Narodowemu Bankowi Polskiemu grozi kryzys zarządczy i związany z nim paraliż decyzyjny. Bieg wypadków, jeśli chodzi o próbę postawienia Adama Glapińskiego przed Trybunałem Stanu, znacząco przyspieszył: stosowny wniosek będzie rozpatrywany przez Sejm. Przyspiesza też kalendarz: już za niecały miesiąc kończy się kadencja ostatniego z wiceprezesów NBP, Adama Lipińskiego – a następcy nie ma, bo jego powołanie uniemożliwia polityczno-prawny pat i spór pomiędzy bankiem centralnym a rządem. Powiedzieć, że wszystkie te okoliczności nie sprzyjają polskiej walucie i utrzymywaniu stabilności krajowego systemu finansowego, to tyle, co nie powiedzieć nic.
Scenariusz Trybunału Stanu dla Adama Glapińskiego coraz bardziej realny
W piątek, 9 października, sejmowa Komisja Odpowiedzialności Konstytucyjnej poinformowała, że składa wniosek o postawienie szefa NBP Adama Glapińskiego przed Trybunałem Stanu. Wniosek ten będzie poddany pod głosowanie Sejmu, który podejmie ostateczną decyzję w formie uchwały. Głosowanie komplikuje jednak wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 2024 r., który uznał obowiązujące dotąd przepisy w sprawie postawienia prezesa NBP przed TS za niezgodne z ustawą zasadniczą.
Czytaj więcej: Trybunał Stanu dla Adama Glapińskiego. Klamka zapadła
Po tym wyroku prawnicze autorytety do dziś spierają się o to, czy Sejm może głosować nad wnioskiem o Trybunał Stanu dla prezesa NBP zwykłą większością, czy większością 3/5 głosów. W galimatiasie różnych interpretacji, różniących się niuansami w pełni zrozumiałymi tylko dla konstytucjonalistów, łatwo wyobrazić sobie jednak scenariusz, w którym Sejm przegłosowuje uchwałę, przesyła ją do przewodniczącego Trybunału Stanu (jest nim pierwszy prezes Sądu Najwyższego, czyli sędzia Zbigniew Kapiński), a ten uznaje, że może nadać bieg uchwale – i postępowanie przed TS się rozpoczyna.
Co wtedy? TK zakwestionował wprawdzie automatyczne zawieszenie szefa banku centralnego po przegłosowaniu wniosku w Sejmie, ale znów – wiadomo tyle, że nic nie wiadomo. I tu zaczynają się problemy.
Sporny status Adama Glapińskiego lub jego zawieszenie będzie miało wpływ na sytuację w Radzie Polityki Pieniężnej, bo prezes NBP jest też przewodniczącym tego gremium, które ustala poziom stóp procentowych w Polsce.
Jeden z członków RPP, Ludwik Kotecki, na antenie TVN24 ocenił, że Rada jakoś sobie w tej sytuacji poradzi. – Zgodnie z ustawą i regulaminem Rady, w czasie nieobecności przewodniczącego, posiedzeniu przewodniczy jeden z członków Rady – powiedział, dodając, że na osobę pełniącą rolę przewodniczącego w przypadku ewentualnego braku prezesa wyznaczono Ireneusza Dąbrowskiego.
Ale Ludwik Kotecki przyznał zarazem, że mogłyby wystąpić trudności ze zwoływaniem posiedzeń RPP. Nie dzieje się to bowiem automatycznie – posiedzenia zwołuje prezes NBP jako przewodniczący Rady. Gdyby doszło do zawieszenia Adama Glapińskiego, zadanie to mógłby wziąć na siebie pierwszy wiceprezes NBP. Tak było po katastrofie smoleńskiej w 2010 r., w której zginął ówczesny szef polskiego banku centralnego, Sławomir Skrzypek. Ale teraz pierwszego wiceprezesa NBP nie ma. I nie wiadomo, czy będzie.
Pat w zarządzie NBP
Tu sprawa Trybunału Stanu dla Adama Glapińskiego splata się z innym potencjalnym kryzysem, dotyczącym braku kworum w zarządzie NBP. W marcu upłynęła kadencja pierwszej wiceprezes i prawej ręki Glapińskiego, Marty Kightley. Szef NBP chciał uzupełnić ten wakat, podobnie jak trzy inne. Stosowny wniosek wysłał do Pałacu Prezydenckiego (zgodnie z przepisami), a Pałac skierował pismo dotyczące obsadzenia wakatów do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Donald Tusk odesłał je jednak bez kontrasygnaty.
