Reklama
Reklama
Reklama

Hiszpania – potwór, który zjadł Francję. Oglądaliśmy drużynę perfekcyjną

TYLKO NA

Reprezentacja Hiszpanii wysłała jasny sygnał Argentynie i Anglii: ktokolwiek z was znajdzie się w finale mundialu, będzie miał duży problem. Drużyna prowadzona przez Luisa de la Fuente sprawiła, że Francja, jeden z faworytów do tytułu mistrza świata, wyglądała jak przeciętny zespół. To była porażająca demonstracja siły Hiszpanów, perfekcja zespołowej gry i triumf futbolu totalnego.

Francja i Hiszpania
Hiszpania w ostatnich latach regularnie pokonuje Francję (fot. Shaun Botterill / Getty Images)

– Dziś zmierzyliśmy się z jedną z najlepszych drużyn na świecie, ale przeciwko niej zagrała najlepsza drużyna świata. To właśnie różnica – powiedział Luis de la Fuente, selekcjoner reprezentacji Hiszpanii, po zwycięstwie 2:0 nad Francją. Wybrał język faktów, ale też sporo zaryzykował. Ponieważ do niedzielnego finału mistrzostw świata wychylanie się z taką tezą może szkodzić wychylającemu się.

De la Fuente wie jednak dobrze, co robi – tak jak jego zespół wysyła najmocniejszy z możliwych sygnałów pragnienia złota, tak on, jako trener, buduje już teraz przewagę psychologiczną nad Argentyńczykami lub Anglikami.

Jeszcze przed tym spotkaniem cytował Juliusza Cezara. „Nie ma wielkości bez cierpienia”. Hiszpański szkoleniowiec podpisał się pod tymi słowami, jednak można było odnieść wrażenie, że na boisku cierpi tylko jedna drużyna – Francja.

Czytaj też: Mundial 2026. Francja-Hiszpania. Znamy pierwszego finalistę

Reklama
Reklama

Według wyliczeń wszelkich komputerów i statystyków Francuzi przed rozpoczęciem półfinałów byli faworytami do tytułu. Ale procenty, analizy i prognozy przestały mieć znaczenie po ostatnim gwizdku w Dallas. Didier Deschamps, selekcjoner Trójkolorowych, który walczył z nimi o wejście do trzeciego z rzędu finału, patrzył na murawę z niedowierzaniem. Żadna z jego gwiazd nie potrafiła pokazać dotychczasowego geniuszu. Hiszpanie zgasili Francji światło i ta poruszała się po omacku, rozpaczliwie próbując znaleźć magiczny włącznik, który sprawi, że wróci do tego meczu. To się ostatecznie nie wydarzyło.

Francja strzeliła wcześniej 16 goli w turnieju, a forma Kyliana Mbappé, ich najlepszego piłkarza, wskazywała na to, że rywali czeka zderzenie ze swoim odbiciem lustrzanym. Trudno jednak kreować, grać swój piękny, ofensywny futbol, kiedy... nie ma się piłki.

Hiszpanie, pod batutą absolutnie genialnego Rodriego, który zamknął usta wszystkim myślącym, że Złota Piłka dla niego to był zły wybór, grali najwspanialszy koncert tych mistrzostw. To był taktyczny wzorzec z Sèvres. Ten oryginalny to fizyczny walec ze stopu platyny i irydu. Hiszpańska wersja może okazać się czystym złotem, jeśli w niedzielę piłkarze z Półwyspu Iberyjskiego wygrają finał.

Reklama
Reklama

Przepowiednia Vieiry

Deschamps, ze względu na siły, jakimi dysponują z przodu obie ekipy, spodziewał się meczu spektakularnego, ale w najczarniejszych snach nie mógł przewidzieć, że taki rozegra tylko jedna drużyna. Patrick Vieira, były reprezentant Francji, przed meczem stwierdził zuchwale, że „nie widzi nikogo, kto mógłby powstrzymać Trójkolorowych”. Jego słowa paskudnie i szybko się zestarzały.

Hiszpania, która po raz drugi w historii awansowała do finału mundialu, poprzednio wygrała go w 2010 roku, przejechała Francję walcem, następnie włączyła wsteczny i poprawiła. La Furia Roja po raz kolejny pokazała, że jeśli już dociera do półfinału dużego turnieju, jej skuteczność jest bardzo wysoka – blisko 90 procent takich przypadków kończyło się awansem do finału. Nie udało im się tylko raz na osiem prób. Z historycznego punktu widzenia nie byliśmy zatem świadkami wielkiej niespodzianki.

