Reklama
Świat

Po co Putinowi wybory do Dumy Państwowej?

Jeśli sądzicie, że wybory w Rosji nie mają znaczenia, bo i tak wszystkim rządzi Putin, Kreml bardzo chciałby, żebyście nadal tak myśleli. Duma Państwowa jest fasadowym parlamentem, ale za tą fasadą trwa selekcja przyszłych urzędników oraz walka klanów o pieniądze i kariery. Teraz Kreml wpuszcza do tego systemu ludzi z frontu. I właśnie dlatego tym wyborom warto przyglądać się szczególnie uważnie.

Kuba Benedyczak
Opinia autorstwa: Kuba Benedyczak
Dzisiaj 08:55
20 min
Władimir Putin i cztery partie, które od lat współtworzą fasadę rosyjskiego parlamentaryzmu (fot. Putin: Getty Images)
TYLKO NA
  • 18 września wystartowały trzydniowe wybory do Dumy Państwowej, niższej izby rosyjskiego parlamentu. W głosowaniu wyłonionych zostanie 450 deputowanych, którzy przez kolejne pięć lat będą decydować o kształcie rosyjskiego prawa i polityki.
  • Duma to przede wszystkim arena lobbingu. Większość deputowanych reprezentuje interesy biznesu, regionów, służb lub państwowych korporacji i zabiega o wpływy oraz dostęp do budżetowych pieniędzy.
  • Politycy (tacy jak Aleksiej Żurawlew) pełnią określoną funkcję: nagłaśniają radykalne postulaty, testują reakcje opinii publicznej i dostarczają władzy wygodnych narzędzi propagandowych.
  • Wybory służą Kremlowi do wymiany i kształtowania elit. Dlatego przed kolejną kadencją administracja prezydenta promuje weteranów wojny z Ukrainą, chcąc wprowadzić do Dumy nawet stu nowych deputowanych z wojskowym doświadczeniem. I to dla Polski nie jest dobra wiadomość.

Quiz

Pod koniec sierpnia Aleksiej Żurawlew, wiceprzewodniczący komisji ds. obronności Dumy Państwowej (odpowiednik naszego Sejmu), oznajmia, że Rosja zobowiązana jest do użycia taktycznej broni jądrowej przeciwko Ukrainie, aby wreszcie zmusić ją do kapitulacji. Deputowany Aleksiej Żurawlew, 64-latek, jest znakomity: zmrużone oczka szaleńca, groza nienawiści rozlana po twarzy, groźby wygłaszane melodią głosu osiedlowego dresika.

Ze słów o użyciu broni jądrowej robi się „mała” aferka. Dziennikarze rosyjscy dzwonią do kolegów Żurawlewa z komisji ds. obronności. Deputowani Andriej Kolesnik i Wiktor Sobolew mówią, że „nie”, drodzy państwo, na ten moment nie ma takich planów i „nie daj Bóg, żeby nas do tego zmusili”. Wypowiedzi idą w eter na całą Rosję: internety-radio-telewizja. A kraj do najmniejszych nie należy. Potem słowa deputowanego Żurawlewa bez namysłu grzeją zachodnie portale, zwłaszcza w Polsce.

Rosja o niedzielnych atakach. „Cele o charakterze militarnym”

Reklama
Reklama

W ten sposób po raz kolejny trafiają do europejskiej opinii publicznej i polityków. Mimo że wypowiedział je Aleksiej Żurawlew, od dwóch dekad szajbus-nacjonalista do wynajęcia, twierdzący, że w Danii funkcjonuje dom publiczny dla zoofilów, gdzie można gwałcić żółwie, i wnoszący do Dumy najdziksze projekty ustaw typu „wyrzućmy z publicznych szkół dzieci migrantów, którzy nie płacą podatków”.

Pytanie testowe wielokrotnego wyboru: które z poniższych twierdzeń jest prawdziwe?

