Reklama
Reklama
Reklama

Co się dzieje z polską szkołą? „Tyrają po 60 godzin, a my mówimy: płatki śniegu”

TYLKO NA
sroczynski-edukacja_listing
Polscy uczniowie biją rekordy w badaniu PISA 2025, choć jednocześnie najbardziej ze wszystkich nie lubią szkoły (fot. Getty Images)

Rodzice ochrzaniają nauczycieli, nauczyciele nienawidzą rodziców, a dzieci mają dowieźć wynik. I dowożą, ale strasznym kosztem – o najnowszym badaniu PISA 2025 z Marcinem Kędzierskim rozmawia Grzegorz Sroczyński.

Grzegorz Sroczyński, Zero.pl: „Polscy uczniowie są mistrzami świata i okolic” – czytam po publikacji wyników międzynarodowego badania PISA 2025. Czytanie ze zrozumieniem, matematyka, nauki przyrodnicze – nasze dzieci osiągnęły wyniki grubo powyżej średniej. A ty się krzywisz i psujesz zabawę. „Dla mnie to jest obraz zapaści systemu” – napisałeś. Dlaczego?

Marcin Kędzierski, ekonomista: Bo te liczby są jednocześnie dobre i złe. Jeżeli jesteśmy liberałami i wierzymy w parametryzację – jak obecne kierownictwo ministerstwa edukacji i władze Instytutu Badań Edukacyjnych – to wyniki PISA mogą cieszyć, ale jak popatrzysz z punktu widzenia kondycji polskiej szkoły, to raczej zobaczysz dramat.

Gdzie widzisz ten dramat?

Z badania PISA płyną dwie niepokojące informacje. Pierwsza to wysoki odsetek młodzieży, która nie uzyskuje nawet podstawowych kompetencji. 24 proc. polskich piętnastolatków – niemal co czwarty – nie osiągnęło nawet poziomu drugiego, czyli absolutnej podstawy, w kategorii „czytanie ze zrozumieniem”. W szkołach branżowych, czyli starych zawodówkach, ten odsetek wyniósł niemal 70 procent. To jest katastrofalna informacja. Siedmiu na dziesięciu uczniów tych szkół może mieć problemy w codziennym funkcjonowaniu.

Reklama
Reklama

Piątka już nie znaczy „bardzo dobry”. Szkolne oceny tracą sens

Jakie?

Nie będą w stanie przeczytać ze zrozumieniem umowy o pracę, instrukcji, rozkładu jazdy. Chodzi o naprawdę bardzo podstawowe sprawy. Jesteś też absolutnie bezradny wobec zalewu gównianych informacji z internetu. Oczywiście można się pocieszać, że w innych krajach europejskich bywa gorzej, ale trzeba pamiętać, że wiele z nich ma duży odsetek dzieci w szkołach z doświadczeniem migracji, które mogą nie znać dobrze języka i w „czytaniu ze zrozumieniem” wypadają gorzej. U nas to nie Syryjczycy czy Afgańczycy, ale młodzież mówiąca po polsku od dziecka nie rozumie czytanego tekstu.

Druga rzecz, którą widać w wynikach badania PISA, to to, że polscy uczniowie w skali międzynarodowej relatywnie najbardziej nie lubią szkoły, nie są zainteresowani lekcjami, nie czują związku ze szkołą. I bardzo źle oceniają zaangażowanie nauczycieli – w tej kategorii jesteśmy na szarym końcu stawki. Natomiast jeśli chodzi o zaangażowanie rodziców w edukację – tu jesteśmy na szczycie. Ten drugi wskaźnik rośnie i jest jednym z najwyższych w państwach Europy.

Rośnie zaangażowanie rodziców?

Bo oni wyręczają szkołę. Jak pogrzebiesz w wynikach PISA, to widzisz, że wśród uczniów panuje powszechne przekonanie, że za ich edukację odpowiadają rodzice, a nie szkoła. Że jeśli coś naprawdę dobrze umieją, to raczej pomimo szkoły, a nie dzięki szkole. Gdy popatrzysz z kolei na rekordowe polskie dane o liczbie zajęć pozalekcyjnych i korepetycji, to wtedy ten obrazek układa się w całość.

