Szkolny system ocen jest z pewnością niedoskonały. Jednak wystarczający, by dla każdego było jasne, że piątka na świadectwie oznacza bardzo dobre opanowanie przez ucznia wiedzy i umiejętności z określonego przedmiotu. W ostatnich latach przestaje to jednak być oczywiste. Coraz częściej najlepsze oceny to dowód tego, że uczeń ma przekonującego rodzica lub nauczyciela, któremu się wydaje, że zawyżając oceny, jest empatyczny, bo pozwala komuś dostać się do liceum. Niestety, gdy ocena staje się uprzejmością, przestaje być informacją. A kiedy od tej uprzejmości zależy wynik rekrutacji, ktoś inny płaci za nią utratą miejsca w wybranej szkole.
Dlatego apel małopolskiej kurator oświaty Gabrieli Olszowskiej, by nauczyciele nie podnosili ocen ósmoklasistom, dotyka problemu znacznie poważniejszego niż końcoworoczne targowanie się o stopnie. Oceny z różnych szkół trafiają do wspólnego systemu rekrutacyjnego, jakby wszędzie oznaczały to samo. Tymczasem bez porównywalnych wymagań taka równość pozostaje fikcją.
Podobny problem pojawia się w sporze o egzaminy w edukacji domowej. Dyskusja o ich zdalnej lub stacjonarnej formie przesłania pytanie podstawowe: czy rzeczywiście sprawdzają wiedzę ucznia? Egzamin przeprowadzony w szkolnej sali również może być fikcją, jeśli wymagania są pozorne, a samodzielność odpowiedzi nikogo szczególnie nie interesuje. Z kolei postulatu zdalności nie można traktować jako usprawiedliwienia dla rezygnacji z rzetelnej weryfikacji. Obrona edukacji domowej powinna obejmować przede wszystkim obronę wiarygodności jej egzaminów.
Więcej na ten temat: Czy to koniec z egzaminami zdalnymi w edukacji domowej?
Ocena ma informować, nie pocieszać
Punkt wyjścia do naprawy jest prosty. Ocena przedmiotowa powinna mówić, co uczeń wie i potrafi. Jeżeli nie opanował wymaganych umiejętności, stopień nie powinien poświadczać, że jest inaczej. Przyczyna braków ma ogromne znaczenie dla sposobu pomocy. Choroba wymaga wsparcia, dostosowania warunków i czasu na uzupełnienie zaległości. Nie sprawia jednak, że nieopanowana umiejętność staje się opanowana. Trzeba przy tym odróżniać niewiedzę od sytuacji, w której zdrowie ucznia uniemożliwiło jej sprawdzenie.
To nie jest postulat bezdusznej szkoły. Uczciwa informacja pozwala udzielić właściwej pomocy. Fikcyjna piątka pozwala jedynie odłożyć problem do momentu, gdy ujawni się on w liceum, na studiach albo w pracy.
Polska w edukacyjnej czołówce? Co czwarty uczeń nie zna podstaw matematyki
W innym wywiadzie Olszowska wskazuje źródła kłopotów z ocenianiem. Jej zdaniem nowoczesne ocenianie zajmuje zbyt mało miejsca w przygotowaniu pedagogicznym. Początek zaniedbań wiąże z reformą z 1999 roku: zmieniono koncepcję oceniania, ale nie zapewniono odpowiedniego przeszkolenia nauczycieli. Sugeruje, że uwagę resortu pochłonęło tworzenie gimnazjów. Sama przyznaje, że jako dyrektorka dopiero w 2013 roku, dzięki pomocy specjalistów, poprawiła błędne zapisy w statucie swojej szkoły. Brak przygotowania utrwalił przyzwyczajenia, intuicyjne praktyki i mechaniczne liczenie średnich. Tymczasem chodzi o rozpoznawanie stopnia opanowania wymagań i postępów ucznia. „Nie obliczaj, lecz oszacuj” – przekonuje kuratorka. Tę diagnozę w pełni podzielam.