  • A) Deputowani w rodzaju Żurawlewa wnoszą projekty ustaw i wysyłają za granicę komunikaty, których autorstwo jest niewygodne dla Kremla.
  • B) Deputowani do Dumy Państwowej wyrażają postulaty i dają poczucie reprezentacji różnym grupom społecznym, nawet jeśli na poczuciu się kończy, a Kreml robi swoje.
  • C) Duma Państwowa stanowi atrapę państwa prawa i woli ludu.
  • D) Na Kremlu siedzą bardzo znudzeni ludzie, którzy wkładają ogromne zasoby w działanie Dumy Państwowej i wybór deputowanych w ogólnokrajowych wyborach, aby z braku innych zajęć obejrzeć sobie wyborczy spektakl, zajadając kawior z bieługi.

Jeśli zaznaczyli państwo odpowiedzi A, B, C, znaczy to, że rozumiecie jakąś część działania putinizmu i przyczyn, dla których całkiem efektywnie pracuje od prawie 30 lat. Jeśli wybrali państwo odpowiedź D, proszę się nie martwić, większość polskich mediów tak właśnie sądzi.

Reklama
Reklama

Rosja uderzyła tuż przy polskiej granicy. Kallas: Nie możemy dać się zastraszyć

Krótki kurs natury autorytaryzmu: PRL vs. putinizm

„Po co w Rosji odbywają się wybory do Dumy Państwowej?” – pytanie stawiane jak mantra przez polskich dziennikarzy – dałoby się jeszcze obronić w przypadku jakiegoś amerykańskiego pismaka-ignoranta z Kentucky Herald. Ale nie w kraju, gdzie partyjny i urzędniczy aparat PRL z rodzinami stanowił około jednej czwartej ludności. Szybko zapomnieliśmy, że za garniturem Gomułki czy innego Gierka działa się polityka, ponieważ nawet w tym śmieszno-ponurym kraju występowały grupy interesów, regionalni baronowie pod postacią sekretarzy wojewódzkich.

Oprócz nich byli też dyrektorzy zakładów, ministrowie, szefowie milicji i generałowie SB. Wszyscy oni mieli swoich zastępców i zastępy swoich. Autorytarny PRL na swój kulawy sposób próbował dawać im państwową formę uczestnictwa – młodzieżowe i przypartyjne organizacje, media, komitety, związki zawodowe, wreszcie fasadowe wybory, fasadowy Sejm i fasadowe zjazdy partyjne.

Putinowska Rosja jest w tej ofercie o wiele bardziej zaawansowana, choćby dlatego, że… musi. Naukowiec Iwan Kalabiekow w książce „Rosyjskie reformy w cyfrach i faktach” obliczył, że ok. 45 proc. Rosjan, a z rodzinami ok. 55 proc., żyje z pieniędzy budżetowych (emeryci, pracownicy budżetowi, sektor obronny i żołnierze kontraktowi). Do tego należy doliczyć firmy wykonujące kontrakty zlecone przez państwo. Oznacza to, że rosyjskie państwo jest gwarantem stabilnej egzystencji dla co najmniej dwóch trzecich Rosjan. Stąd też putinizm wytworzył całą sieć sterowanych odgórnie partii i partyjek, wszechzwiązkowych korporacji i fundacji, instytutów i młodzieżowych organizacji. Tu nawet Cerkiew Prawosławna podlega państwu.

Reklama
Reklama

Na tym tle Duma Państwowa oraz niemal 2,5 tys. parlamentów miejskich i regionalnych wybieranych w głosowaniu powszechnym są logicznym sposobem autorytarnej Rosji na to, by ludzie z temperamentem politycznym i społecznikowskim, mały i średni biznes, zwykli karierowicze i nieudacznicy realizowali się wewnątrz systemu, a nie szukali spełnienia na zewnątrz. Na mecie zwycięzcy mogą liczyć na stanowisko deputowanego do Dumy czy tłuste państwowe granty dla własnych fundacji.