Reklama
Reklama

Lubnauer: Gdy zawyją syreny, będzie za późno. Szkoły muszą być lepiej przygotowane

Powiedziałeś, że rośnie zaangażowanie rodziców, a z kolei zaangażowanie nauczycieli jest słabe.

Tak. Uczniowie postrzegają ich jako totalnie niezainteresowanych swoją pracą. Pod względem zaangażowania nauczycieli ocenianego przez uczniów Polska wypada jako jeden z najsłabszych krajów OECD.

Ale co to dokładnie znaczy?

Chodzi na przykład o zainteresowanie tym, na ile klasa rozumie omawiany materiał: podejście do ucznia, zadanie dodatkowego pytania, wyjaśnienie czegoś raz jeszcze. Z tego, co pamiętam, pytanie w badaniu PISA dotyczy wprost sprawdzania przez nauczyciela, czy uczniowie rozumieją to, co mówi. Oczywiście PISA to nie jest miara obiektywna, bo badamy percepcję uczniów. Możliwe, że wizerunek nauczycieli jest dzisiaj tak kiepski, że uczniowie odruchowo po nich jadą, bo społecznie jest na to przyzwolenie. Ale ciężko całkowicie abstrahować od tego, że na zaangażowanie i kompetencje nauczycieli, zwłaszcza od czasu pandemii COVID-19, zwracają uwagę zarówno rodzice, którzy mogli zobaczyć nauczycieli „w akcji”, jak również dyrektorzy szkół. Regularnie z nimi rozmawiam i powiem oględnie: nie słyszę zbyt wiele dobrych rzeczy o nauczycielach. Jeżeli popatrzymy na nauczyciela jako kluczowy element systemu, to coś nam się tutaj totalnie psuje.

Reklama
Reklama

Mamy beznadziejnych nauczycieli?

Nie lubię tego określenia, lepiej powiedzieć, że mamy beznadziejnie przygotowanych nauczycieli.

Co za różnica?

Jest. Jak mówisz: „Mamy beznadziejnych nauczycieli”, to wychodzi, że to ich wina.

A czyja?

Systemu. Są źle przygotowani, nie mają żadnej realnej superwizji i żadnych bodźców motywacyjnych, a rozwój czy awans zawodowy ma głównie charakter biurokratyczny. Czy się starają, czy olewają, dostaną taką samą kasę. Większość nauczycieli jest po pięćdziesiątce, ponad połowa to nauczyciele dyplomowani. Dostają już całkiem niezłe pieniądze, zwłaszcza na prowincji, jeśli uwzględnimy dodatki wiejskie i nadgodziny, a trzeba pamiętać, że mamy w Polsce stosunkowo niskie pensum – 18 godzin lekcyjnych tygodniowo. Przy brakach kadrowych o te nadgodziny nietrudno.

Kiedy rozmawiam z młodszymi dyrektorami, którzy są w okolicach czterdziestki, mówią, że ciężko pracuje się z nauczycielami po pięćdziesiątce, bo oni z jednej strony wiedzą, że system na nich wisi, a z drugiej strony za chwilę idą na emeryturę, więc podstawowe nastawienie mają takie: chcę dotrwać, dajcie mi święty spokój. Poza tym mają przekonanie, że pracują już 30 lat, więc są fantastyczni. Ciężko w ogóle dać im taką informację zwrotną: słuchaj, minęło 30 lat od twoich studiów, mamy nowe metody, trochę inną młodzież. Świetnie to było widać przy dyskusji o zadaniach domowych. Ze strony nauczycieli była panika, bo ci starsi – nie mówię, że wszyscy, ale większość na pewno – potrafią uczyć głównie poprzez motywowanie ocenami, czyli metodą kija i marchewki. Jak im to zabierzesz, są absolutnie bezradni wobec dzieci i nie mają narzędzia, którym mogą dyscyplinować. Zatrzęsienie prac domowych, nad którymi rodzice często muszą ślęczeć z dziećmi do nocy, to nie jest tak naprawdę kwestia przeładowanego programu. Jak patrzysz, co obecnie jest w programie, to jest to do ogarnięcia w kilka tygodni przy efektywnym procesie dydaktycznym.