Ja poszedłbym jednak dalej. W kulcie średniej widzę również brak szacunku do nauczyciela i niewiarę w jego zawodowe kompetencje. Powierzamy mu uczenie dziecka przez cały rok, lecz przy ustalaniu oceny końcowej większym zaufaniem obdarzamy wynik dzielenia. Jakby człowiek, który obserwuje pracę ucznia, analizuje jego błędy i sprawdza samodzielność rozumowania, nie potrafił podsumować jego osiągnięć.
Ocenianie bieżące nie musi za każdym razem oznaczać wpisania stopnia. Nauczyciel zdobywa wiedzę o uczniu również podczas rozmowy, wspólnego rozwiązywania problemu czy obserwacji sposobu wykonania zadania. Nie każda wartościowa informacja przyjmuje postać cyfry.
Dzienniki elektroniczne sprzyjają jednak przekonaniu, że wszystko można sprowadzić do rachunku. Obliczanie średnich, również ważonych, przedstawiane jest jako użyteczna funkcja systemu. Program mnoży, sumuje i dzieli, a wynik wygląda obiektywnie. Tyle że dokładność obliczenia nie gwarantuje trafności oceny.
Uczeń zaczyna pytać, co musi jeszcze dostać, żeby „wyszła czwórka”. Rodzic żąda wyjaśnień, dlaczego jej nie ma, skoro średnia się zgadza. Nauczyciel tłumaczy decyzję miejscem po przecinku. Wiedza znika z rozmowy, zostaje księgowość. Oddanie systemowi także propozycji oceny końcowej na podstawie tego rachunku byłoby doprowadzeniem tej logiki do absurdu.
Dwie dwójki i późniejsza piątka mogą przecież opowiadać inną historię niż piątka i dwie późniejsze dwójki. Jeżeli ostatnie sprawdzenie wymaga wykorzystania wcześniejszych umiejętności, pierwszy uczeń mógł nadrobić zaległości, a drugi ujawnić narastające braki. Średnia będzie identyczna. Profesjonalna ocena nie musi.
Wiedzy ucznia nie należy jednak zastępować również oceną jego pracowitości. Można doceniać wysiłek, wytrwałość i postęp, a jednocześnie uczciwie stwierdzić, jak daleko jest jeszcze do opanowania wymagań. Kto nauczył się później, powinien móc to wykazać. Kto jeszcze nie umie, nie powinien otrzymywać potwierdzenia, że umie.
Pięć problemów nauczycieli i dziesięć decyzji do podjęcia natychmiast
Prawo do wyjaśnienia, nie do negocjacji
Potrzebujemy zatem nauczycielskiej samodzielności, ale opartej na jawnych kryteriach. Ocena nie powinna podlegać negocjacjom. Uczeń ma prawo poznać uzasadnienie, zobaczyć ocenioną pracę i wskazać pomyłkę. Nie powinien uzyskiwać wyższego stopnia dlatego, że rodzic skuteczniej naciskał na nauczyciela lub dyrektora.
W przypadku rzeczywistego sporu o poziom umiejętności proponuję ustawową możliwość egzaminu sprawdzającego przed niezależną komisją, obejmującego wymagania roczne. Uważasz, że potrafisz więcej? Wykaż to. Oczywiste błędy w ocenianiu trzeba natomiast poprawiać bez zmuszania ucznia do dodatkowego egzaminu.
Tragiczne plany lekcji? Uczniów mi żal, rodziców nie zawsze
Wiem, że teraz się narażę, ale zlikwidowałbym również formalne oceny przewidywane. Obecne przepisy wymagają określenia warunków i trybu uzyskania oceny wyższej niż przewidywana, choć nie gwarantują automatycznego awansu o jeden stopień. W praktyce łatwo zamienić ten mechanizm w sygnał do końcoworocznej mobilizacji: przez wiele miesięcy można było odkładać pracę, teraz zaczyna się walka o stopień.
Informacja o postępach i brakach powinna docierać do ucznia przez cały rok. Ocena śródroczna jest jednym z takich podsumowań. Nie potrzebujemy dodatkowego rytuału, który końcówkę nauki zamienia w sezon zaliczeń, popraw i próśb o jeszcze jedną szansę. Możliwość nadrobienia braków powinna być stałym elementem uczenia się.