Kushner o rozmowach z Putinem: „Duży sukces”. Wskazał najtrudniejszą kwestię

A ten, komu się naprawdę poszczęści i zauważy go administracja prezydenta, może trafić do kierowanych przez nią sieci szkół politycznych, m.in. Szkoły Gubernatorów, Liderów Rosji czy Warsztatu Zarządzania Seneż. Status absolwenta daje sporą szansę na stanowisko gubernatora lub wysokiej rangi urzędnika w ciałach orbitujących wokół administracji prezydenta.

Tworzy to miks stechnokratyzowanego sowietu z faszystowską korporacją, która trochę czerpie z Chin (ocena gubernatorów przez KPI, kontrola przez algorytmy), a trochę z technofaszystów amerykańskich, takich jak Curtis Yarvin i Peter Thiel (państwo to korporacja, algorytmizowanie usług państwa). Ten zmechanizowany lewiatan jakby chciał, ale wciąż nie może zapanować nad tym, co pierwotnie rosyjskie – ludzie siedzący na szczycie instytucji zawsze są z nieformalnej grupy interesów, czyli klanu lub podklanu – Timczenki, Kirijenki, Sieczina, Rottenbergów, Kadyrowów, Kowalczuków i tak dalej. Dlatego całą tę misterną konstrukcję spina CEO Wszechrusi, Władimir Putin.

Reklama
Reklama

Trump po rozmowach z Putinem. Mówi o „przeszkodach” dla pokoju

Rosja jest wrogim Polsce zamordyzmem, ale lepiej przyznać, że posiada dość sprofesjonalizowany system kształcenia politycznego i cyrkulacji korpusu urzędniczo-politycznego, podobnie zresztą jak Chiny czy Iran.

Podręcznikowym przykładem awansu jest pełnomocniczka prezydenta ds. praw dziecka, Marija Lwowa-Biełowa. Zaczynała jako nauczycielka muzyki w zaledwie 500-tysięcznej Penzie. Ponieważ angażowała się w działalność organizacji dobroczynnych – najczęściej związanych z cerkwią – weszła w lokalną politykę. Uzyskała mandat penzeńskiej Dumy Miejskiej oraz wstąpiła do partii Jedna Rosja. Tutaj dostrzegła ją Moskwa, dzięki czemu została laureatką Szkoły Liderów, a następnie ukończyła Szkołę Gubernatorów. Od tego momentu było już z górki.

Otrzymała mandat senatorki w Radzie Federacji (odpowiednik naszego Senatu), a na cztery miesiące przed rozpoczęciem inwazji na Ukrainę na pokład wciągnął ją Putin, mianując swoją pełnomocniczką ds. praw dzieci. Jak wielu prowincjuszy wspinających się po trupach drabiną kariery, tak bardzo wczuła się w obronę praw dzieci, że deportowała kilkadziesiąt tysięcy ukraińskich dzieci do Rosji, za co Międzynarodowy Trybunał w Hadze wydał za nią list gończy. Ale co ją obchodzi list gończy, skoro ta odstręczająca persona o wyglądzie fanatyczki religijnej z „Opowieści podręcznej” umie w networking.

Reklama
Reklama

Trump rozmawiał z Putinem. Kreml wydał komunikat

Nie tylko budzi uznanie prezydenta, gdy pojawia się przed nim w rosyjskich strojach ludowych. Jak każda szanująca się ortodoksyjna wyznawczyni prawosławia wzięła rozwód i wyszła za magnata prawosławno-monarchistycznej telewizji Cargrad, Konstantina Małofiejewa. Tak oto nauczycielka w szkole podstawowej i domu kultury na rosyjskim zadupiu w wieku 40 lat została żoną miliardera i urzędniczką administracji prezydenta.

W Rosji nie ma darmowych obiadów

Polacy w PRL wymyślili genialny bon mot „w tym kraju nawet zupa jest polityczna”. I słusznie, bo w PRL-u partia ustalała plan na zbiory warzyw do zupy, w III RP partie polityczne do dziś kłócą się, czy zupa w szkołach powinna być darmowa i „kto za to wszystko zapłaci”. Chodzi mi o to, że to nie tak, że u nas, panie, w demokracji jest wielka polityka, a w Rosji Putin decyduje o budżecie każdego szpitala.