Reklama
Reklama

Atak w podstawówce na Podlasiu. 11-latek zaatakował dziewczynkę toporkiem

Jak to w kilka tygodni?

No po prostu. My z żoną nasze dzieci uczymy w edukacji domowej i gdybym się postarał, byłbym w stanie w dwa tygodnie przerobić z nimi geografię czy historię. Program nie jest aż tak przeładowany, jak się uważa, jest też regularnie okrajany, może z wyjątkiem biologii i chemii, ale to na inną dyskusję. Natomiast efektywność procesu dydaktycznego w polskich szkołach jest beznadziejna. Masz w klasie 25 uczniów, którzy są już bardzo zmęczeni, bo w ostatnich klasach podstawówki siedzą w ławkach niemal 40 godzin lekcyjnych w tygodniu i potrafią mieć fizykę na siódmej godzinie lekcyjnej w piątek. Mają 15 lat, serdecznie wszystkiego dosyć, są zmęczeni wszechobecnym hałasem, są w okresie młodzieńczego buntu, a ty jako nauczyciel musisz jeszcze przez 45 minut tę grupę jakoś ujarzmić. Tam w ogóle nie ma mowy o jakiejkolwiek dydaktyce, jedyne, o czym myślisz, to jak przeżyć. A ponieważ musisz jednak podstawę zaliczyć, mówisz: „Przeróbcie sobie to w domu”. Spychasz obowiązki na rodziców. Jeśli nie ma prac domowych, nauczyciel jest spanikowany. Nie może wyegzekwować od ucznia, żeby to zrobił, i nie wie, jak przerobić materiał. W tym modelu – fizyka w piątek na siódmej lekcji – po prostu nie jest w stanie niczego nauczyć.

Reklama
Reklama

Powiedziałeś, że polscy uczniowie są w światowej czołówce, jeśli chodzi o niechęć do szkoły i poczucie bezsensu szkoły. To jest pewne?

To ma solidne podstawy. W Polsce w ramach PISA bada się ponad siedem tysięcy dzieciaków z ponad 200 szkół. To nie jest przypadkowa krótka rozmowa – badanie trwa dwie godziny.

Pięć problemów nauczycieli i dziesięć decyzji do podjęcia natychmiast

I byli po prostu pytani, czy lubią szkołę, czy widzą w niej sens?

Tam nie ma takich prostych pytań. Są pytania krzyżowe. Metodologicznie badanie PISA jest dobrze przygotowane. Ludzie na całym świecie siedzą nad tym od lat. Pytania dotyczą tego, czy w szkole jesteś akceptowany, czy szkoła to twój dom – w takim sensie, że dobrze się tam czujesz.

I polscy uczniowie czują się w szkole źle?

Tak. Absolutny światowy top, zwłaszcza jeśli popatrzymy na dziewczyny. Przy czym jeżeli chodzi na przykład o bullying, czyli przemoc w szkole, to nie wypadamy bardzo źle na tle innych krajów. Chodzi raczej o generalne poczucie bezsensu szkoły – że ona jest nudna i niewiele daje. Mamy też rekordowy odsetek spóźnień i absencji w Europie. Polskie dzieciaki z różnych powodów do szkoły po prostu nie chodzą, jeśli tylko mają jakiś pretekst. Bo po co? Nie widzą sensu nauki szkolnej. Jednocześnie wielu polskich uczniów jest bardzo ambitnych, chcą się rozwijać. Są też bardziej niż dzieci z innych krajów zainteresowane tym, co dzieje się na świecie – tutaj wypadamy powyżej średniej w OECD. Jest w nich ciekawość, ale jak to zaczyna się przekładać na pytanie o zainteresowanie lekcjami w szkole, momentalnie jest zjazd.