Nikt nie piastuje zatem stanowiska I wiceprezesa NBP, a na dodatek na początku listopada kończy się kadencja II wiceprezesa, Adama Lipińskiego. Póki Lipiński jest w zarządzie, jest też ustawowe kworum (ustawa o banku centralnym mówi o wymaganych 6–8 członkach, w tym o dwóch wiceprezesach). Kiedy Lipińskiego zabraknie, zarząd NBP będzie miał pięcioro członków, nie licząc Adama Glapińskiego. Wtedy utraci decyzyjność.
We wniosku o uzupełnienie wakatów w zarządzie z lutego br. Adam Glapiński wnioskował o powołanie w skład zarządu NBP 4 osób: ponownie Marty Kightley, a także Ludwika Koteckiego, Przemysława Litwiniuka i Marcina Zarzeckiego (wszyscy zasiadają obecnie w RPP). Donald Tusk nie odniósł się nigdy do tego, dlaczego nie podpisał nominacji, na które zgodził się prezydent. Jakiś czas temu portal Radia Zet podał, powołując się na własne informacje, że prezes NBP zrezygnował z ponownego występowania o uzupełnienie wakatów i nie wysłał stosownego pisma do Kancelarii Prezydenta RP. Dementuje to jednak bank centralny.
„W związku z błędnie przekazywanymi w mediach informacjami wyjaśniamy, że Narodowy Bank Polski ponownie wystąpił do Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej z wnioskami o powołanie członków Zarządu NBP” – przekazał w wiadomości dla Zero.pl rzecznik prasowy NBP Maciej Antes.
„W tej kwestii, jak już wcześniej informowaliśmy, NBP zrealizował wszystkie możliwe działania na podstawie przepisów prawa” – dodał.
Przepychanki wokół NBP trwają, zapłacimy wszyscy
Przepychanki polityczno-prawne trwają w najlepsze, a kluczową dla stabilności polskiego systemu finansowego instytucję powoli ogarnia kryzys. Tymczasem sytuacja międzynarodowa i otoczenie gospodarcze są wyjątkowo wymagające: kryzys paliwowy wywołany przez wojnę na Bliskim Wschodzie podbił inflację, za wschodnią granicą Polski wciąż trwa wojna, złoty się osłabia, rentowności polskich obligacji rosną, a agencja ratingowa Moody's tnie rating Polski, wskazując na narastające ryzyka po stronie finansów publicznych.
Na Narodowym Banku Polskim spoczywają dwa ustawowe zadania: działanie na rzecz stabilności krajowego systemu finansowego oraz kształtowanie warunków niezbędnych do rozwoju systemu bankowego (art. 3 ust. 2 pkt 6a i 6 ustawy o NBP). Trudno liczyć na to, że w chaosie prawnym i przy paraliżu decyzyjnym w zarządzie bank centralny będzie mógł się z tych zadań wywiązywać. A nawet jeśli będzie działał w oparciu o wypracowane doraźnie rozwiązania tymczasowe, ściągnie na siebie ryzyko oskarżeń o działanie wbrew prawu.
Co ciekawe, świadomość tego ma przedstawiciel koalicji rządzącej – minister finansów i gospodarki Andrzej Domański, który, gdyby mógł, pewnie postawiłby raczej na spokojną kohabitację z prezesem NBP. Można to wyczytać z jego słów z lutego br., kiedy, pytany o to, czy opowiada się za postawieniem Adama Glapińskiego przed TS, odparł: – Nie krytykuję działań Narodowego Banku Polskiego, ponieważ akurat minister finansów jest pewnie jedyną osobą w państwie, na której wypowiedzi bardzo uważnie patrzą rynki finansowe, i takie napięcia, próby dyskusji o niezależności banku centralnego są po prostu bardzo źle odbierane. I później za takie napięcie płacą wszyscy podatnicy w postaci wyższego kosztu oprocentowania polskich obligacji.
– Oczywiście zależy mi na tym, aby praca Narodowego Banku Polskiego przebiegała w sposób płynny – dodał Domański. – Aby nie dochodziło do jakichś niepotrzebnych zaburzeń, w sensie, że nie ma odpowiedniej liczby członków w zarządzie.
Czytaj także: Czy wniosek o Trybunał Stanu dla szefa NBP wstrząśnie rynkami? „To jest odlot”
To, na czym zależy Andrzejowi Domańskiemu, raczej się jednak nie ziści, za to ministrowi finansów przybędą nowe powody do zmartwień: ryzyko odwrotu inwestorów od polskich papierów skarbowych, dalszego osłabienia złotego czy niejasności prawnej dotyczącej tego, czy decyzje RPP o poziomie stóp procentowych będą w ogóle miały przełożenie na rynek, ponieważ to właśnie zarząd NBP zajmuje się wdrażaniem polityki pieniężnej. A to już może wywołać chaos podobny do tego, jaki do dziś towarzyszy kwestionowaniu wyroków tzw. neosędziów.
Może zainteresuje Cię także:


