Reklama
Kraj

Nauczyciele będą zdawać państwowy egzamin? Jest propozycja zmian

Przyszłych nauczycieli czeka państwowy egzamin? Pomysł brzmi rozsądnie, dopóki nie zadamy jednego pytania: dlaczego państwo chce dodatkowo sprawdzać absolwentów, zamiast skutecznie pilnować uczelni, które nadają im kwalifikacje?

Łukasz Wolański
Opinia autorstwa: Łukasz Wolański
Dzisiaj 12:41
5 min
Zamiast kolejnej bariery wejścia do zawodu nauczyciela potrzebny jest skuteczny nadzór nad uczelniami i jasny system potwierdzania kwalifikacji (fot. Getty Images)
TYLKO NA

Rada ds. monitorowania wdrażania reformy oświaty im. Komisji Edukacji Narodowej, działająca przy Instytucie Badań Edukacyjnych, zaproponowała ostatnio wprowadzenie państwowego egzaminu zawodowego dla przyszłych nauczycieli. Towarzyszyć miałyby mu zmiany w standardzie ich kształcenia. Brzmi pięknie: państwo sprawdzi, kto rzeczywiście jest przygotowany do pracy w szkole. Niemal słychać fanfary profesjonalizacji. Tyle że ta wizja ma w sobie więcej z baśni niż z programu naprawczego.

Pięć problemów nauczycieli i dziesięć decyzji do podjęcia natychmiast

Kolejna bariera

Po pierwsze, egzamin nie rozwiąże problemu osób, które już uzyskały kwalifikacje i weszły do zawodu. Nie uzupełni wiedzy i umiejętności tych, których wcześniej przygotowano niewystarczająco. Sprawdzimy kolejnych kandydatów, a skutki wcześniejszych zaniedbań pozostaną w szkołach.

Po drugie, dokładamy kolejną barierę wejścia do zawodu, w którym w wielu specjalizacjach już dziś występują problemy z pozyskaniem nauczycieli. Można oczywiście zaostrzać selekcję. Warto tylko wcześniej odpowiedzieć na pytanie, czy system będzie miał jeszcze wystarczająco wielu kandydatów, których będzie można selekcjonować.

Reklama
Reklama

Uczelnie świętują rekordową rekrutację. Nie wiedzą, co nadchodzi

Po trzecie, i moim zdaniem najważniejsze, trzeba zapytać, dlaczego państwo chce tworzyć kolejny mechanizm weryfikacji, skoro nie potrafi skutecznie egzekwować standardów, które już obowiązują. To przecież uczelnie powinny kształcić nauczycieli i rzetelnie sprawdzać ich przygotowanie. Państwo powinno zaś dopilnować, żeby dyplom i świadectwo ukończenia kształcenia rzeczywiście coś potwierdzały. Jeżeli uczelnia przez lata może prowadzić kształcenie niezgodne ze standardem, a reakcja przychodzi dopiero wtedy, gdy kolejny rocznik zdąży już odebrać dokumenty, problem leży nie tylko po stronie absolwenta. Leży również po stronie systemu nadzoru.

I właśnie ten problem słusznie opisuje sama Rada. Wskazuje na wybiórczą implementację standardu, niespójność programów kształcenia, fasadowe mechanizmy zapewniania jakości, nieskuteczność nadzoru zewnętrznego oraz brak realnych konsekwencji za naruszenia. To nie jest argument przeciwko kontroli jakości. To argument za tym, żeby najpierw skutecznie wykorzystać narzędzia, które państwo już posiada.

Szczególnie dobrze widać to na przykładzie studiów podyplomowych, o czym sam wiele razy pisałem. Zanim system wykryje nieprawidłowości i skutecznie zareaguje, kolejny rocznik może już odebrać świadectwa. Napomnienie nie cofnie dokumentów ani nie nauczy absolwentów tego, czego uczelnia ich nie nauczyła. A poprawa dla przyszłych roczników? Jeszcze trzeba ją skutecznie wyegzekwować.

Reklama
Reklama

Właściwy podział odpowiedzialności

Egzamin może jednak zweryfikować absolwenta. Nie zweryfikuje jednak jakości procesu, który doprowadził go do egzaminu. Jeśli uczelnia przez kilka lat źle przygotowuje przyszłych nauczycieli, państwowy egzamin może wykryć skutki tego problemu, ale sam problemu nie usunie. W tym sensie egzamin może być elementem systemu, ale nie może stać się jego substytutem. Jeżeli państwo uznaje, że dyplom ukończenia studiów nie daje wystarczającej gwarancji przygotowania do zawodu, powinno najpierw odpowiedzieć, dlaczego system kształcenia i jego nadzoru nie zapewnia tego, co zapewniać powinien.

Piątka już nie znaczy „bardzo dobry”. Szkolne oceny tracą sens

Wracając do egzaminów. Gdyby pomysł potraktować poważnie, trzeba zadać pytania dodatkowe: kto miałby prowadzić takie egzaminy? Osoby z doświadczeniem akademickim, praktycznym czy łączącym oba te światy? Jak zagwarantować ich kompetencje, bezstronność i porównywalność ocen? Kto będzie odpowiadał za standard egzaminu i jego aktualizację?

Jeżeli mamy podejmować duży wysiłek organizacyjny, warto rozważyć rozwiązanie szersze niż sam egzamin: organ, który będzie wiążąco weryfikował i ustalał kwalifikacje nauczycieli. Tak, żeby nauczyciel i dyrektor wiedzieli wreszcie jednoznacznie, gdzie i czego dana osoba może uczyć, jakie wymagania spełnia i na jakiej podstawie uzyskała dane uprawnienia. To jest nawet łatwiejsze do zrobienia niż egzaminy, więc może od tego należałoby zacząć? Taki system nie zastępowałby uczelni. Przeciwnie, przywracałby właściwy podział odpowiedzialności. Uczelnia odpowiadałaby za jakość kształcenia, państwo za jakość i skuteczność nadzoru, a końcowy system kwalifikacji za jasne potwierdzenie tego, co nauczyciel rzeczywiście może robić.

Reklama
Reklama

Egzamin byłby niezłym pomysłem ćwierć wieku temu. Dziś przypomina zakładanie siatki na okno, gdy po pokoju lata już cała chmara owadów. Siatka może się przydać. Ale do posprzątania pokoju jeszcze daleka droga.

Źródło: Zero.pl
Łukasz Wolański
Łukasz WolańskiDoktor nauk chemicznych, pracownik naukowy Uniwersytetu Warszawskiego, członek zespołu ds. praw i obowiązków ucznia przy MEN - autor zewnętrzny
Reklama
Reklama