Reklama
Reklama

Jak to interpretujesz?

Najprościej: są szkołą zmęczeni. Są zmęczeni obciążeniem czasowym, bo siedzą w ławkach długie godziny, są zmęczeni obciążeniem wynikającym z tego, że polska szkoła w dużej mierze jest nastawiona na zakuwanie i zdawanie egzaminów: dobrze zdać egzamin ósmoklasisty, dostać się do lepszego liceum itd. Tutaj dochodzimy do kwestii rodziców. Nauczyciele narzekają na dużą presję rodziców na szkołę, a ta presja przekłada się też na dzieci. Dostaję szału, kiedy słyszę opowieści, że młodzi ludzie w Polsce to dziś takie płatki śniegu. Jakie płatki śniegu?! Dzieciaki zapierdzielają 40 godzin w tygodniu, pod ogromną presją, a razem z zajęciami pozalekcyjnymi tyrają po 60 godzin. Jeśli dodamy czas spędzony w szkole i na zajęciach pozalekcyjnych, też jesteśmy w absolutnej światowej czołówce. Zasuwają jak mali Koreańczycy, a my mówimy: płatki śniegu. To w ogóle nie jest opowieść o Polsce.

Uczelnia obiecała kwalifikacje, państwo je podważa. Nauczyciele dowiadują się, że mogą stracić etat

Jak tłumaczysz to, że z jednej strony polskie dzieci są znudzone szkołą, czują jej bezsens, czują ogromną niechęć do szkoły, a z drugiej strony w badaniach PISA osiągają bardzo dobre wyniki we wszystkich niemal kategoriach?

Reklama
Reklama

Bo polskie dzieci umieją w testy. Od kilkunastu lat są w tym tresowane. Do tego dochodzi presja rodziców na wynik, który dzieci osiągają, zakuwając w domu lub przy pomocy korepetycji. Rodzice obecnych piętnastolatków zostali wychowani w latach 90. w kulturze zapierdolu – „spałem w jeziorze” i te wszystkie opowieści. Mają mocno zinternalizowane reguły konkurencji. To jedyny sposób myślenia, który znają i automatycznie przekładają na swoje dzieci: „Maszeruj albo giń”. I zresztą dane już spoza badania PISA mówią, że co czwarty polski nastolatek ma jakieś problemy psychiczne. Można patrzeć na to oddzielnie, a można zobaczyć, że to dwa elementy tej samej historii.

W badaniach PISA wyraźnie widać, że polscy rodzice są nawet nadmiernie zainteresowani tym, co dzieje się w szkole, pytają o szkołę, nieustannie sprawdzają, co tam się dzieje. W Polsce nadzór rodziców nad szkołą i ich zainteresowanie szkołą są większe niż w krajach, w których rodzice generalnie uważają, że szkoła działa w miarę dobrze i nie trzeba jej nadzorować.

Ta potrzeba nadzoru skąd się u nas wzięła?

Już o tym wspomniałem: moim zdaniem takim game changerem była pandemia. Nagle rodzice zobaczyli nauczycieli w działaniu. Polskie dzieciaki były na edukacji zdalnej najdłużej spośród dzieci ze wszystkich krajów OECD. Rodzice patrzyli, jak nauczyciele prowadzą lekcje, zobaczyli, że to jest słabe, więc weszli w tryb nieustannej kontroli. Dlatego rodzice są roszczeniowi, upierdliwi i nieustannie się wtrącają.

