Reklama
Nauka

„Po tym jest praca”. To może być najgorszy sposób wyboru studiów

Modny kierunek, wysoka pozycja w rankingu i obietnica dobrej pracy nie oznaczają jeszcze, że studia będą dobrym wyborem. Błąd może kosztować kilka lat życia. Podpowiadamy, co sprawdzić i na jakie pułapki szczególnie uważać.

Monika Kwiecień-Miland
Opinia autorstwa: Monika Kwiecień-Miland
Dzisiaj 17:28
20 min
Ta sama nazwa kierunku na różnych uczelniach może oznaczać zupełnie inne studia – warto sprawdzić program, a nie tylko szyld (fot. Getty Images)
TYLKO NA
  • Ta sama nazwa kierunku na dwóch uczelniach może oznaczać zupełnie inne studia: inny program, profil, praktyki, czas nauki i tytuł zawodowy.
  • Specjalność nie jest odrębnym kierunkiem studiów, a uczelnia może jej nie uruchomić, jeśli zgłosi się za mało chętnych.
  • Wysoki próg rekrutacyjny i duża liczba kandydatów nie są dowodem na wysoką jakość kierunku ani dobre zarobki po dyplomie.
  • Wynagrodzenia i sytuację absolwentów konkretnego kierunku można sprawdzić w systemie ELA, zamiast opierać się na reklamowych obietnicach uczelni.

W czwartek startuje nowy rok akademicki 2026/2027. Młodzi ludzie rozpoczną naukę na uczelniach i dla wielu z nich będzie to spełnienie licealnych marzeń oraz wspaniała przygoda, ale niektórzy szybko przekonają się, że wybrali źle i kompletnie nie widzą się już na wybranym kierunku, bo rzeczywistość po prostu rozminęła się z ich oczekiwaniami.

Ci drudzy wpiszą się w trend zjawiska, które zyskało już swoją nazwę: „drop out”. Jakkolwiek by tego jednak nie nazywać, chodzi po prostu o rezygnację ze studiów, która dzisiaj przychodzi młodym ludziom bardzo łatwo, bo dla nich efektywność wykorzystania czasu, który poświęcają na naukę, ma kluczowe znaczenie.

Uczelnia obiecała kwalifikacje, państwo je podważa. Nauczyciele dowiadują się, że mogą stracić etat

Reklama
Reklama

Wybór rozłożony w czasie

Wybór studiów przypomina dzisiaj często zakup produktu i to rozłożony w czasie. Ten proces zaczyna się już właściwie pod koniec ósmej klasy, kiedy uczeń wybiera szkołę średnią i klasę, w której będzie rozszerzał określone przedmioty. To jest decyzja, która potem przełoży się na możliwość wyboru tylko tych kierunków studiów, na których bierze się pod uwagę wybrane rozszerzenia przedmiotów. Zmiany rozszerzeń w trakcie szkoły średniej są możliwe, ale nie jest to prosta operacja, bo zależy od wielu czynników, a niejednokrotnie wiąże się z koniecznością zmiany szkoły.

W zasadzie byłoby zatem idealnie, gdyby już pod koniec ósmej klasy uczeń dokładnie wiedział, jaki kierunek studiów wybierze albo przynajmniej w jakim obszarze chce studiować. 

W jaki sposób wielu maturzystów podchodzi do wyboru studiów? Najpierw zazwyczaj rozmawiają z rodzicami, nauczycielami i kolegami, oglądają stronę internetową uczelni, przeglądają media społecznościowe, porównują rankingi, biorą udział w dniu otwartym na uczelni. W zasadzie zachowują się jak typowy konsument, bo wybierają studia na podstawie kilku prostych sygnałów, tzn. aktualnej mody na dany kierunek, wysokiej pozycji uczelni w rankingu, fajnego kampusu, pozytywnych opinii znajomych i przeczytanych gdzieś w internecie informacji, że „po tym jest praca”.

Problem jednak polega na tym, że nawet jeżeli wszystkie te informacje są prawdziwe, to jednocześnie i tak mogą prowadzić w konkretnym przypadku do podjęcia błędnej decyzji. Wybór studiów to nie kupno telefonu, samochodu czy wyjazdu na wakacje. To jest decyzja, która może pochłonąć trzy, pięć albo więcej lat życia. Dlatego zamiast pytać „jaki kierunek jest najlepszy?”, warto zacząć od innego pytania: jakich błędów nie popełnić i podejść do tego mniej jak konsument, a bardziej jak ktoś, kto na własny użytek przeprowadza małe due diligence kierunku studiów.

