Reklama
Reklama
Reklama

MSZ finansuje pomoc dla ukraińskich weteranów. „W naszym interesie jest być na miejscu”

TYLKO NA
Ponad 14,6 mln zł przeznaczyło w tym roku polskie MSZ na projekty wspierające ukraińskich weteranów i ich rodziny.
Ponad 14,6 mln zł przeznaczyło w tym roku polskie MSZ na projekty wspierające ukraińskich weteranów i ich rodziny. (fot. archiwum prywatne / Shutterstock)
Dodaj do ulubionych źródeł w Google

Ponad 14,6 mln zł przeznaczyło w tym roku polskie MSZ na projekty wspierające ukraińskich weteranów i ich rodziny. – Przy skali, z którą będzie mierzyć się Ukraina, niezaopiekowani weterani mogą stać się poważnym problemem społecznym. Ze względu na nasze sąsiedztwo będzie to w pewnym stopniu dotyczyć również nas – mówi Dominika Springer z fundacji HumanDoc, realizującej to zadanie jako jedna z kilku instytucji. Od razu zastrzega: nie chodzi o demonizowanie wracających z frontu, ale o to, by nie zostawiać ich z problemami samych.

  • Utrata zdrowia to tylko część ceny wojny. Weterani uczą się na nowo codzienności, wracają do pracy i próbują odbudować relacje z bliskimi. Ten proces może trwać latami.
  • Fundacja HumanDoc organizuje w Ukrainie m.in. turnusy rehabilitacyjne dla weteranów z niepełnosprawnościami i ich rodzin. Pomoc obejmuje nie tylko żołnierzy, ale także ich partnerki i dzieci.
  • Projekt ten jest współfinansowany przez polskie MSZ. Polscy specjaliści mogą dzięki niemu obserwować ukraiński system reintegracji i zdobywać doświadczenie w rehabilitacji, wsparciu psychologicznym czy protezowaniu.

Wojna w Ukrainie kiedyś się skończy. Przynajmniej ta jej faza, w której setki tysięcy ludzi każdego dnia zakładają mundury, jadą na front i wracają z niego na kilka dni albo nie wracają już nigdy. Dla państwa będzie to oznaczać demobilizację. Co z żołnierzami? Zaczną proces powrotu do życia, które zostawili przed wojną.

– Bycie weteranem nie oznacza z góry PTSD, problemów psychicznych, alkoholizmu czy uzależnień. Tego absolutnie nie możemy zakładać – podkreśla Stanisław Brudnoch, dyrektor wykonawczy Fundacji HumanDoc zajmującej się m.in. pomocą ukraińskim weteranom. – Ale konsekwencją udziału w działaniach wojennych mogą być trauma czy stres pourazowy. To, czy przerodzą się one w dalsze problemy, zależy między innymi od tego, czy człowiek zostanie odpowiednio zaopiekowany, przejdzie rehabilitację i będzie miał możliwość ponownej integracji ze społeczeństwem i rodziną.

„Jestem zdrowym człowiekiem, po prostu nie widzę”

Przed wojną Bohdan Szyn był programistą. Nie służył w armii, nie miał przeszkolenia wojskowego, a ze względu na problemy ze wzrokiem miał tzw. biały bilet, zwalniający go z poboru.

Reklama
Reklama

– Wcześniej nie trzymałem w rękach żadnej broni. Można powiedzieć, że żadnej poza nożem kuchennym – mówi, delikatnie się uśmiechając.

Rozmawiamy za pośrednictwem internetowego komunikatora. Jego twarz widzę na ekranie. Jest częściowo zniekształcona i pokryta bliznami.

W marcu 2022 r. Bohdan zgłosił się jako ochotnik. Początkowo nie chciano go przyjąć właśnie ze względu na stan zdrowia. Ostatecznie trafił do Gwardii Narodowej Ukrainy, przeszedł szkolenie i znalazł się na froncie w rejonie Słowiańska.

Dla niego wojna skończyła się eksplozją granatu.

Przez blisko miesiąc był w śpiączce. Kiedy naprawdę odzyskał świadomość, był już w Kijowie.

– Pierwszą myślą było: „Czy jestem w niewoli?”. Bardzo się tego bałem. Dopiero kiedy usłyszałem język ukraiński, zrozumiałem, że nie jestem jeńcem. Już wtedy nie widziałem i nie mogłem mówić, ale słyszałem – mówi niezwykle spokojnym tonem.

Miał uszkodzoną szczękę. Z żoną i dwoma synami spotkał się dopiero po operacji, kiedy – jak mówi – wyglądał już „w miarę normalnie” i mógł rozmawiać.

Potem rozpoczął się proces nauki nowej codzienności.

