Reklama
Nauka

Uczelnie świętują rekordową rekrutację. Nie wiedzą, co nadchodzi

Dziś kandydaci biją się o miejsca na uczelniach, a rektorzy świętują rekrutacyjne rekordy. Za kilka lat problem może być jednak zupełnie inny: jak przekonać młodych ludzi, że warto poświęcić kilka lat na studia, skoro AI coraz szybciej zmienia zawody i sposób zdobywania wiedzy. Sztuczna inteligencja zmusza akademię do odpowiedzi na fundamentalne pytanie: po co właściwie jest uniwersytet?

Łukasz Wolański
Opinia autorstwa: Łukasz Wolański
Dzisiaj 08:33
15 min
Uczelnie od lat przekonują kandydatów, że przygotowują ich do potrzeb rynku pracy (fot. Getty Images)
TYLKO NA

Polskie uczelnie mają za sobą gorącą rekrutację. Na wielu kierunkach kandydaci musieli walczyć o miejsce, a rektorzy mają powody do zadowolenia. Mam jednak wrażenie, że w rekrutacyjnym entuzjazmie nie dostrzegamy zakrętu, do którego się zbliżamy. Demografia to tylko część problemu. Znacznie ważniejsze może okazać się pytanie, czy za kilka lat młodzi ludzie nadal będą uważali studia za najlepszą inwestycję kilku lat swojego życia. Zwłaszcza jeśli uczelnia obiecuje im przede wszystkim przygotowanie do zawodu, którego codzienność zmienia się szybciej niż program kształcenia.

Czytaj też: Piątki bez pokrycia. Dlaczego szkolne oceny przestały cokolwiek znaczyć

Być może sztuczna inteligencja zmusi wreszcie akademię do odpowiedzi na pytanie, po co właściwie istnieje. I do przypomnienia sobie, czym uniwersytet powinien różnić się od wyższej szkoły zawodowej.

Rozpoczyna się kolejny rok akademicki. W aulach znów wybrzmiewa Gaudeamus igitur, rektorzy opowiadają o sukcesach uczelni, a świeżo upieczeni studenci po raz pierwszy czują, że matura była jednak tylko rozgrzewką.

Reklama
Reklama

Tegoroczna immatrykulacja ma szczególny smak. Do drzwi akademii docierają skumulowane roczniki, a na popularnych kierunkach konkurencja o miejsce jest duża. Uczelnie chwalą się tysiącami zgłoszeń, wysokimi progami i kolejnymi rekrutacyjnymi rekordami. Z punktu widzenia działu promocji trudno wyobrazić sobie lepszą wiadomość.

Problem w tym, że demografia daje czasem fałszywe poczucie przewidywalności jutra. Ot, idzie fala. Ma wysoki, ale krótki szczyt. Potem przyjdzie niż, z którym jakoś sobie poradzimy. Czy na pewno? W cieniu demografii kryje się drugi czynnik. Każe on pytać, ilu maturzystów uzna, że to właśnie studia doprowadzą ich do wymarzonego celu. A właściwie: co uczelnia będzie mogła im zaoferować, czego nie zdobędą szybciej, taniej i w sposób lepiej dopasowany do własnych potrzeb?

Prorockie losy informatyków

Pierwsze ostrzeżenia pojawiały się jeszcze zanim generatywna sztuczna inteligencja weszła do codziennego użycia.

Przez lata ciekawym przypadkiem byli studenci informatyki. Studiując w latach dwutysięcznych, widziałem to na własne oczy. Moi koledzy, dobrzy, choć niekoniecznie wybitni studenci informatyki drugiego czy trzeciego roku, znajdowali zatrudnienie, zaczynali zarabiać całkiem poważne pieniądze i pracować przy rzeczywistych projektach.

Reklama
Reklama

Rozkwit kariery szedł w parze z pytaniem, jakie sobie coraz częściej zadawali: po co właściwie mam kończyć studia? Praca zabierała coraz więcej czasu. Pracodawca oczekiwał większego zaangażowania, czasem oferował szkolenia i cenione w branży certyfikaty. Uczelnia wymagała obecności na kolejnych zajęciach. Trzeba było wybierać. Jeżeli przy tym główną obietnicą studiów pozostawało: „przygotujemy cię do pracy w zawodzie”, dla studenta, który już w tym zawodzie pracował i dobrze sobie radził, brzmiało to wręcz komicznie.