Zmiany tuż przed pierwszym dzwonkiem? Tak nie da się zarządzać szkołą
A gdyby w klasach niekończących szkoły oceny roczne ustalać dopiero po zakończeniu zajęć? W piątek uczniowie żegnaliby się ze szkołą, a w pierwszych dniach wakacji nauczyciele spokojnie kończyliby klasyfikację. Wymagałoby to odpowiedniej zmiany przepisów i organizacji pracy. Uczniowie znający swoje osiągnięcia z bieżącej informacji nie byliby zaskakiwani. Spory merytoryczne można byłoby rozstrzygać przed kolejnym rokiem szkolnym, na przykład w sierpniu.
Mniej świadectw to więcej czasu
Bardzo pomogłoby w tym zniesienie świadectw promocyjnych. Co właściwie wnosi coroczny ozdobny arkusz, skoro informacja o ocenach i promocji znajduje się już w dokumentacji szkoły? Dokument potwierdzający ukończenie etapu kształcenia ma wyraźną funkcję. Kolejne świadectwo przejścia z klasy do klasy w tej samej placówce przede wszystkim powiela informacje.
Jego przygotowanie oznacza sprawdzanie danych, wydruki, poprawki, podpisy i pieczęcie. Zużywa papier, materiały i czas. Co ważniejsze, wymusza odpowiednio wczesne zamknięcie oceniania. Ostatnie tygodnie zajęć podporządkowujemy temu, żeby w wyznaczony piątek każdy otrzymał dokument.
Samo usunięcie papieru nie odzyska nam automatycznie kilku tygodni nauki. Jednak połączone ze zmianą terminów klasyfikacji i odejściem od końcoworocznych negocjacji pozwoliłoby dłużej normalnie uczyć. Zanim zaczniemy po raz kolejny narzekać, że nie ma czasu na realizację podstawy programowej, sprawdźmy, ile czasu sami oddajemy administracyjnym rytuałom. W klasach kończących szkołę trzeba oczywiście zachować wcześniejsze terminy, dostosowane do rekrutacji.
Szkolne oceny same potrzebują… sprawdzianu
Wiarygodność ocen wymaga także zewnętrznego punktu odniesienia. W tym celu należałoby w końcu rozszerzyć egzamin ósmoklasisty z obecnych trzech części: języka polskiego, matematyki i języka obcego nowożytnego, do pięciu. Matematyka powinna obejmować również informatykę: myślenie algorytmiczne, podstawy programowania i pracę z danymi. Do tego doszłaby część przyrodnicza, obejmująca biologię, chemię, fizykę i geografię, oraz historyczno-społeczna, uwzględniająca historię, wiedzę obywatelską i odpowiednie treści edukacji dla bezpieczeństwa.
Książulo poszedł do zoo. I pokazał, gdzie kończy się troska o zdrowe żywienie dzieci
Wąski zakres egzaminu tworzy zachętę, by właśnie sprawdzanym przedmiotom podporządkować końcówkę podstawówki. Szersza weryfikacja pomogłaby przywrócić znaczenie pozostałym dziedzinom. Nie musi oznaczać pięciu encyklopedycznych testów. Powinna sprawdzać podstawowe kompetencje i umiejętność wykorzystania wiedzy.
Na tej podstawie można budować współczynniki korygujące wartość ocen szkolnych w rekrutacji. Jeżeli szkoła regularnie wystawia wysokie stopnie, których nie potwierdzają wyniki egzaminów, punkty za te oceny powinny być odpowiednio korygowane. Tam, gdzie wymagania są nadmiernie surowe, a uczniowie wykazują wysokie umiejętności, korekta mogłaby działać w przeciwną stronę.
Najprostszy wariant to jeden współczynnik dla całej szkoły. Dokładniejszy: pięć współczynników odpowiadających obszarom egzaminacyjnym. Wartości takie jak 0,7 czy 1,2 ilustrują zasadę, nie stanowią gotowej formuły. Tę trzeba opracować, przetestować i oprzeć na danych z kilku roczników, uwzględniając liczebność szkół, niepewność pomiaru oraz porównywalność sprawdzanych umiejętności. Zasady obliczania współczynników muszą być znane z wyprzedzeniem, choć ich wartości dla danego rocznika mogłyby być ogłaszane wraz z wynikami danego egzaminu ósmoklasisty. To jest bez problemu do zrobienia.