Reklama
Reklama

Nazwa może mylić

Sama nazwa kierunku, na przykład informatyka, psychologia, prawo czy zarządzanie, mówi znacznie mniej, niż mogłoby się wydawać. Każde studia mają jeszcze określony poziom, profil i formę, a ich ukończenie prowadzi do uzyskania określonego tytułu zawodowego. Dopiero zestawienie tych informacji pozwala zrozumieć, z jakimi studiami rzeczywiście mamy do czynienia. 

Wielki prestiż polskiej uczelni? „To nie jest sukces Polski jako państwa”

Najpierw trzeba więc sprawdzić poziom studiów. W Polsce występują studia pierwszego stopnia, studia drugiego stopnia oraz jednolite studia magisterskie. Studia pierwszego stopnia to zazwyczaj pierwszy etap kształcenia po maturze. Studia stacjonarne tego rodzaju trwają co najmniej sześć semestrów, czyli trzy lata. Jeżeli prowadzą do uzyskania kompetencji inżynierskich – co najmniej siedem semestrów, czyli trzy i pół roku. Po ich ukończeniu można uzyskać na przykład tytuł licencjata albo inżyniera. Studia drugiego stopnia podejmuje się już po ukończeniu studiów pierwszego stopnia. Trwają one od trzech do pięciu semestrów, a więc najczęściej około półtora–dwóch lat i prowadzą do uzyskania tytułu magistra, magistra inżyniera albo tytułu równorzędnego.

Niektóre kierunki są natomiast prowadzone jako jednolite studia magisterskie, co oznacza, że nie dzieli się ich na osobne studia pierwszego i drugiego stopnia. Student rozpoczyna studia po maturze i realizuje jeden ciągły program kończący się uzyskaniem tytułu magistra lub tytułu równorzędnego. Takie studia stacjonarne trwają od dziewięciu do dwunastu semestrów, czyli od czterech i pół do sześciu lat. Do tej grupy należą m.in. niektóre kierunki przygotowujące do wykonywania zawodów regulowanych.

Reklama
Reklama

Studia, których nie ma. Jak marketing wyprzedził prawo

W opisach studiów bardzo często pojawia się również skrót ECTS. Nie jest to ocena ani liczba godzin spędzonych wyłącznie na wykładach. Punkt ECTS jest miarą przeciętnego nakładu pracy studenta potrzebnego do osiągnięcia określonych efektów uczenia się. Z kolei efekty uczenia się to po prostu opis tego, co student po ukończeniu studiów powinien wiedzieć, rozumieć i potrafić zrobić. Jeden punkt ECTS odpowiada od 25 do 30 godzin pracy i chodzi tutaj zarówno o zajęcia z prowadzącymi, jak i samodzielną naukę, przygotowanie projektów, prac pisemnych czy naukę do egzaminów. Standardowo rok studiów odpowiada około 60 punktom ECTS, a semestr około 30.

Dlaczego to ważne? Ponieważ liczba punktów ECTS pozwala w pewnym uproszczeniu zobaczyć, jak duży jest cały program studiów oraz jak rozłożony jest wysiłek studenta pomiędzy poszczególne zajęcia. Aby ukończyć studia pierwszego stopnia, trzeba uzyskać co najmniej 180 punktów ECTS. Na studiach drugiego stopnia wymagane jest co najmniej 90 punktów ECTS. W przypadku jednolitych studiów magisterskich jest to co najmniej 300 punktów ECTS na studiach trwających dziewięć albo dziesięć semestrów oraz 360 punktów ECTS na studiach trwających jedenaście albo dwanaście semestrów.

Reklama
Reklama

Wojna o akademię odsłoniła starą aferę. Wraca temat słowackich habilitacji

Kolejnym parametrem jest profil studiów. Może być on praktyczny albo ogólnoakademicki. Nie jest to tylko różnica w nazwie. Na studiach o profilu praktycznym ponad połowa punktów ECTS musi być przypisana zajęciom kształtującym umiejętności praktyczne. Natomiast na profilu ogólnoakademickim ponad połowa punktów ECTS przypada na zajęcia związane z działalnością naukową prowadzoną w uczelni. Dla kandydata profil powinien więc być sygnałem, jaki charakter ma mieć kształcenie. Profil praktyczny jest mocniej nastawiony na zdobywanie umiejętności przydatnych w praktyce zawodowej.