Oczywiście wielu ukończyło studia. Jedni chcieli zdobyć solidne podstawy, których bieżąca praca nie dawała. Inni myśleli o dalszej karierze, badaniach albo po prostu zamierzali doprowadzić rozpoczętą rzecz do końca. Bywali i tacy, którzy uznawali, że dyplom „może się kiedyś przydać”. Dla części odchodzących uczelnia nie miała jednak wystarczająco przekonującej odpowiedzi na pytanie, dlaczego warto zostać.

Przez lata podobne historie traktowano jako specyfikę jednej branży. Jestem przekonany, że w rzeczywistości odsłaniały one słabość znacznie szerszego modelu: studiów uzasadniających swoje istnienie niemal wyłącznie przygotowaniem do pracy zawodowej.

Zawód to obietnica

Uczelnie od lat przekonują kandydatów, że przygotowują ich do potrzeb rynku pracy. To obietnica składana trochę z przymusu. Kto dziś pamięta, że kolejne rządy od lat 90. zwiększały liczbę studentów między innymi po to, by ukryć bezrobocie i „odroczyć” je w czasie? Wtedy będzie ono problemem „kolejnej ekipy”. A skoro studia miały dać pracę i status, musiały być zawodowe.

Reklama
Reklama

Nie bez powodu marzeniem pokolenia moich rodziców były dzieci studiujące medycynę czy prawo. W ich ocenie były to pewniaki gwarantujące dobre życie. Kiedy więc uczelnie zaczęły składać obietnice, ba! powstały systemy śledzące losy absolwentów i oceniające kierunki pod kątem skuteczności w dawaniu pracy, odwrotu już nie było. Akademia dostosowała się do społecznych oczekiwań, a przynajmniej chciała, aby tak to wyglądało. Ilekroć bowiem obiecywano, że studia przygotują kandydata do wypłynięcia na rynek pracy, w mojej głowie pojawiało się ironiczne pytanie: rynek pracy z którego roku mamy na myśli? Tego, w którym młody człowiek rozpoczyna studia, czy tego, w którym odbiera dyplom?

Przeczytaj również: Sławomir Cudak i słowacka docentura. Co to była „turystyka habilitacyjna"?

Przygotowanie zawodowe jest potrzebne. Absolwent powinien móc wykorzystać swoje wykształcenie. Problem zaczyna się wtedy, gdy program studiów staje się przede wszystkim rozbudowanym szkoleniem z wykonywania czynności, których właśnie potrzebują pracodawcy. Trochę teorii, obsługa narzędzia, kilka procedur, ćwiczenia według wzoru, zaliczenie. A potem kolejny semestr.

Taki model działa, dopóki zdobycie tych umiejętności wymaga czasu i trudno znaleźć inną drogę ich opanowania. Ale jeżeli tej samej czynności można nauczyć się w kilka miesięcy, korzystając z kursów, praktyki i AI, przekonanie dwudziestolatka do kilkuletnich studiów robi się trudniejsze.

Reklama
Reklama

Nie trzeba nawet zakładać, że sztuczna inteligencja zlikwiduje całą profesję. Wystarczy, że przejmie część zadań albo znacznie skróci czas potrzebny do ich opanowania. Wtedy zmienia się rachunek: ile czasu oddaję uczelni i co właściwie za ten czas otrzymuję?

Pięć lat do magisterium to dziś cała epoka. Na wielu kierunkach może się okazać, że zanim uczelnia wydrukuje dyplom, część czynności, których uczyła, da się już zlecić narzędziu dostępnym w niedrogim abonamencie.

Kandydaci zmieniają wybory

Dane rekrutacyjne nie pozwalają jeszcze ogłosić odwrotu od studiów. Pokazują jednak, jak szybko potrafią zmieniać się wybory kandydatów.

W ministerialnym zestawieniu dotyczącym rekrutacji 2022/2023 informatyka miała ponad 44 tys. zgłoszeń. Trzy rekrutacje później już około 26,2 tys. To spadek o ponad 40 procent. Filologia angielska przeszła w tym czasie z około 13,1 tys. do 9,5 tys. zgłoszeń. Pielęgniarstwo przeciwnie: z około 10,6 tys. do 22,6 tys., a fizjoterapia z 10,7 tys. do 17,9 tys.