Hiszpania jest genialna. Sposób, w jaki rozgrywa mecze, jak nie dopuszcza przeciwników do sytuacji podbramkowych, jak pracuje cały zespół, w którym bohaterem może być w dowolnym momencie każdy z zawodników, sprawił, że De la Fuente stworzył niemal perfekcyjną maszynę. Nic dziwnego, że nie przegrała ona 37 kolejnych spotkań, a tym samym wyrównała rekord, który wcześniej należał do Włochów. Ustanowili go w latach 2018–2021.

Smutny turniej Deschampsa

Hiszpania w ostatnich latach regularnie pokonuje Francję. Deschamps, który już na zawsze pozostanie nad Sekwaną postacią pomnikową, a wciąż może przecież do srebra z 2022 roku i złota z 2018 dołożyć brąz na tych mistrzostwach, ilekroć musi mierzyć się z tym konkretnym rywalem, ma potężny ból głowy. Przegrał z nimi pięć meczów, nikt nie pokonywał Trójkolorowych pod wodzą Deschampsa tak często.

Reklama
Reklama

Dla selekcjonera Francuzów to trudne mistrzostwa i śmiało można założyć, że półfinałowa porażka nie jest tak wielką stratą, jak ta, której doznał w początkowej fazie turnieju. Nie wolno nam bowiem zapomnieć, że zmarła jego mama. Opuścił nawet Amerykę, by móc wziąć udział w uroczystościach pogrzebowych.

Czytaj również: Argentyna – Anglia 1986. Ręka Boga, gol stulecia i mecz, który przeszedł do historii

Dla Deschampsa, kończącego przygodę w roli selekcjonera, to zatem turniej pełen smutku. Nikt i nic nie odbierze mu jednak chwały – jako zawodnik zdobył z Francją mistrzostwo świata i Europy, a w roli trenera dał ojczyźnie mistrzostwo i wicemistrzostwo świata.

Wobec Hiszpanii był bezradny. Nawet najwspanialszy żołnierz, czyli Mbappé, który na mundialach pod jego wodzą strzelił 20 goli w 20 meczach (rekordowy wynik duetu trener–piłkarz), tym razem nie mógł ożywić Francji. Gwiazdor Realu Madryt nie oddał ani jednego celnego strzału. Mbappé po raz pierwszy w karierze nie zagra w finale mistrzostw świata, co tylko pokazuje, jak mocna w ostatnich latach jest Francja.

Reklama
Reklama

Bohaterowie nieoczywiści

Im więcej mówi się o sile tej drużyny, tym bardziej podbija to wartość zwycięstwa Hiszpanów. Ci grają mistrzostwa marzeń. Podczas całego turnieju jeszcze nie znaleźli się w sytuacji, w której przegrywali. Wynika to z prostego faktu – rywale niewiele są w stanie zrobić pod ich bramką, mają kłopoty z przedostaniem się w okolice pola karnego. Drużyna De la Fuente zachowała na MŚ 2026 aż sześć czystych kont. Podczas jednej imprezy tej rangi nie zdarzyło się to jeszcze nikomu. Warto oczywiście pamiętać, że grano 1/16 finału, a nie tak jak wcześniej – od razu 1/8.

Jeśli ktoś zastanawia się, na czym polega fenomen Hiszpanii, to odpowiedź, która pada najczęściej, brzmi: na zespołowości.

Dodać można do tego bohaterów nieoczywistych. No bo kto wpadłby na to, że będą nimi Mikel Oyarzabal, Dani Olmo czy Pedro Porro.

Reklama
Reklama

Pierwszy ustrzelił już pięć goli, co daje mu miejsce obok legend: Davida Villi z 2010 roku i Emilio Butragueño, słynnego „Sępa”, który zdobył pięć bramek w 1986 roku w Meksyku.

Olmo pracuje jak wół dla zespołu, ma już na wielkich turniejach osiem asyst, tyle co Cesc Fàbregas.

Z kolei zawodnik Tottenhamu, Porro, potwierdza dużą klasę. Przed laty wielki Fernando Hierro mógł poszczycić się więcej niż jednym golem strzelonym na mundialu jako obrońca, teraz dołączył do niego Porro.

Hiszpania nie potrzebuje magii Lamine’a Yamala, by wygrywać. Nie musi oglądać się na jednostki, gdy przychodzi kryzys. Po pierwsze dlatego, że ma drużynę, po drugie – nie ma kryzysów.

Reklama
Reklama

Wątpili w De la Fuente

Jedno jest pewne – jeśli ten mecz oglądali piłkarze Anglii i Argentyny, którzy dziś wybiegną na boisko w Atlancie, to z pewnością odczuli dyskomfort. Bo Hiszpania wyglądała na zespół nietykalny, niemożliwy do pokonania.