– Samo zdrowienie dawało mi oparcie. Natomiast przejście do normalnego, cywilnego życia było bardzo trudne. Nie sądziłem, że zajmie aż tyle czasu.

Reklama
Reklama

Wyszło mniej więcej półtora roku.

– Nadal postrzegam siebie jako zdrowego mężczyznę. Potrzeba jednak czasu na adaptację i zrozumienie, że życie się zmieniło i nie będzie już takie jak wcześniej.

Zakończyło się także jego małżeństwo.

– Rozstaliśmy się z żoną. To jest obecnie duży problem. Z tego, co słyszę od innych weteranów, oni i ich rodziny mierzą się z podobnymi trudnościami. Otrzymujemy indywidualną pomoc i wsparcie psychologiczne, ale bardzo mało pracowano z całymi rodzinami. Teraz zaczyna się to zmieniać.

Przez pierwszy rok zdarzały mu się koszmary. – Człowiek w pewnym sensie automatycznie nadal żyje wojną. Wojna mu się śni.

Korzystał z farmakoterapii i psychoterapii. Dziś mówi, że wojna nadal z nim jest, ale nie przeszkadza już ani jemu, ani jego bliskim.

– Ogólnie czuję się świetnie. Jestem zdrowym człowiekiem, po prostu nie widzę.

Jest jednak coś, co dostrzega u innych byłych żołnierzy: nieufność wobec psychologów. – Ludzie uważają, że jeśli ktoś nie przeżył tego doświadczenia, nie może im pomóc.

Bohdan postanowił więc sam zostać psychologiem. Dzisiaj znowu pracuje, przeprowadził się, jest w nowym związku i studiuje psychologię. Chce pracować z weteranami.

Sześć kilometrów za dźwiękiem drona

Aleksandr Biełowiecki przed wojną pracował w Zaporożu jako ślusarz przy pracach mechaniczno-montażowych. Dorabiał przy składaniu obiektywów do kamer filmowych. Nie miał żadnego doświadczenia wojskowego. Mniej więcej pół roku po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji sam zgłosił się do wojska.

Reklama
Reklama

– Uznałem, że nikt za mnie nie będzie bronił ojczyzny – mówi pewnie, „patrząc” mi w oczy przez kamerkę. To chłopak po trzydziestce, z lekkim zarostem i owalną twarzą.

Na froncie spędził około dwóch i pół roku. W 2023 r. jego oddział walczył w Staromajorśkiem w obwodzie donieckim. Przez trzy doby żołnierze utrzymywali pozycję pod intensywnym ostrzałem.

– Cały ogień szedł na nas bez przerwy, dzień i noc.

Według jego relacji z 25 ludzi, którzy wyszli na pozycję, przeżyło dziesięciu. Podczas odwrotu Aleksandr próbował wyciągnąć ciężko rannego kolegę, który stracił nogę. Sam został trafiony czterema pociskami. Później w pobliżu eksplodowała mina.

– Upadłem, straciłem przytomność. Kiedy się ocknąłem, zrozumiałem, że nic nie widzę. Oczy miałem zalane krwią, z uszu też leciała krew. Niczego nie słyszałem.

Słuch zaczął wracać. Usłyszał krzyk kolegi, a później głos dowódcy przez radio. Nie było możliwości wysłania po nich ludzi.

– Powiedzieli, że nie mogą nam pomóc inaczej, niż poprowadzić nas dronem. Leciał przed nami, a ja szedłem za jego dźwiękiem w odpowiednim kierunku, ciągnąc rannego.

W ten sposób mieli pokonać jeszcze około sześciu kilometrów.

Oboje oczu Aleksandra zostało uszkodzonych. W jednym wzroku nie odzyskał do dziś. Drugim okiem, po operacji, jak szacuje, widzi mniej więcej w połowie.

Reklama
Reklama

– Kiedy całkowicie straciłem wzrok, myślałem, że już nigdy nie wróci. Ten mrok, ta ciemność bardzo mnie pochłonęły. Zrozumiałem, że moje życie będzie od tej chwili bardzo ograniczone i ciężkie. Ale kiedy udało się odzyskać część wzroku, zacząłem znacznie bardziej doceniać życie. Każdą minutę.

Po wybuchu przez wiele miesięcy miał też problemy z mówieniem i ze słuchem. W powrocie do sprawności pomagała mu żona.

Najwięcej emocji pojawia się jednak nie wtedy, kiedy mówi o własnych obrażeniach, lecz gdy wspomina tych, którzy nie wrócili.

– Żal mi młodych chłopaków, którzy tam zginęli, moich przyjaciół. To byli bardzo młodzi chłopcy. Mieli po 21, 22, 25 lat. Cały czas myślę o tym, co można było zrobić, żeby oni nie zginęli. To bardzo boli.