Przytoczone wartości to zgłoszenia rekrutacyjne, nie liczba pojedynczych osób. Dane dotyczą studiów stacjonarnych pierwszego stopnia i jednolitych magisterskich w uczelniach objętych zestawieniami resortu nauki. Nie obejmują całego systemu, w tym uczelni medycznych nadzorowanych przez ministra zdrowia. Ale skala zmian jest warta uwagi.

Reklama
Reklama

Przypisywanie ich wyłącznie AI byłoby uproszczeniem. Zmieniła się sytuacja juniorów w branży informatycznej, skończyła się część pandemicznego boomu, kandydaci wybierają również kierunki o nowych nazwach i specjalnościach. W ochronie zdrowia znaczenie mają potrzeby starzejącego się społeczeństwa, warunki zatrudnienia i perspektywy wynagrodzeń.

Na razie widzimy więc przede wszystkim zmianę zainteresowania poszczególnymi kierunkami. Kandydat wybierający pielęgniarstwo zamiast informatyki nadal idzie na studia. Nie daje to jednak uczelniom prawa do spokoju. Najpierw student informatyki potrafił odejść, bo dobrą pracę znajdował jeszcze przed dyplomem. Dzisiaj kandydat może się obawiać, że nawet dyplom nie zapewni mu wejścia do zawodu.

To dwa różne mechanizmy, ale oba zmuszają uczelnię do wyjaśnienia, jaka jest trwała wartość jej oferty.

Tam, gdzie potrzebny jest dyplom albo laboratorium

Część kierunków ma silniejsze, choć czasem sztuczne zabezpieczenie. W zawodach regulowanych określona droga kształcenia jest warunkiem uzyskania uprawnień. Państwo trzyma klucze od tych drzwi i stawia wymagania każdemu, kto chce przez nie przejść.

Gdzie indziej o wartości studiów przesądza dostęp do infrastruktury i praktyki, których nie da się łatwo zastąpić nauką w domu. Student potrzebuje laboratorium, aparatury, warsztatu, pracy z pacjentem, nadzoru kogoś bardziej doświadczonego. Chatbot może opisać zabieg albo eksperyment. To jeszcze nie znaczy, że student potrafi je poprawnie i bezpiecznie przeprowadzić.

Reklama
Reklama

Nie chodzi więc o prosty podział na studia praktyczne i teoretyczne. Sam obowiązek zdobycia dyplomu czy dostęp do kosztownej aparatury wystarczą, żeby student musiał przyjść. Nie wystarczą, żeby dobrze wykorzystał spędzony na uczelni czas.

Student ma prywatnego korepetytora

AI stawia też nowe wymagania samej dydaktyce. Tej, którą w akademickich dyskusjach tak łatwo przesłaniają publikacje, granty i punkty. Student dostał do ręki narzędzie, któremu może o drugiej w nocy powiedzieć: „Nie rozumiem tego. Wyjaśnij mi inaczej”. Może poprosić o drugi przykład. Trzeci. Dziesiąty. O prostsze wyjaśnienie albo bardziej zaawansowane. O pomoc w analizie kodu, zrozumieniu dowodu matematycznego czy przygotowaniu się do egzaminu.

Oczywiście model może się mylić. Czasem spektakularnie. Ale jeżeli student trafia na wykład polegający na odczytywaniu slajdów, ćwiczenia sprowadzające się do odtwarzania gotowego algorytmu i zaliczenie sprawdzające pamięciowe opanowanie informacji, konkurencja staje się dla uczelni nieprzyjemnie mocna.

Student może więc zapytać: po co mam tu być? Także wtedy, gdy naprawdę chce się uczyć i oczekuje, że uczelnia mu w tym pomoże. Sam dyplom może coraz rzadziej wystarczać za odpowiedź.

Reklama
Reklama

Uczelnia ma naprawdę sporo do zaoferowania: kontakt z naukowcem, pracę nad problemem badawczym, środowisko ludzi, którzy wiedzą więcej od studenta i potrafią postawić mu wymagania, czy w końcu spór, w którym trzeba obronić własne stanowisko. Możliwość popełnienia błędu pod okiem kogoś, kto umie wyjaśnić, dlaczego to był błąd, jest również bezcenna. Pytanie brzmi, ile z tego student dziś rzeczywiście doświadcza. I czy przypadkiem nie musi sobie tego sam wywalczyć pomiędzy kolejnymi obowiązkowymi prezentacjami i testami.