Warto natomiast pamiętać, że futbol nie działa w taki sposób. Przede wszystkim – trudno zagrać dwa perfekcyjne mecze z rzędu. Piłkarskie spektakle zależą od zbyt wielu czynników, a wykonawcami są tylko ludzie. Ktoś może mieć słabszy dzień, ktoś może szybko strzelić gola. Przy całym szacunku do taktyk i strategii wciąż mnóstwo zależy również od szczęścia. Dlatego nie możemy jeszcze zakładać na szyje Hiszpanów złotych medali.

Plus z perspektywy angielskiej i argentyńskiej jest taki, że dostali na tacy materiał poglądowy z najlepszej wersji funkcjonowania Hiszpanii. Czy jednak można znaleźć na to antidotum?

Hiszpańscy kibice są zachwyceni nie tylko stylem gry ich drużyny, ale również faktem, że momentum przyszło w idealnym momencie. Perfekcyjna wersja wielkiej drużyny wyłoniła się w końcowej fazie turnieju. Jeden z brytyjskich ekspertów użył pięknego określenia – że „Hiszpania była jedwabista”.

Reklama
Reklama

Na Półwyspie Iberyjskim nikt już nie ośmieli się podważyć pozycji De la Fuente. A w przeszłości różnie z tym bywało. Tak jak Ståle Solbakken znalazł się na celowniku norweskich kibiców przed laty, tak obecny selekcjoner Hiszpanii został uznany przez żądnych sukcesów i niezwykle wymagających fanów za opcję co najmniej średnią. Widzieli w nim raczej zbawcę młodych drużyn narodowych, człowieka, który przygotowuje narybek, ale jego rozwiniętą wersję oddaje komuś bardziej doświadczonemu. Jak się mówi w futbolu: „komuś z nazwiskiem”.

Ostatnie trzy lata pokazały jednak, jakim trenerem jest De la Fuente. Zwycięstwo w Lidze Narodów było preludium do tytułu mistrza Europy w 2024 roku. Teraz Hiszpania jest w finale MŚ i nawet jeśli go przegra, to i tak będzie to wielki sukces.

Warto pamiętać, że nie znalazła się w nim łatwo, lekko i przyjemnie, jak mógłby na to wskazywać mecz z Francją. Przecież remis 0:0 z Republiką Zielonego Przylądka był dużą wpadką, a zwycięstwa nad Portugalią i Belgią w fazie pucharowej zrodziły się w bólach, po mocnych końcówkach.

– To jest proces. Wszystko zostało zaplanowane tak, żebyśmy właśnie w tym momencie znaleźli się w najlepszej możliwej formie – tłumaczył spokojnie De la Fuente. – Odzyskaliśmy ducha z 2010 roku. Charakter tej drużyny pokazuje fakt, że zawodnicy, którzy nie zagrali, zostali po meczu, żeby trenować.

Reklama
Reklama

Mecz pokazowy

Król Hiszpanii Filip VI zadzwonił do selekcjonera, a ludzie wyszli na ulice miast, żeby świętować sukces. Media natomiast oszalały na punkcie drużyny kroczącej po złoto. W relacjach często pojawia się słowo „aplastar”, czyli „zmiażdżyć, rozbić”.

Czytaj też: Półfinały MŚ 2026 bez niespodzianek. W grze zostały cztery najlepsze reprezentacje świata

„El País” pisze: „Nikt nie kocha piłki tak jak Hiszpania”. Za tą frazą kryją się takie pojęcia, jak zrozumienie gry, nadanie jej zupełnie innego wymiaru i odbieranie nadziei rywalowi.

Dziennikarze, choć wskazali zespołowość jako główny powód awansu do finału, mają jednak swoich bohaterów. „AS” daje tytuł: „Cesarz i mag”. Ten pierwszy to Rodri, drugi – Olmo.

Reklama
Reklama

I wreszcie „Mundo Deportivo”: „Mecz pokazowy”.

Ten ostatni tytuł idealnie podsumowuje występ Hiszpanów w Dallas. Czekamy na kolejny, w finale. Mając nadzieję, że rywal jednak przyjedzie.

Przemysław Rudzki
Przemysław RudzkiOd ponad dwudziestu lat dziennikarz sportowy, zakochany w brytyjskim futbolu, kinie i poczuciu humoru. Na Zero.pl pisze o rzeczach, o które nikt by go nie podejrzewał.
Reklama
Reklama