Aleksandr uważa, że byli żołnierze potrzebują wsparcia psychologicznego, nawet jeśli sami o nie nie proszą. – Każdy trzyma to w sobie. Ale pomoc jest potrzebna, bo bez niej bardzo trudno dalej żyć.

Sam czasem nie śpi w nocy. – Po tym piekle, przez które przeszedłem, czasami mam wrażenie, że tam zginąłem, a to wszystko, co dzieje się teraz, nie jest prawdziwe.

Trudno zresztą mówić w jego przypadku o powrocie do świata bez wojny. Nadal mieszka w Zaporożu.

– Każdej nocy są ostrzały. Pociski trafiają w sąsiednie domy. Nie wiemy, co z tym zrobić. Wyjechać z kraju? Dokąd, do kogo i co robić dalej? Nie wiemy. Żyjemy więc dalej. Po prostu.

Reklama
Reklama

Wojna wraca do domu

Stanisław Brudnoch z HumanDoc mówi o „dwóch światach”. Pierwszy to życie sprzed wojny: partnerka, dzieci, praca, rachunki, codzienność. Drugi – rzeczywistość, której nawet najbliżsi nie są w stanie naprawdę współdzielić. Im wcześniej rozpocznie się pracę z wracającymi żołnierzami i ich rodzinami, tym większa szansa na ograniczenie społecznych kosztów wojny.

Dla Polski nie jest to abstrakcyjny problem sąsiada. Część ukraińskich weteranów już przyjeżdża tutaj do rodzin. Nie wiadomo, ilu – na granicy nie ewidencjonuje się ludzi według statusu weterana. Ważniejsza jest jednak możliwość obserwowania procesu, którego Polska na taką skalę dotąd nie doświadczyła.

– W naszym interesie jest być na miejscu w Ukrainie, mieć kontakty i obserwować, jak przebiegają procesy reintegracji, powrotu do rodzin, jak tworzy się system wsparcia, rehabilitacji i powrotu do pracy – zauważa Brudnoch.

Polscy specjaliści mogą jednocześnie zdobywać doświadczenie w rehabilitacji fizycznej, protezowaniu czy wsparciu psychologicznym i obserwować zarówno rozwiązania, które działają, jak i błędy popełniane przez tworzący się ukraiński system.

Projekt HumanDoc, pomagający weteranom z niepełnosprawnością i ich rodzinom, jest współfinansowany z budżetu państwa w ramach konkursu „Polskiej pomocy rozwojowej” Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.

Reklama
Reklama

Wybrane polskie fundacje w 2026 r. otrzymały na działania dla i w Ukrainie łącznie 14 682 273,74 zł.

Fundacji HumanDoc przyznano 1 224 000 zł. Z kolei Caritas Polska – 2 122 154,84 zł, Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej – 2 199 160,00 zł, a Fundacji Inicjatyw Menedżerskich – 1 958 404,00 zł.

Pełna lista beneficjentów znajduje się tutaj.

Rodzina kluczowym elementem

Jedną z form wsparcia proponowaną przez HumanDoc są turnusy rehabilitacyjne. Brali w nich udział Bohdan i Aleksandr.

Na jeden z nich, zorganizowany w Karpatach dla weteranów, którzy stracili wzrok, przyjechało siedem rodzin z dziećmi. Z uczestnikami pracowali rehabilitant, psycholog, psychiatra oraz mentorzy – sami weterani, którzy nauczyli się funkcjonować po utracie wzroku.

Pomoc nie była skierowana wyłącznie do byłych żołnierzy. Psycholożka pracowała z dziećmi, odbywały się zajęcia dla partnerek i wspólne ćwiczenia dotyczące komunikacji w małżeństwie.

– Trzeba iść dalej i wrócić do pasji poza wojskiem – mówi Megi Bibiruli, kierownik ds. rozwoju projektów w HumanDoc.

Rodzina jest w tym procesie jednym z najważniejszych elementów. Jeden z uczestników turnusu opowiadał, że po utracie przez niego wzroku żona przejęła niemal wszystkie jego dawne obowiązki. Zrobiła prawo jazdy, została opiekunką i osobą odpowiedzialną za codzienne funkcjonowanie domu.

Reklama
Reklama

Nie zawsze zresztą wystarczy stworzyć program i czekać, aż weteran się zgłosi. HumanDoc spotyka ludzi, którzy zamykają się w domach i nie mają siły przechodzić przez kolejne procedury. Dlatego działają zespoły mobilne: psychologowie, lekarze i case managerowie docierają do rodzin, pomagają znaleźć odpowiednią instytucję i przejść przez biurokrację.

– Bywa, że nasi case managerowie właściwie biorą ich za rękę i prowadzą do centrum rehabilitacji czy pomocy społecznej – mówi Bibiruli.

