeczuwałem kłopot. Z ładowarki co chwilę wydobywały się jakieś piszczące dźwięki. Podpiąłem jednak samochód, przyłożyłem kartę RFID (służy do autoryzacji i płatności) i... klops. Płatność nieudana.

Niedziałająca ładowarka aut elektrycznych. (fot. Piotr Rodzik / Zero.pl)
Nagle zrobiło się nerwowo, bo potrzebowałem naładować samochód, a jeżdżę po mieście w kółko i nigdzie nie mogę się podpiąć. Poszedł więc w ruch telefon.
Operatorzy ładowarek do aut jedno mają sprawne: infolinię
Mają te infolinie sprawne, bo pewnie przywykli, że ktoś ciągle dzwoni z jakimś problemem. Sam dzwonię przynajmniej raz, dwa razy w roku, a przecież nie jeżdżę elektrykami na co dzień, tylko właściwie od święta. W każdym razie zacząłem od Greenwaya. Pani potwierdziła, że moja karta RFID (bo miałem kartę od Greenwaya) jest aktywna i płatność powinna przejść. Na pytanie, czy roaming na pewno działa na stacji MOYA, odpowiedziała, że „jeśli tak jest w apce, to pewnie tak”. Aha, dzięki.
Zapytałem jeszcze o awarię tych ładowarek 400 kW – tych „greenwayowych”. Pani nie wiedziała, kiedy zostaną uruchomione – i tak skończyła się ta rozmowa. Dzięki za nic.
Po chwili zadzwoniłem więc na infolinię MOYA. Wyjaśniłem kłopot, pan zrestartował zdalnie całą ładowarkę. – W razie dalszych problemów proszę dzwonić – usłyszałem na koniec i papa.
Jak się państwo domyślają pewnie, ładowarka się zrestartowała i zaczęła znowu piszczeć. No i nie przyjęła ponownie płatności. Wykonałem kolejny telefon, tym razem odebrała jakaś pani. Po przedstawieniu problemu rozkosznie stwierdziła, żebym poczekał na przyjazd technika. Naprawi i będzie wszystko super.
Świetnie, akurat mam pół dnia, żeby czekać przy niedziałającej ładowarce.
Ta opłata dla kierowców znika po 16 latach od wprowadzenia. Odetchniesz jadąc na kemping
Finalnie udało mi się podpiąć na... stację Powerdot pod Biedronką. Wcisnęli ją w tak zapuszczony kąt, że chyba nigdy nikt jej nie używał. Na jedno ze stanowisk nawet nie dało się wjechać, bo stojące obok drzewo zajęło tę przestrzeń.

Hyundai Ioniq 9 na ładowarce Powerdot. (fot. Zero.pl / Piotr Rodzik)
Ładowarki szybkie tylko na papierze
Podróż na Kaszuby upłynęła w sumie sprawnie, co odbieram pozytywnie, zwłaszcza że musiałem przebić się przez Mazury, które ciągle nie słyną z infrastruktury. Ale już powrót – wzdłuż autostrady A1! – doprowadził mnie do szewskiej pasji.
Bo i owszem, ładowarek przy A1 jest jak na polskie warunki od groma, ale najczęściej... coś tu nie gra. Przede wszystkim: w Polsce nie jest tak, jak na zachodzie, że ładowarki stoją po prostu na stacjach benzynowych. To znaczy często tak jest, ale równie często... trzeba gdzieś zjechać z trasy.
Dlaczego tak się dzieje? W największym skrócie: problemy z przyłączami, terenem, sam koszt postawienia ładowarek, wreszcie zakłady energetyczne chętnie utrudniają życie firmom stawiającym ładowarki. Wiem, co mówię, bo w moich rodzinnych Puławach ponad rok temu (!) Budimex postawił na mieście 10 słupków AC (czyli wolnych ładowarek) i do dzisiaj nie udało się ich odpalić.
Tak więc hub Greenwaya na wysokości Ciechocinka, gdzie chciałem się naładować, nie jest przy A1, tylko trzeba zjechać z autostrady, utknąć w korku, podjechać pod restaurację w stylu góralskim (sic!) nieopodal trasy i się podpiąć. 10 minut stracone, a przecież chodzi o SZYBKIE ładowanie. Ładowarki na tym hubie podają 400 kW. Auto, którym podjechałem, przyjmuje niewiele mniej.
Efekt? Nie wyciągnąłem więcej niż 200 kW. Dlaczego? Bo nie. Nie dopytujcie się. Tak wygląda zabawa w elektromobilność. Nigdy nie wiesz co i gdzie nie wyjdzie. Z kilkunastominutowego ładowania (tak wszyscy obiecują) zrobiła się grubo ponadpółgodzinna przygoda.
Tam jednak chociaż ładowarki są. Ta podróż przypomniała mi o tym, jak łatwo w Polsce skończyć elektrykiem na lawecie
W Polsce ciągle nie brakuje miejsc, gdzie ładowarek jest naprawdę, ale to naprawdę mało. Nie ma żadnego problemu, żeby trafić w miejsce, gdzie w promieniu kilkudziesięciu kilometrów nie ma żadnej ładowarki.
Do czego zmierzam – jeżdżenie po Polsce elektrykiem to ciągłe proszenie się o kłopoty. Muszą państwo wiedzieć, że w przypadku aut elektrycznych promowane jest w trasie ładowanie ich w zakresie mniej więcej od 10 do 80 proc. baterii. W tym przedziale ładują się one najszybciej/najefektywniej.
Tylko problem jest taki, że jak zajedziesz z 10 proc. na niesprawną ładowarkę, to możesz mieć... duży kłopot. W zeszłym roku miałem taką sytuację. Na S8 z Białegostoku do Warszawy zjechałem na niesprawną ładowarkę z kilkoma procentami baterii. Kolejna była ok. 30 kilometrów dalej. Czy po drodze jechałem 50 km/h prawym pasem ekspresówki, czy dojechałem z JEDNYM procentem baterii, czy trakcie jazdy zgasły mi wszystkie ekrany, wyłączyła się klimatyzacja itp., żeby tylko prąd oszczędzić? Być może.
Gamechangerem i tak była akcja Lidla i Biedronki, bo te sieci dyskontów zaczęły przy swoich sklepach stawiać ładowarki. Te nie są często zbyt mocne (czasem to tylko 60 kW), ale jednak – sieć ładowarek się w Polsce znacząco zagęściła. Niemniej jednak – to ciągle sport dla odważnych. Żyjemy w kraju, w którym w razie awarii ładowarki do kolejnej można po prostu nie dojechać, bo kolejna nie stoi dosłownie obok, jak to często bywa za naszą zachodnią granicą.
Jak sobie radzić?
Cóż, po pierwsze nie można uwiązywać się z jednym operatorem ładowarek, np. z Greenwayem. To proszenie się o kłopoty. Warto przy zakupie auta elektrycznego wystarać się o kartę, która daje zniżki u różnych operatorów. Swojego czasu takie karty oferowało BMW. Oferta bawarskiej marki – o nazwie BMW Charging – była naprawdę niezła, ale można znaleźć i inne na rynku.
A po drugie – jeśli jedziemy w miejsce, gdzie dostępność ładowarek jest ograniczona, nie rozładowujmy baterii do tych 10-20 proc. To proszenie się o kłopoty.