Nowe przepisy w szkołach budzą skrajne emocje. „Rodzice chcą mieć nieustający kontakt”
Alternatywnie wskaźnik mógłby uruchamiać obowiązkową kontrolę. Rażąca rozbieżność byłaby sygnałem do sprawdzenia prac uczniów i praktyk oceniania. Potwierdzone nieprawidłowości oznaczałyby nakaz naprawy, a uporczywe poświadczanie fikcyjnych osiągnięć powinno ostatecznie grozić zamknięciem placówki. O takiej decyzji nie może jednak przesądzać sam wynik statystyczny.
Autonomia szkoły dotyczy sposobu uczenia. Nie obejmuje swobody poświadczania umiejętności, których uczeń nie posiada.
Samodzielność wymaga odpowiedzialności
Podobną odpowiedzialność powinni ponosić nauczyciele. Zgodność ocen z później wykazywanymi osiągnięciami można analizować także na ich poziomie i uwzględniać w ocenie pracy oraz awansie. Dotyczy to zarówno systematycznego zawyżania, jak i zaniżania stopni. Surowość sama w sobie nie świadczy o profesjonalizmie.
Potrzebna byłaby przy tym analiza konkretnych obszarów, kolejnych roczników, sprawdzianów i kryteriów. Wynik całego egzaminu przyrodniczego nie może automatycznie obciążać nauczyciela biologii. Współczynnik ma pomagać oceniać rzetelność nauczycielskiego osądu, a nie zastępować kolejnym automatem refleksję, której domagamy się od szkoły.
Nauczycieli trzeba do tego przygotować. Pomiar dydaktyczny, konstruowanie zadań, metodologia sprawdzania wiedzy i interpretacja wyników powinny zajmować istotne miejsce w ich kształceniu i doskonaleniu. Przyznając większą samodzielność, musimy równocześnie dostarczyć narzędzi do odpowiedzialnego korzystania z niej.
Jeżeli wątpliwa jest miarodajność samych ocen, tym bardziej wątpliwe znaczenie ma biało-czerwony pasek na świadectwie. Dziś, jeśli znaczy on cokolwiek, to jedynie w ramach szkoły, w której go uzyskano. Tymczasem my w rekrutacji do szkół średnich punktujemy dziś nie tylko cztery oceny przedmiotowe, lecz dodatkowo przyznajemy (aż) siedem punktów za świadectwo z wyróżnieniem. Zdecydujmy się: albo znaczenie mają cztery przedmioty, albo wszystkie. Obecnie wybieramy cztery, a pozostałe wpuszczamy tylnymi drzwiami, gdy średnia jest odpowiednio wysoka.
Co więcej, średnie nie zawsze obejmują ten sam zestaw zajęć. W edukacji domowej nie ma ocen z muzyki, plastyki, techniki i wychowania fizycznego. Wysokie stopnie z tych przedmiotów mogą pomóc uczniowi szkoły stacjonarnej przekroczyć próg wyróżnienia. Ta sama premia rekrutacyjna opiera się więc na różnych zestawach ocen. Nie trzeba kwestionować wartości muzyki czy plastyki, żeby zapytać, dlaczego szóstka z tych zajęć ma zwiększać szanse przyjęcia do klasy matematyczno-fizycznej. Pozostańmy przy czterech przedmiotach, bez dodatkowych punktów za pasek.
Samych ocen szkolnych nie usuwałbym z rekrutacji. Profesjonalnie ustalone niosą informację o osiągnięciach obserwowanych przez cały rok, szerszą niż wynik jednego egzaminu. Właśnie dlatego warto odzyskać ich wiarygodność.
Nauczyciel powinien móc powiedzieć uczniowi prawdę o jego umiejętnościach, nawet jeżeli ta prawda nie zapewni paska i nie zadowoli rodzica. Państwo powinno przygotować go do tej odpowiedzialności, chronić przed naciskami i rozliczać z rzetelności. Świadectwo ma potwierdzać osiągnięcia. Najwyższy czas przestać używać go do potwierdzania życzeń.