Reklama
Reklama

W polskiej szkole występuje bardzo toksyczny miks: jeśli jesteś nauczycielem, masz słabe bodźce motywacyjne, a jednocześnie bardzo silne poczucie nadmiernej kontroli. Nie możesz wylecieć z roboty, ale jednocześnie boisz się, za przeproszeniem, opierdolu rodziców i dyrekcji. Może nie tyle boisz się – nic ci przecież nie zrobią, z roboty nie wylecisz – co uważasz, że to jest upierdliwe i męczące. Czujesz się zaszczuty. Zaszczuty, a nie zmotywowany. To tak działa.

Żeby szkoła jako instytucja społeczna mogła funkcjonować, musi być oparta na zaufaniu. A w Polsce masz totalną nieufność rodziców wobec nauczycieli, co przekłada się na nieufność uczniów wobec nauczycieli, a potem nauczycieli wobec rodziców, nauczycieli wobec dyrekcji i odwrotnie, a dalej kuratorów wobec nauczycieli itd. To system – powtórzę – w którym masz słabe bodźce motywacyjne, a jednocześnie poczucie nieustannej kontroli.

Z badań PISA wynika, że polscy uczniowie są też w ogonie, jeśli chodzi o wytrwałość.

Jeżeli ucznia coś nudzi, to szybko odpada. Proste. A edukacja szkolna generalnie oceniana jest jako nudna. Zajęcia poza szkołą mogą być bardziej atrakcyjne, na korepetycjach nauczyciel ciekawiej prowadzi zajęcia niż ktoś, kto ma 25 uczniów – głodnych, zmęczonych, hałasujących. Jeden wielki harmider. Takie lekcje nie są ciekawe, więc po prostu się wyłączasz.

Reklama
Reklama

No dobrze, ale jak to możliwe, że nie są wytrwali, a jednocześnie mają bardzo dobre wyniki w czytaniu ze zrozumieniem, matematyce, naukach o przyrodzie?

Nasz system jest pełen paradoksów. Gdybyś zestaw danych z badania PISA na temat Polski dał jakiemuś badaczowi z innego kraju, komukolwiek zajmującemu się edukacją, powiedziałby: „Kurde, to w ogóle nie ma prawa działać. Nic się nie spina”. Nasze wyniki są naprawdę dziwaczne. Jak to może działać tak fantastycznie w sytuacji, w której tak bardzo nie działa? Dobre pytanie.

Zmiany tuż przed pierwszym dzwonkiem? Tak nie da się zarządzać szkołą

Jak ty sobie odpowiadasz na to pytanie?

Już o tym mówiłem: nasze dzieci dobre wyniki osiągają dzięki rodzicom, którzy z nimi ślęczą nad podręcznikami, i dzięki korepetycjom. Nie dzięki szkole. Jeśli mamy w Polsce bardzo silną orientację rodziców na wyniki i przekonanie, że dziecko ma zdobywać dobre stopnie, to gdy szkoła tego nie dowozi, no to trudno, trzeba dowieźć to samemu. Nawet jeżeli powiem: „Słuchajcie, w edukacji nie chodzi tylko o wynik”, to mogę do tego przekonać ekspertów edukacyjnych czy nawet polityków, ale najtrudniej przekonać rodziców. Kiedy chodzę z moimi studentami po szkołach alternatywnych, żeby pokazać im inne możliwości procesu edukacyjnego – a są to studenci piątego roku – pierwsze pytanie, jakie zadają, brzmi: „Czy uczniowie tej eksperymentalnej szkoły dobrze zdają maturę?”. Mamy wdrukowane myślenie o edukacji w kategoriach wyniku i nieustannej rywalizacji. Rodzice pytają dzieci: „Co dostałeś? A co dostały inne dzieci?”. Jeżeli dziecko ma czwórkę, a inni dwóje, to okej, ale jak dostało czwórkę, a inni piątki, no to problem.