W takiej, powiedzmy, Republice Chakasji trzeba ustalić ilość darmowych obiadów w szkołach, a co ważniejsze, kto za nie zapłaci i kto na nich zarobi. A jeśli ogólnokrajowy związek rosyjskich wiolonczelistów chce otrzymać z budżetu państwa więcej forsy niż puzoniści, balet więcej niż teatr, kolarze więcej niż federacja sambo, muszą zdobyć kanały dojścia, aby przekonać odpowiednich ludzi, że zasługują na więcej. Prawdziwa zabawa zaczyna się, gdy naprzeciwko stają grupy interesów, bo tu już można stracić życie.

Reklama
Reklama

Przełom w wojnie? Putin polecił nie atakować Kijowa przez trzy dni

Na przykład o kontrakty państwowe walczą farmerzy żyznych ziem południowej Rosji z magnatami przetwórstwa rybnego znad Morza Beringa i Ochockiego na rosyjskim Dalekim Wschodzie. Albo starcie gigantów: sektor zbrojeniowy łapie się za bary z sektorem energetycznym o środki budżetowe na zagospodarowanie rosyjskiej Arktyki – tu już można stracić i zyskać znacznie więcej niż życie. Najlepsze kanały dojścia znajdują się oczywiście w administracji prezydenta i na Łubiance, ale Duma Państwowa to też niezłe miejsce, bo rosyjscy deputowani prawie zawsze są z klanu lub podklanu.

Zatem dla przysłowiowych puzonistów i biznes-ciułaczy Duma to miejsce lobbingu, dla reprezentantów poważniejszego biznesu baza wypadowa do tjażelowiesów (zawodników wagi ciężkiej) systemu.

Wedle obliczeń moskiewskiego Centrum Badań nad Problemami Interakcji Biznesu i Władzy ponad 65 proc. deputowanych to lobbyści, pozostałe 35 proc. to zapychacze, czyli działacze partyjni, celebryci, sportowcy i wojskowi na emeryturze. Co bardziej przedsiębiorczy lobbyści działają dla kilku sektorów, co powoduje, że ich skład nie sumuje się do stu procent: 60 proc. z nich to prywatny biznes, 30 proc. przedstawiciele interesów regionalnych, 16 proc. wielki przemysł i finanse, 28 proc. reprezentanci centralnych organów państwa (przeważnie siłowicy, czyli politycy z najwyższych szczebli władzy wywodzący się z wojska lub służb specjalnych), 10 proc. działacze społeczni.

Reklama
Reklama

Żeby te procenty jakoś uczłowieczyć, badania wykazały, że w ciągu ostatnich 15 lat siłowicy, urzędnicy i ludzie putinowskich oligarchów całkowicie wyparli z niej ludzi pracujących dla oligarchów typu Roman Abramowicz, a także gangsterów lat 90., którzy cudem przeżyli dziką prywatyzację i jeszcze większym cudem zachowali swój majątek, dzięki czemu kupili sobie stołek deputowanego. Świadczy to bardziej o umocnieniu i profesjonalizacji putinizmu niż jego słabości.

Awantura po słowach Błaszczaka o NATO. Gen. Polko: Putin zaciera ręce

Kto rządzi Dumą z Kremla

Naturalnie deputowani pogrupowani są w partie polityczne, które do pewnego stopnia przypominają te europejskie. Ich członkowie głoszą hasła, jakie znamy z Polski – emerytury, podatki, hulajnogi na chodnikach, kredyty i ceny żywności. Plus wzajemne oszczerstwa. Istnieją tylko dwa tabu. Nikt nie krytykuje prezydenta ani jego pomysłu prowadzenia wojny.