Co istotne, program studiów o profilu praktycznym co do zasady przewiduje również praktyki zawodowe: na studiach pierwszego stopnia i jednolitych studiach magisterskich co najmniej sześciomiesięczne, a na studiach drugiego stopnia co najmniej trzymiesięczne. Od tej reguły istnieją jednak wyjątki, m.in. dla kierunków objętych odrębnymi standardami kształcenia.

Jeśli chodzi o formę studiów, to może ona być stacjonarna albo niestacjonarna. Potocznie nazwy te kojarzą się z dawnymi pojęciami studiów „dziennych” i „zaocznych”. To jednak jest mocne uproszczenie, bo ustawa definiuje formę studiów przede wszystkim poprzez udział zajęć odbywających się z bezpośrednim uczestnictwem prowadzących i studentów. Na studiach stacjonarnych w ten sposób musi być uzyskiwana co najmniej połowa punktów ECTS objętych programem, a na studiach niestacjonarnych może to być mniej niż połowa. Studia niestacjonarne mogą też trwać dłużej niż odpowiadające im studia stacjonarne.

Reklama
Reklama

Czytaj też: Prolegomena do narcyzmu w nauce

Na końcu warto jeszcze ustalić, jaki tytuł zawodowy uzyska absolwent, bo to nie jest to samo co nazwa kierunku. Można więc studiować określony kierunek, ale na końcu uzyskać, zależnie od poziomu i programu, tytuł licencjata, inżyniera, magistra, magistra inżyniera albo inny tytuł równorzędny. Warto to sprawdzić, zwłaszcza jeśli określony tytuł ma znaczenie dla dalszego kształcenia albo przyszłej pracy.

Można to sprowadzić do prostego zestawu pytań: co będę studiować, na jakim poziomie, jak długo, w jakiej formie, o jakim profilu i jaki tytuł otrzymam na końcu? Dwie „informatyki” nie muszą bowiem oznaczać tych samych studiów. Jedna może być trzyletnimi studiami licencjackimi o profilu ogólnoakademickim, a druga trzyipółletnimi studiami inżynierskimi o profilu praktycznym. Nazwa kierunku będzie podobna, ale czas studiów, program, charakter kształcenia, praktyki, liczba punktów ECTS i tytuł zawodowy mogą być zupełnie inne. Dlatego porównując „informatykę na uczelni A” z „informatyką na uczelni B”, warto najpierw sprawdzić, czy rzeczywiście porównujemy studia tego samego rodzaju.

Co się kryje za nazwą kierunku

Zarówno maturzystom, jak i ich rodzicom często wydaje się, że nazwy „informatyka”, „ekonomia” czy „zarządzanie” brzmią znajomo i dają złudne poczucie, że wiadomo, czego się będziemy uczyć na tych studiach. Nie do końca tak jest, ale jeszcze bardziej jest to widoczne w przypadku kierunków o zupełnie egzotycznych, czasami anglojęzycznych nazwach, co do których zupełnie już nie wiemy, jakie przedmioty składają się na ich program.

Reklama
Reklama

Sytuacja taka jest efektem reformy z 2011 r., która zlikwidowała w Polsce odgórną listę nazw kierunków studiów oraz zakres kształcenia, który powinien być uwzględniany na danym kierunku. Obecnie poza 11, a za chwilę 12 kierunkami, dla których pozostawiono określony zakres kształcenia (tzw. standardy), uczelnia sama definiuje nazwę kierunku studiów i układa jego program według spójnej koncepcji kształcenia.

Z tego względu ten sam kierunek w dwóch uczelniach może być skonstruowany inaczej, bo nawet kierunek o tej samej nazwie może mieć nieco inny program, inny układ zajęć, zakres przedmiotów do wyboru, specjalności, sposób organizacji praktyk, kadrę czy nawet sposób prowadzenia kształcenia. A wszystko to razem ma już znaczenie. Niejednokrotnie również bardzo twórcza nazwa kierunku studiów pełni rolę marketingową i w takiej sytuacji przejrzenie programu lub planu studiów staje się konieczne. Warto podkreślić, że uczelnie mają obowiązek udostępnienia programów studiów na swojej stronie w Biuletynie Informacji Publicznej.