Reklama
Reklama

Widoczny jest w tym wszystkim jakiś rodzaj strasznego ciśnienia. Mówię i o rodzicach, i o uczniach, bo rodzice instalują dzieciom w głowach pewne rzeczy. Z jednej strony parcie na rozwój, a z drugiej przekonanie, że szkoła absolutnie tego nie da. To rodzi dziwny toksyczny miks. Idziesz do szkoły z przekonaniem, że od wyników zależy, jak wylądujesz w życiu, bo rodzice cały czas ci to mówią. A z drugiej strony uważasz, że szkoła ci tego nie zapewni. Zresztą dlatego mamy dużą absencję. Szkoła wygląda trochę jak przeszkoda w rozwoju. „Muszę uczyć się samemu, chodzić na korki, bo szkoła marnuje mój czas”.

Polska w edukacyjnej czołówce? Co czwarty uczeń nie zna podstaw matematyki

Faktycznie mamy rekordową absencję?

Solidnie powyżej średniej z innych krajów. Ministerstwo miało pomysł, żeby bardziej egzekwować obecności, ale musiało się wycofać z powodu presji społecznej. Rodzice chcą mieć możliwość, żeby dziecka do szkoły nie puścić i nie musieć się z tego tłumaczyć.

W badaniu PISA występuje też kategoria „wsparcie ze strony nauczyciela”. Chodzi o to, na ile uczniowie czują, że nauczyciele pomagają im w procesie uczenia się i – szerzej – w funkcjonowaniu w szkole. Tu widać kolejną ciekawą i dość przygnębiającą rzecz. Pół żartem, pół serio można powiedzieć, że dla polskich uczniów nie ma większego znaczenia, czy nauczyciel w ogóle się pojawi w klasie, czy nie, bo poziom jego zaangażowania w zajęcia okazuje się tak niski, jakby go w klasie nie było. Warto spojrzeć na odpowiedzi dzieci na temat tego, czy ich nauczyciele byli zaangażowani w proces edukacji, czy nie za bardzo, i potem porównać odpowiedzi tych samych dzieci dotyczące wytrwałości w uczeniu się, ciekawości świata i tak dalej. Są kraje, gdzie widzisz oczywisty związek: uczeń, który ocenia swoich nauczycieli jako zaangażowanych, jest bardziej wytrwały, a jeśli ocenia nauczycieli jako mało zaangażowanych, to spada też wytrwałość ucznia w nauce. To dość logiczne, natomiast w Polsce niespecjalnie widać różnice. To, czy uczeń uzna nauczyciela za bardzo zaangażowanego, czy mało zaangażowanego, nie wpływa na wytrwałość ucznia, zainteresowanie, ciekawość i tak dalej. Kompletnie nie ma korelacji.

Reklama
Reklama

Dlaczego?

Bo w polskich warunkach, jeśli mówimy o zaangażowaniu nauczyciela, poruszamy się w bardzo wąskim zakresie. Rozpiętość jest niewielka, a przeciętna – raczej słaba. Jeśli popatrzysz na inne badania edukacyjne TALIS, które poświęcone są nauczycielom, zobaczysz, że w zakresie kompetencji masz relatywnie niski odsetek bardzo dobrych nauczycieli, potem bardzo dużo przeciętnych i trochę naprawdę beznadziejnych. Ale kompetencje to jedno, a realna motywacja do pracy to drugie. Możesz gdzieś tam znaleźć zaangażowanego supernauczyciela, ale średnia jest taka, że jeden angażuje się bardziej, drugi mniej, ale generalnie obaj dość słabo, więc nie robi to wielkiej różnicy.

Nowe przepisy w szkołach budzą skrajne emocje. „Rodzice chcą mieć nieustający kontakt”

Wrócę do twojego najmocniejszego zdania: „Dla mnie badania PISA to obraz zapaści systemu”.

Podtrzymuję. Jeżeli rodzice nie wierzą w system edukacji, jeżeli nauczyciele de facto też w niego nie wierzą, no to jak to inaczej nazwać? Pieniądz istnieje, dopóki mu ufamy. I tak samo instytucje istnieją, dopóki im ufamy. Jeżeli wszyscy uczestnicy systemu – nauczyciele, rodzice, uczniowie – nie ufają szkole, to ta instytucja nie ma prawa działać poprawnie.