Partie zasiadające w Dumie są mniej lub bardziej sterowane przez tzw. politblok, czyli nieformalną grupę wewnątrz administracji prezydenta, sterującą polityką partyjną i regionalną oraz mediami i propagandą. Kierują nią wiceszefowie administracji Siergiej Kirijenko (polityka) i Aleksandr Gromow (media). To im dwóm zależało na przeprowadzeniu wyborów do Dumy wbrew sporej części siłowików, którzy pytali: skoro trwa wojna, płoną nasze rafinerie, po co bawić się w wybory? W tej kwestii jeden do zera dla politbloku, ponieważ Putin uznał, że zbyt wielki jest pożytek z argumentu:

Reklama
Reklama

„U nas odbywają się demokratyczne wybory prezydenckie i parlamentarne, podczas gdy Zełenski i Werchowna Rada rządzą poza kadencjami. Z kim tu rozmawiać, skoro nazistowski reżim w Kijowie nie posiada legitymacji własnego narodu?”.

Wiarygodne przecieki mówią, że nienasycona ambicja Kirijenki, obrastającego we władzę, podsunęła mu pomysł przebudowania sceny politycznej, właściwie funkcjonującej w niezmienionym kształcie od dwóch dekad, czyli od kiedy zbudował ją niegdyś wszechpotężny szef administracji Putina, Władisław Surkow. Zastany przez Kirijenkę krajobraz wygląda następująco: kremlowska Jedna Rosja posiada większość konstytucyjną.

Po kilkanaście procent mandatów mają Komunistyczna Partia Federacji Rosyjskiej oraz nacjonaliści z Partii Liberalno-Demokratycznej (LDPR). Mniej niż dziesięć procent przypada na Sprawiedliwą Rosję, pozującą na patriotyczną lewicę, podobnie na Nowych Ludzi, którzy weszli do Dumy dopiero w 2021 r. jako dziecko Kirijenki z ofertą dla wielkomiejskich klas średnich, ale też bliskie interesom jego klanu. To on zarządza koncernem atomowym Rosatomem, a jego syn Władimir to CEO big techu VK. Poza wszystkim Kirijenko to rosyjski technofaszysta, który wdraża metody korpo do zarządzania polityką wewnętrzną, a przy tym podobnie jak twórcy manifestu Palantira gardzą demokracją.

Reklama
Reklama

Zełenski: jestem gotowy spotkać się z Putinem

Jego plan to zmniejszyć liczbę mandatów Jednej Rosji, Komunistów i LDPR na rzecz Nowych Ludzi. Tak, aby zamiast jednej istniały dwie partie władzy, całkowicie zależne od resursów administracji prezydenta. Kreml mógłby wtedy napuszczać jednych na drugich i efektywniej szantażować. Najfajniej byłoby wyrzucić z Dumy w kolejnych latach Komunistów i LDPR, aby stworzyć system dwupartyjny w stu procentach kierowany z Kremla.

Łoś w bagażniku i inne historie

Kirijenko nie cierpi Komunistów i LDPR nie tylko dlatego, że stanowią relikt przeszłości, ale dysponują pewną niezależnością, bo ich struktury istnieją od 1991 r., a do pewnego stopnia chroni je sam Putin, który nie lubi zmieniać rzeczy dobrze działających. Kirijenko musi więc działać ostrożnie, a bardzo by chciał obniżyć notowania jednych i drugich poniżej 10 proc. Sondaże pokazują, że może mu się udać. Tym bardziej że FSB od kilku lat dziesiątkuje obie partie.

O wiele łatwiej osłabić LDPR, ponieważ w 2022 r. zmarł jej charyzmatyczny założyciel Władimir Żyrinowski, który pełnił tę samą funkcję co jego partyjny kolega Żurawlew, tylko lepiej. Żyrinowskiego na stanowisku przewodniczącego zastąpił bezbarwny Leonid Słucki, który co prawda wpasowuje się w obecne trendy antymigracyjne i nacjonalizmu etnicznych Rosjan, ale agendę podkrada mu Kreml. Ponieważ Słucki nie zaskarbił sobie miłości Putina, efesbesznicy bez pardonu wsadzają jego partyjnych kolegów do więzienia, żeby za bardzo nie podskakiwali. Jednemu nawet podrzucili do bagażnika samochodu łosia będącego w Rosji pod ochroną, przez co biedak – członek LDPR, nie łoś – spędził kilka lat w więzieniu.