Profesor kontra rektor. Konflikt na SGGW wszedł w nową fazę

Innego rodzaju marketingowym chwytem niektórych uczelni jest równie kreatywna nazwa specjalności. W tym przypadku trzeba jednak podkreślić, że pojęcie to nie jest obecnie zdefiniowane ani uregulowane jako odrębna kategoria prawna w ustawie – Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce ani w aktach wykonawczych do niej. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego dosyć niechętnie odnosi się do specjalności, wskazując, że studia prowadzone są na określonym kierunku, poziomie i profilu. Nie oznacza to jednak, że uczelnia nie może posługiwać się pojęciem „specjalność”.

Reklama
Reklama

Może ona organizować program studiów w taki sposób, aby przewidywał określone grupy zajęć, moduły czy ścieżki odpowiadające temu, co potocznie nazywa się właśnie specjalnością. Jest to jednak zawsze element konstrukcji programu studiów, a nie odrębny rodzaj studiów. Trzeba mieć zatem świadomość, że student formalnie kończy kierunek studiów, a nie „specjalność” jako odrębną formę kształcenia. Nazwa specjalności nie jest obowiązkowym elementem dyplomu, ale jest bardzo często dodatkowo umieszczana na dyplomie, chociaż wcale tak być nie musi. Pojęcie „specjalność” brzmi zatem dosyć oficjalnie, ale tak naprawdę może oznaczać mniej, niż kandydat sądzi, bo zasadniczo jest to tylko sposób, w jaki uczelnia organizuje część programu.

Świetne wyniki, trudne pytania. Co naprawdę przynosi ewaluacja nauki?

Dobrze zatem wiedzieć, co jest nazwą kierunku, a co nazwą specjalności. W obu przypadkach można zaobserwować pewną przemijającą modę i nie da się ukryć, że obecnie dużym powodzeniem cieszą się nazwy z użyciem słów „cyber” lub „AI”.

Dodatkową niedogodnością jest też fakt, iż bardzo często uczelnie uzależniają w umowach i regulaminach uruchomienie danej specjalności od zebrania odpowiedniej liczby chętnych. Może się zatem okazać, że po ukończeniu pierwszego roku z powodu braku chętnych specjalność, która akurat nas interesowała, nie będzie prowadzona. Warto zatem pytać na uczelni, czy w latach ubiegłych uruchamiano wszystkie specjalności na danym kierunku.

Reklama
Reklama

Wybór kierunku studiów wyłącznie na podstawie samej nazwy może być zatem bardzo złudny, a samo stwierdzenie, że chcę studiować np. informatykę czy ekonomię, powinno być zaledwie początkiem decyzji, a nie jej końcem, bo nie powinno się wybierać nazwy kierunku, ale konkretny program studiów w konkretnej uczelni.

Rekordowa matura, rekordowy tłok. Uczelnie nie były gotowe na ten rocznik

Popularny kierunek nie musi być dobry dla każdego

Liczba kandydatów na dany kierunek również działa mocno na wyobraźnię i łatwo pomyśleć, że skoro o jedno miejsce walczy spora liczba osób, to przecież coś musi być na rzeczy. Wysoki próg punktowy wymagany, aby dostać się na daną uczelnię, nie stanowi certyfikatu jakości kierunku, ale świadczy przede wszystkim o tym, że wiele osób chce się na dane studia dostać. Natomiast nic nam to jeszcze nie mówi o jakości kształcenia, dopasowaniu studiów do określonej osoby ani o sytuacji absolwentów po ukończeniu studiów. Konkurencja w rekrutacji wcale nie musi być dowodem wysokiej jakości kształcenia, atrakcyjnych zarobków ani zatrudnienia po dyplomie.

Często kandydaci za bardzo koncentrują się na analizie samego procesu rekrutacji, a zupełnie pomijają sprawdzenie, co dzieje się z absolwentami danego kierunku po jego ukończeniu. Przy czym istotne jest, aby nie traktować rynku pracy jak zjawiska niezmiennego. Pamiętajmy, że osoba, która rozpocznie w roku 2026 studia magisterskie lub będzie się kształciła najpierw na studiach pierwszego stopnia, a potem drugiego stopnia, ukończy je w 2031 roku, co oznacza, że na rynek pracy będzie wchodziła w rzeczywistość, która może wyglądać zupełnie inaczej niż dziś.

W tym czasie zmienią się technologie, powstaną nowe zawody, a część kompetencji zyska na znaczeniu, podczas gdy inne mogą zostać zautomatyzowane. Dlatego wybieranie studiów, kierując się wyłącznie aktualnym popytem na rynku pracy, może być równie ryzykowne jak całkowite ignorowanie obecnych potrzeb tego rynku.