Reklama
Reklama

Widzę to tak: polska szkoła generuje masę problemów. Masz przeciążenie, napięcie psychiczne, masową ucieczkę ze szkół publicznych do prywatnych, co może pogłębiać nierówności społeczne. Rodzice czują, że muszą się mocno angażować, bo w ogóle nie mają zaufania do nauczycieli. Wysyłają dziecko, bo muszą. Z jednej strony mają wobec szkoły ogromne oczekiwania, z drugiej wiedzą, że szkoła i tak tych oczekiwań nie spełni. To też paradoks. Gdyby mieli totalnie wywalone, nie chodziliby do nauczycieli, nie skarżyliby się. A jednocześnie są mega roszczeniowi, chociaż wiedzą, że nauczyciele i tak wiele nie zrobią, ale pójdą im nawrzucać. To niesamowite: musisz dowalić nauczycielom, chociaż wiesz, że nic to nie da. Istna fabryka frustracji.

I właśnie słowo „frustracja” jest ważne, bo w polskiej szkole wyładowują ją wszyscy. Uczniowie są sfrustrowani, że siedzą tyle godzin w szkole, a do tego cisną ich kartkówkami. Nauczyciele – bo mają nieustanne kontrole, papierologię, upierdliwych rodziców na głowie. Rodzice: „Kuźwa, haruję, robię nadgodziny, zarabiam, wysyłam dziecko do szkoły, żeby instytucja ogarnęła mi edukację, a ona tego nie ogarnia”. Wszyscy są niezadowoleni. Dyrekcje są sfrustrowane, bo nie mogą znaleźć młodych nauczycieli, którzy uciekają ze szkoły, a mają pięćdziesięciolatków, którym nic nie można powiedzieć, bo pozjadali wszystkie rozumy, nie chcą się uczyć i mają na wszystko wywalone.

Reklama
Reklama

Ale gdzie jest praprzyczyna, że tak to wygląda?

Polskie społeczeństwo znajduje się dzisiaj w stanie rozsypki. Szkoła jest tylko soczewką, która skupia te wszystkie problemy, w tym zwłaszcza radykalną nieufność i zapaść więzi. Szkoła dostaje obuchem za wszystkie te zmiany społeczne. Do tego dochodzi walec kapitalistycznej kultury, przed którym szkoła w żaden sposób nas nie broni, a nawet go wzmacnia, bo ulega fetyszowi konkurencji.

Wszystkie twoje dzieci są w edukacji domowej. Przed czym ty uciekałeś?

Chyba najważniejsza przyczyna była taka, że chcemy ochronić nasze dzieci przed tym całym szlamem z internetu i szlamem kultury masowej. Nawet jeżeli twoje dziecko nie ma smartfona i mediów społecznościowych, nawet jeśli zakażemy smartfonów w szkołach, to dzieci i tak generalnie żyją tym światem. Żyją popkulturą, taką hardkorową, najgorszą, wyprodukowaną przez turbokapitalizm. Wciska im się do głów absolutnie najgorszy chlew. Wiem, że zabrzmi to elitarystycznie, ale naprawdę cieszę się, że moje dzieci w ogóle nie wiedzą, co to TikTok. Uważam, że ta wiedza absolutnie do niczego nie jest im potrzebna. Oczywiście w pewnym sensie tworzę im warunki szklarniowe, choć nie jest tak, że siedzą tylko w domu – chodzą do różnych pracowni, świetlic i wspólnot. To jednak miejsca wybrane przez nas, więc trudno powiedzieć, że całkiem wychodzą spod tego klosza. Mimo to mamy z żoną przekonanie, że ten wysiłek jest potrzebny, żeby nie dać dzieci „przemielić”.