Nie każda szkoła wyższa musi być uniwersytetem

Trzeba przy tym powiedzieć coś, co w polskiej dyskusji o szkolnictwie wyższym zbyt łatwo się zaciera: uniwersytet i wyższa szkoła zawodowa powinny mieć różne zadania. Potrzebujemy obu. Nie potrzebujemy za to przekonania, że dobra szkoła zawodowa odnosi sukces dopiero wtedy, gdy zaczyna przypominać uniwersytet.

Szkoła zawodowa powinna dobrze przygotowywać do pracy. Mieć odpowiednie warsztaty, laboratoria, praktyki i nauczycieli znających realia profesji. Reagować na zmiany technologiczne, uczyć korzystania z nowych narzędzi i sprawdzać, czy absolwent rzeczywiście potrafi wykonać powierzone mu zadanie. To poważna misja. Nie wymaga usprawiedliwienia obietnicą, że kiedyś uczelnia stanie się czymś innym.

Reklama
Reklama

AI tej misji nie unieważnia. Zmusza jednak do jej uczciwego przemyślenia. Jeżeli część umiejętności można opanować szybciej, trzeba zmienić program, proporcje zajęć, być może również długość określonej ścieżki kształcenia. Jeżeli pojawiają się nowe zadania zawodowe, trzeba przygotować do nich studentów. Przywiązanie do raz ustalonego planu studiów nie może być ważniejsze niż sens tego, czego uczymy.

Uniwersytet powinien natomiast wprowadzać studentów w badania, uczyć samodzielnego formułowania problemów, podważania założeń i tworzenia wiedzy. Przygotowanie zawodowe może być ważnym rezultatem takiego kształcenia, ale nie wyczerpuje jego sensu. Różnica powinna być widoczna w sposobie finansowania, oceniania, zatrudniania kadry i organizacji studiów. Sam szyld nie tworzy wspólnoty badawczej. Jeżeli obie instytucje uczą podobnie, a różnią się przede wszystkim nazwą i ambicjami władz, kandydat ma prawo nie rozumieć, między czym właściwie wybiera.

Nie ma powodu, żeby świetna wyższa szkoła zawodowa czuła się nieudanym uniwersytetem. Nie ma też powodu, żeby uniwersytet mógł poprzestać na prowadzeniu kształcenia zawodowego i traktować akademickość jako ozdobę uroczystości inauguracyjnych.

Czytaj też: Wyniki PISA 2025. Polska w czołówce, ale co czwarty uczeń bez podstaw matematyki

Reklama
Reklama

Chodzi o samodzielne i krytyczne myślenie

Student chemii powinien umieć ocenić, czy eksperyment odpowiada na właściwe pytanie, czy pomiar jest wiarygodny, a wynik uzasadnia wniosek. Powinien też doświadczyć, jak źle zaprojektowane badanie może pozornie potwierdzić hipotezę. Do tego potrzebna jest wiedza, cierpliwie zdobywana i ćwiczona.

Samo hasło „uczymy krytycznego myślenia” niczego nie załatwi. Trudno oceniać wynik, jeśli nie rozumie się zjawiska, którego dotyczy. Łatwy dostęp do odpowiedzi nie zwalnia z nauki. Uniwersytet powinien uczyć zarówno ich oceny, jak i stawiania pytań, na które warto szukać odpowiedzi.

Elitarność, na którą trzeba zapracować

Uniwersytet, który chce tak rozumieć swoją misję, musi stawiać wymagania. Studia powinny być intelektualnie trudne. Powinny zmuszać do samodzielnej pracy, bronienia własnych wniosków i przyjmowania krytyki. Nie każdy etap da się uprościć, uprzyjemnić albo zastąpić atrakcyjną prezentacją.

Tak, w tym sensie uniwersytet powinien być elitarny. Dostęp do niego powinien zależeć od predyspozycji i gotowości do pracy, a nie od zasobności rodziców. Uczelnia musi też umieć rozpoznać potencjał człowieka, który przyszedł ze słabszej szkoły i nie miał wcześniej tylu możliwości co jego koledzy.