Reklama
Reklama

Równie ostrożnie trzeba też podchodzić do wszelkich marketingowych haseł w stylu „najbardziej przyszłościowy kierunek”, „zawód przyszłości” czy „najbardziej poszukiwani specjaliści”. To jedne z najbardziej chwytliwych określeń używanych przy rekrutacji, a jednocześnie najmniej precyzyjne. One nie mogą stanowić podstawy decyzji o wyborze kierunku studiów, bo nie chodzi przecież o to, aby studiować modny kierunek, ale żeby wiedzieć, co się tak naprawdę będzie studiowało, a co więcej, jakie kompetencje dadzą te studia i na ile pozwolą w przyszłości zmienić ścieżkę zawodową, jeśli za kilka lat zmienią się (a jest to bardziej niż pewne) potrzeby na rynku pracy. Warto zatem pytać nie tylko, czy po ukończeniu tych studiów jest praca, ale także, czy te studia dają kompetencje, które da się w przyszłości wykorzystać w różnych rolach i branżach.

Punkt odzyskany, rok stracony. OKE każą maturzystom czekać do jesieni. Co ze studiami?

Co stało się z absolwentami kierunku

Kandydaci często interesują się liczbą chętnych przypadających na jedno miejsce, ale paradoksalnie dużo bardziej praktyczna dla nich informacja dotyczy osób, które skończyły już studia. Co dzieje się z nimi rok, dwa albo trzy lata po dyplomie, czy pracują, jak kształtują się ich wynagrodzenia i jak długo szukają pracy? 

Reklama
Reklama

Nie żyje najmłodszy profesor w historii Cambridge. Oskarżano go o zmyślenie osiągnięć

W Polsce służy do tego system Ekonomicznych Losów Absolwentów. To jedno z najbardziej niedocenianych narzędzi informacyjnych dostępnych kandydatom, zawierające informacje o rzeczywistych absolwentach. System korzysta z danych z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych oraz Systemu Informacji o Szkolnictwie Wyższym POL-on. Pokazuje m.in. średnie zarobki brutto, czas potrzebny na znalezienie stabilnego zatrudnienia oraz odsetek absolwentów pracujących na etacie. Informacje można sprawdzać dla konkretnych uczelni, kierunków studiów i miast w Polsce.

Nie należy oczywiście traktować tych danych jak wyroczni, ale jest to lepszy punkt odniesienia niż deklaracje uczelni, że „rynek czeka na naszych studentów” lub „po tym kierunku wszyscy znajdują pracę”. Dane z ELA trzeba oczywiście interpretować rozsądnie, bo średnie wynagrodzenie absolwentów konkretnego kierunku nie jest automatycznie obietnicą przyszłej pensji każdego, kto te studia ukończy. Znaczenie mają tutaj region, branża, doświadczenie zawodowe, konkretny pracodawca, jak i sam moment wejścia na rynek pracy oraz wiele innych czynników.

Poseł KO miał załatwiać kontrakty z SAFE. Sam pytał w Sejmie o pieniądze dla służb

Reklama
Reklama

Uzyskanie uprawnień po ukończeniu studiów czy po prostu opis kierunku

Jeśli na stronie uczelni pojawiają się sformułowania typu „studia kwalifikacyjne”, „przygotowanie do wykonywania zawodu”, „uprawnienia” czy „możliwość wykonywania zawodu X”, to trzeba do tego podchodzić ostrożnie. Warto najpierw ustalić, czy jest to skutek wynikający z przepisów, czy tylko marketingowy opis kierunku.

Ma to istotne znaczenie zwłaszcza dla tzw. zawodów regulowanych, co do których wymagania są szczegółowo określone w przepisach prawa, a sam fakt ukończenia studiów o odpowiednio brzmiącej nazwie nie zawsze wystarcza. Przepisy mogą bowiem wymagać określonego rodzaju wykształcenia, programu, przygotowania zawodowego, praktyk albo spełnienia dodatkowych warunków. Dobrym przykładem jest przygotowanie do wykonywania zawodu nauczyciela.

CBA na Uniwersytecie w Siedlcach. Chodzi o rektora Minkinę

W tym przypadku zarówno standard kształcenia, który uczelnia jest zobowiązana realizować w programie kierunku, jak i wymagania kwalifikacyjne są bardzo szczegółowo regulowane przepisami. Jeżeli zatem celem jest zdobycie uprawnień do wykonywania konkretnego zawodu, warto najpierw sprawdzić wymagania prawne, a dopiero później szukać studiów, które je spełniają. Jeśli zaś uczelnia twierdzi, że studia dają uprawnienia zawodowe, należy to po prostu zweryfikować, bo może to oszczędzić dużo czasu i rozczarowań.