Reklama
Reklama

Marzy mi się dobra, normalna, publiczna szkoła. To nie jest tak, że nie mam żadnych wątpliwości co do modelu, w którym jestem. Ale obawiam się, że w dobie neoliberalnego kapitalizmu, który pożarł całą sieć i ustawia algorytmy, o taką szkołę może być bardzo trudno. Co gorsze, nie mam specjalnie wrażenia, aby komuś na takiej szkole dziś zależało, no bo właśnie – „egzaminy, panie”. Dlatego choć uciekłem z publicznego systemu, jednocześnie staram się walczyć w debacie publicznej o zmianę sposobu myślenia o edukacji jako takiej. Bez zmiany myślenia żadnej koniecznej rewolucji, która na powrót uspołeczniłaby szkołę, nie będzie.

Spurek: Kiedy schabowy stał się prawem człowieka?

Nie jest to trochę naiwne? Twoje dzieci, nawet jak im nie powiesz, co to TikTok, za parę lat i tak się dowiedzą.

Oczywiście, że ten cały shit wysypie im się w końcu na głowy, ale niech to nastąpi jak najpóźniej. Jeśli masz roczne dziecko i jesteś rozsądnym rodzicem, nie idziesz z nim do hali sportowej, wiedząc, ile będzie tam wirusów, bo dziecko nie ma jeszcze wytrenowanego układu odpornościowego. Dojrzały dwunastolatek jest już w stanie spojrzeć krytycznie na treści z TikToka, postawić się grupie i nie dać się przemielić. A ośmiolatek na tym etapie rozwoju jeszcze nie jest w stanie się przed tym obronić. Okres od sześciu do dwunastu lat to czas, kiedy dziecko zaczyna szukać innych autorytetów i powoli kwestionować autorytet rodzica. Po dwunastym roku życia często całkowicie autorytet rodzica odrzuca. Jeżeli nauczyciele i szerzej szkoła z roli autorytetów dezerterują, bo im wszystko wisi, jedynym autorytetem staje się kolega ze szkoły. Może być tak, że ten kolega sam jest ofiarą sytuacji rodzinnej, przemielenia przez kapitalizm, wszystkich najgorszych śmieci z social mediów. No i masz takie ośmioletnie dziecko, które bierze kolegę czy koleżankę za autorytet i nie jest jeszcze w stanie samodzielnie i krytycznie niczego ocenić. To może jest egoistyczne, ale włożyłeś wiele lat w to, żeby dziecko było ogarnięte, krytyczne, empatyczne, a poślesz je na pół roku do szkoły i wszystko ci, za przeproszeniem, zmarnują. Wiem, jak strasznie to brzmi, bo w gruncie rzeczy patrzysz na inne dziecko jak na zagrożenie dla swojego. I właśnie to jest obszar, którym publiczna szkoła powinna się przede wszystkim zająć, i to na wczoraj – nie wynikami i egzaminami, ale odtrutką na internetowy, popkulturowy syf i budowaniem społecznej odporności. Wspólnie z rodzicami i dziećmi – w ramach małych szkół, czy to wiejskich, czy osiedlowych. Współtworzonych oddolnie – z samorządem, dyrektorami, kadrą. Zdaję sobie sprawę, że to się nie wydarzy wszędzie. Ale od czegoś trzeba zacząć – inaczej będziemy się pogrążać w marazmie. Jestem utopistą – wierzę, że oddolny ruch jest w stanie powoli, ale systematycznie zmieniać społeczną świadomość, a to od niej zależy jakakolwiek większa reforma systemowa. Bez zbędnego patosu powiem, że od tego, co zrobimy z publiczną szkołą, będzie zależeć przyszłość i naszego społeczeństwa, i naszego kraju. Na razie pędzimy na zderzenie z tsunami mediów społecznościowych, które zmielą nasze dzieci na mielonkę.

Reklama
Reklama

***

Marcin Kędzierski (1984) jest ekonomistą i ekspertem polityki publicznej, pracuje w Kolegium Gospodarki i Administracji Publicznej Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Był prezesem Klubu Jagiellońskiego, obecnie związany z Polską Siecią Ekonomii. Prywatnie mąż i ojciec szóstki dzieci.

Reklama
Reklama