Nie każdy musi wybrać taką drogę. Wybór dobrego kształcenia zawodowego powinien być pełnoprawną decyzją, a nie dowodem, że komuś zabrakło ambicji. Nie potrzebujemy jednego wzorca sukcesu dla wszystkich maturzystów.

Reklama
Reklama

Elitarność uniwersytetu zobowiązuje jednak również jego pracowników. Łatwo wybrać najlepiej przygotowanych kandydatów, postawić im wymagania, a po kilku latach przypisać sobie ich sukces. Trudniej pokazać, czego nauczyli się właśnie dzięki uczelni. Akademia ma rozwijać ludzi. Trudny egzamin nie jest jeszcze dowodem dobrej dydaktyki. Podobnie wysoki odsetek niezdających nie mówi sam w sobie, czy prowadzimy wymagający przedmiot, czy źle uczymy.

Student powinien dostać informację zwrotną. Powinien mieć możliwość rozmowy, poprawienia błędu, zrozumienia, czego jeszcze nie umie. Wymagania mają go prowadzić dalej. Inaczej elitarność staje się eleganckim określeniem na obojętność.

Tego nie zrobi sama technologia

Taka akademia nie powstanie automatycznie dlatego, że pojawiło się AI. Możemy równie dobrze dostać uczelnię, na której wykładowca generuje materiały, student generuje odpowiedzi, a potem wszyscy udają, że odbył się proces kształcenia. Zresztą, czyż nie istnieją już takie „szkoły”?. Rozwijające studia wymagają czasu.

Potrzebne są seminaria, na których można rzeczywiście zabrać głos. Projekty, którym ktoś uważnie się przyjrzy. Laboratoria, w których student ma szansę coś samodzielnie zrobić. Nauczyciele, którzy mogą przygotować zajęcia i porozmawiać ze studentem, zamiast traktować dydaktykę jako przeszkodę między kolejnymi zadaniami. Nie da się poważnie deklarować powrotu do akademickości, a jednocześnie organizować pracy tak, żeby kontakt ze studentem kosztował jak najmniej czasu i pieniędzy.

Reklama
Reklama

Na uczelniach potrafimy godzinami dyskutować o punktach ECTS, pensum, algorytmach finansowania, ewaluacji i sposobie liczenia publikacji. To wszystko ma znaczenie. Ale powinno służyć odpowiedzi na bardziej podstawowe pytanie: co ma się wydarzyć z człowiekiem podczas tych kilku lat studiów?

Jeżeli chcemy samodzielności, musimy dawać zadania wymagające samodzielności. Jeżeli chcemy umiejętności prowadzenia sporu, student musi mieć z kim się spierać. Jeżeli chcemy odpowiedzialnego korzystania z AI, musimy sprawdzać rozumienie, a nie tylko to, czy oddany plik zawiera poprawnie brzmiącą odpowiedź.

Po co nam uniwersytet?

Uniwersytet powinien składać studentowi obietnicę wejścia do wspólnoty, w której wiedzę się zdobywa, sprawdza i tworzy. Przygotowywać do pracy, ale także do zakwestionowania sposobu, w jaki tę pracę dotąd wykonywano. Tego nie zapewni sama zmiana szyldu, uroczysta inauguracja ani deklaracja wpisana do strategii. Akademickość musi być widoczna w doświadczeniu studenta. Inaczej trudno oczekiwać, że będzie chciał poświęcić jej kilka lat życia.

I być może właśnie to jest najważniejsza zmiana, którą przynosi AI. Nie odbiera ona uczelni prawa do istnienia. Odbiera jej natomiast wygodną możliwość udawania, że samo przekazywanie wiedzy jest wystarczającym powodem, żeby student spędził tam pięć lat.

Reklama
Reklama

Dziś rektorzy mogą jeszcze cieszyć się tysiącami kandydatów stojących w kolejce po indeks. Za kilka lat najważniejsze pytanie może już nie brzmieć, ilu z nich uda się przyjąć. Tylko ilu nadal uzna, że warto się o ten indeks bić.

Może Cię zainteresować: 

Źródło: Zero.pl
Łukasz Wolański
Łukasz WolańskiDoktor nauk chemicznych, pracownik naukowy Uniwersytetu Warszawskiego, członek zespołu ds. praw i obowiązków ucznia przy MEN - autor zewnętrzny
Reklama
Reklama