Reklama
Reklama

Trump: Rosja i Ukraina wstrzymają ataki na obiekty energetyczne

Trudniej jest z Komunistami. Posiadają większe poparcie oraz bardziej rozbudowane struktury od LDPR i wciąż rządzi nimi 82-letni Giennadij Ziuganow, którego po bardzo starej znajomości szanuje Putin. Mimo że w kolejce nogami przebierają od dawna typowani następcy, włącznie z wnukiem przewodniczącego. Na szczęście dla Kirijenki jeszcze bardziej od niego Komunistów nie znoszą efesbesznicy, ponieważ wśród nich znajdują się ludzie głośno krytykujący wojnę.

Deputowany Wiaczesław Marchajew zażądał „planu zakończenia specjalnej operacji wojskowej”, a Renat Sulejmanow oznajmił, że wojna musi się skończyć, inaczej rosyjska gospodarka upadnie. Zresztą młodszy garnitur partii w regionach to często antywojenni socjaliści, sfokusowani na kwestiach klimatycznych i społecznych.

Komunistów i LDPR może uratować jedno. Siłowicy nie znoszą i boją się rosnącego we władzę Kirijenki, któremu wbrew nim udało się wyrzucić z wyborów Jabłoko, zdolne swoją antywojenną, liberalną agendą ukraść nieco elektoratu Nowym Ludziom. Kirijenko 2:0 FSB.

Rosja werbuje w Niemczech „jednorazowych agentów”. Ujawnia to śledztwo dziennikarskie

Nowi Ludzie, chociaż gromadzą pod swoimi skrzydłami znanych artystów i biznesmenów oraz występują w obronie wolności osobistych klasy średniej, to w 96,3 proc. przypadków głosują za projektami Kremla i Jednej Rosji. Zresztą w przypadku pozostałych partii wskaźnik jest niemal identyczny. Skoro żadnej partii nie omijają aresztowania, tylko głupi by nie głosował. Nie wiadomo, czy Sprawiedliwa Rosja w ogóle wejdzie do Dumy. Jej lider Siergiej Mironow budzi wśród Rosjan kpinę i politowanie, a sojusz jego partii z Jewgienijem Prigożynem, nawet podczas marszu wagnerowców na Moskwę w 2023 r., raczej nie został zapomniany przez Putina.

Reklama
Reklama

Z kolei Jedna Rosja to po prostu maszynka do przegłosowywania ustaw Kremla i rządu. Sprawujący w niej realną władzę sekretarz rady generalnej Władimir Jakuszew blisko współpracuje z kremlowskim politblokiem. Podobnie jak Wasilij Wasilijew, odpowiedzialny w Dumie za dyscyplinę głosowania. Formalnie na czele Jednej Rosji stoi Dmitrij Miedwiediew, ale przy okazji tych wyborów Putin – także za sprawą niechętnego mu Kirijenki – znowu go poniżył, nie wpuszczając na krajową listę partyjną. Miedwiediew miał chrapkę na stanowisko spikera Dumy, gdy tymczasem zobaczył szklany sufit. Wciąż będzie grzał ławkę rezerwowych na niewiele mówiącym stanowisku wiceprzewodniczącego Rady Bezpieczeństwa.

Podpalenia, sabotaże, drony. Tak Rosja przygotowuje grunt pod większy kryzys w NATO

Udrażniacze rur putinizmu

Niegłupim więc będzie pytanie, po co w ogóle organizować wybory, skoro można sfałszować wyniki, a politblok stosował tak zwaną suszkę, czyli ograniczał temat wyborów w telewizji państwowej i kontrolowanym internecie, by Rosjanie specjalnie nie zawracali sobie nim głowy? Taktyka władz, w związku ze spadającym poziomem życia i przeniesieniem części działań zbrojnych na terytorium Rosji, polegała na tym, by frekwencja wyniosła ponad 50 proc., a Jedna Rosja zdobyła 40-50 proc. głosów.