Reklama
Reklama

W kontekście uprawnień warto jeszcze zwrócić uwagę na przymiotnik „praktyczny”, który ma wyjątkowo dobre właściwości reklamowe. Powinno się jednak odróżniać język marketingowy od formalnych cech studiów, bo „praktyczne studia” nie zawsze oznaczają to samo. Czym innym jest deklaracja uczelni, że program jest „bardzo praktyczny”, a czym innym praktyczny profil studiów określony w ich programie, z którego wynika struktura zajęć, rzeczywista liczba godzin praktycznych i sposób organizowania praktyk zawodowych. Zamiast zatem pytać, czy studia są praktyczne, lepiej zapytać po prostu, jaki profil określiła uczelnia dla danego kierunku, ile jest zajęć praktycznych, czego konkretnie się na nich uczę, kto je prowadzi i gdzie odbywają się praktyki. Im bardziej szczegółowe pytanie, tym trudniej odpowiedzieć reklamowym sloganem.

Nie istnieje jeden najlepszy kierunek

Najczęstsze pytanie, jakie słyszę, brzmi: co się teraz opłaca studiować? Nie ma na nie jednej dobrej odpowiedzi, bo nie istnieje kierunek dobry dla wszystkich. Jeśli kierunek świetnie pasuje do jednej osoby, to dla drugiej może być pomyłką. Studia powinny jednocześnie odpowiadać zainteresowaniom, możliwościom i planom danej osoby. Sam argument „to mnie interesuje” może być za słaby, ale równie słaby jest argument „podobno po tym dobrze się zarabia”. Wysokie zarobki w danej branży nie pomogą komuś, kto nie ma do niej predyspozycji albo zwyczajnie nie chce wykonywać takiej pracy. Z drugiej strony samo „interesuję się tym od dziecka” także nie rozwiązuje kwestii wyboru kierunku.

Reklama
Reklama

Dobra decyzja powinna opierać się na zadaniu sobie kilku pytań. Czy naprawdę wiem, czego będę się uczyć? Czy sprawdziłem konkretny program, a nie tylko nazwę? Czy wiem, co robią absolwenci? Czy rozumiem, jakie kwalifikacje daje dyplom? Czy potrafię odróżnić informację od marketingu? I wreszcie: skąd wiem, że uczelnia naprawdę zapewnia to, co obiecuje? Jeżeli odpowiedź na większość tych pytań brzmi „nie”, to jeszcze nie oznacza, że dokonaliśmy złego wyboru studiów, ale że ten wybór tak naprawdę jeszcze się nie zaczął.

Studia są zbyt kosztowną decyzją, żeby wybierać je na podstawie samego rankingu, rekomendacji znajomego czy dobrze przygotowanej reklamy. Nawet wtedy, gdy czesne wynosi zero, najważniejszą walutą, którą płaci student, jest czas stracony na źle wybrane studia.

Przed ostateczną decyzją warto przeprowadzić prosty test kierunku studiów. Pierwsze dziesięć minut można poświęcić na sprawdzenie oficjalnych informacji o kierunku: programu, poziomu, profilu, formy studiów i zasad rekrutacji. Kolejne dziesięć minut na sprawdzenie informacji Polskiej Komisji Akredytacyjnej dotyczących tego kierunku. Natomiast ostatnie dziesięć minut na przejrzenie danych o ekonomicznych losach absolwentów. Dopiero potem warto patrzeć na rankingi, czytać opinie studentów i opinie na grupach w mediach społecznościowych oraz oglądać materiały promocyjne uczelni.

Reklama
Reklama

Taka kolejność ma istotne znaczenie, bo jeśli zaczęliśmy od reklamy, istnieje duże ryzyko, że później będziemy już tylko szukać informacji potwierdzających nasze pierwsze wrażenie. W ten sposób marketing będzie zaledwie jednym ze źródeł informacji, a nie podstawą decyzji.

Źródło: Zero.pl
Monika Kwiecień-Miland
Monika Kwiecień-MilandRadca prawny, wykładowca akademicki, w latach 2008-2023 dyrektor i zastępca dyrektora w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego - autorka zewnętrzna
Reklama
Reklama