Reklama
Reklama

Chodzi o to, by głosowali Rosjanie zależni materialnie od państwa, a reszta może zostać w domach. Stąd kampania była bezbarwna. Wszystkie partie, chcąc jakkolwiek zaistnieć, gromadziły się wokół flagi przeciwko ukraińskim „atakom terrorystycznym” na rafinerie i magazyny Wildberries oraz krytykowały internetowe blackouty, gdyż utrudniało to codzienne życie Rosjan.

Putin nagle odwołał spotkanie z szefem CIA. Media wskazały powody

Skoro jednak Duma Państwowa jest jednym z kanałów cyrkulacji elit i społeczeństwa, a więc udrażniaczem rur w systemie, to pozostaje o wiele bardziej efektywna, pochodząc z niesfałszowanych wyborów powszechnych. Putinizm trwa niemal trzy dekady nie dlatego, że fałszuje wybory i tworzy stalinowskie gułagi, ale dość elastycznie odpowiada na zmieniające się zapotrzebowania społeczne. Poza tym za pomocą wyborów na żywym organizmie testuje wyborców i nastroje społeczne, widzi, kto jest toksycznym Miedwiediewem i Mironowem, a następnie się delikwentów pozbywa, często na poziomie prawyborów. Następnie wprowadza nowych ludzi, aby odświeżyć nimi system. Posiada to tę zaletę, że odbywa się wedle zasady: najpierw kontrola, potem zaufanie pod kontrolą.

Od początku wojny w wyniku represji i wywłaszczeń doszło do większych przekształceń własności niż w wyniku rozpadu ZSRR. A więc zadziała się rewolucja, którą zapewne odzwierciedli skład nowej Dumy. Pokaże też militaryzację społeczeństwa. Odkąd w 2024 r. Putin wydał poruczenie (polecenie) wpuszczenia do systemu weteranów, powstały dla nich państwowe programy kształcenia politycznego, np. Czas Bohaterów.

Reklama
Reklama

Od tamtego momentu do ministerstw, administracji prezydenta i władz lokalnych napłynęli pierwsi politycy i urzędnicy z ukraińskiego frontu. Teraz z administracji prezydenta padła komenda, by – wedle różnych źródeł – w nowej Dumie znalazło się od 40 do 100 weteranów, co spowodowało, że każda partia wciągała ich na listy partyjne. Nowy skład Dumy może być w 20 proc. powojenny, a przecież i tak zasiadają tam emerytowani oficerowie wojska i służb.

Żądanie Kremla ma głęboki sens. Chodzi o to, by pokazać, że w przeciwieństwie do Rosji po wojnach w Afganistanie i Czeczenii czy do USA po Wietnamie oraz Iraku państwo nie zostawi weteranów samych sobie, że ma dla nich ofertę i nagrodzi ich odwagę. Że to oni po powrocie będą decydować o losach swojego kraju. Można się oczywiście przyczepiać, bo to jedynie ułamek, bo dobierani są frontowiki (żołnierze walczący na froncie ukraińskim) bez PTSD, którzy często pracowali na tyłach, ale chodzi przecież o symbol awansu, wyrycie kanałów możliwości. A także zmniejszenie rozmiaru szkód, jakie wyrządzą powracający z frontu kalecy, wariaci, pijacy-narkomani i przemocowcy z PTSD.

Dla nas to oczywiście zła wiadomość. Im więcej weteranów w systemie politycznym, tym więcej wojowniczych postaw wobec zagranicy. W ich percepcji my, Europejczycy dozbrajający Ukrainę, jesteśmy nie wrogiem z internetu, lecz żywą figurą, przez którą stracili nogę, a ich kolega życie. Nienawidzą nas organoleptycznie. Już nie będzie potrzebny żaden Żurawlew, straszący na zamówienie. Oni będą to robić na serio, mając też mniej hamulców przed użyciem siły, będącej ich budulcem formacyjnym.

Źródło: Zero.pl
Kuba Benedyczak
Kuba BenedyczakKuba Benedyczak, analityk ds. Rosji w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych, autor książki „Oddział chorych na Rosję”. Obronił doktorat na temat rosyjskiego kina ery putinizmu - autor zewnętrzny