Czytaj także: „Mamy problem ze skrajną prawicą”. Po co niemieccy nauczyciele przyjechali do Warszawy?

Co przychodzi po?

Dominika Springer – członkini zarządu HumanDoc – zna powrót do cywilnego życia także z własnego doświadczenia. Jest weteranką, spędziła dwa lata na misji w Afganistanie. Wróciła około 13 lat temu.

Nie potrzebowała rozbudowanego systemu pomocy, ale bardzo ważna okazała się grupa ludzi, z którymi służyła. Nadal utrzymują kontakt.

– Te spotkania mają oczywiście wymiar towarzyski, ale cały czas jest w nich też coś mikroterapeutycznego. Po trzynastu latach to nie jest tak, że misja znika z głowy. Ona w niej zostaje. Z czasem inaczej się o tym myśli. Są okresy, kiedy tych wspomnień jest mniej, i takie, kiedy wracają mocniej. To jedne z najsilniejszych wspomnień z mojego dorosłego życia i prawdopodobnie już ze mną zostaną. Chodzi o to, żeby nie przekształciły się w coś, co uprzykrza mi codzienność.

Reklama
Reklama

Nasza rozmówczyni obawia się momentu, kiedy zakończenie wojny w Ukrainie zostanie utożsamione z zakończeniem problemu.

– Przy skali, z którą będzie mierzyć się Ukraina, niezaopiekowani weterani mogą stać się poważnym problemem społecznym. I ze względu na nasze sąsiedztwo będzie to w pewnym stopniu dotyczyć również Polski.

Od razu dodaje: nie chodzi o demonizowanie ludzi wracających z frontu, a o to, by nie zostawiać człowieka z problemami samego sobie.

Wielowymiarowość i złożoność

Konsekwencje wojny nie kończą się na indywidualnych traumach. Jakub Wygnański, socjolog i działacz organizacji pozarządowych, zwraca uwagę, że historia wcześniejszych konfliktów pokazuje także inne powojenne zagrożenie.

Reklama
Reklama

– Konsekwencją wojny nieuchronnie jest między innymi – tak było na przykład w przypadku wojny w byłej Jugosławii i kolejnych konfliktów – pojawienie się większej ilości nielegalnej broni.

Uwrażliwia również na ryzyko, że część ludzi posiadających doświadczenie bojowe może trafiać do grup przestępczych. Nie oznacza to, że weteran jest potencjalnym przestępcą. Wygnański mówi o zjawiskach, które towarzyszyły także innym społeczeństwom wychodzącym z wojny – i które są kolejnym argumentem za tym, by reintegracji nie odkładać na później.

– Uczestnicy działań zbrojnych mogą powracać „do domu” rozbici i odmienieni. Czasem skłonni do przemocy i w pewnym sensie „łatwopalni”. Trzeba robić, co możliwe, żeby skala tych zjawisk była możliwie najmniejsza.

W tym sensie pomoc psychologiczna, rehabilitacja, wsparcie rodzin i powrót do pracy nie są wyłącznie świadczeniami dla pojedynczego weterana. Mogą być elementem szerszej polityki bezpieczeństwa społecznego po wojnie.

Weterani mogą wracać z ranami fizycznymi i psychicznymi, ale także z tzw. zranieniem moralnym – ciężarem związanym z tym, czego byli świadkami i uczestnikami.

Dlatego, jego zdaniem, odpowiedzią na potencjalne zagrożenia nie powinno być traktowanie weteranów jako grupy ryzyka, ale stworzenie warunków, w których mogą wrócić do społeczeństwa.

Reklama
Reklama

– Ważne, żeby starać się zorganizować pomoc dla weteranów i pomóc im wymyślić się „na nowo”.

Dlatego tak ważne są terapie, specjalne programy i wsparcie specjalistów.

Jest przy tym druga strona tej historii. Człowiek wracający z frontu nie jest wyłącznie kimś, komu należy pomóc. Ma również doświadczenie i kompetencje, których społeczeństwo może potrzebować.

Dominika Springer wskazuje choćby wiedzę ukraińskich żołnierzy o ewakuacji ludności, schronach, działaniach konwencjonalnych i niekonwencjonalnych czy wykorzystaniu dronów.

– Oni to wiedzą, umieją, bo sami byli częścią tego systemu. Są dla mnie źródłem wiedzy o tym, jak wygląda współczesny konflikt.

Podobnie mówi Wygnański.

– Weterani i ich umiejętności to też poważny zasób. Wiele potrafią i trzeba znaleźć przestrzeń, w której ich kompetencje mogą być przydatne – także w Polsce. Weterani nie chcą być przedmiotem troski. Chcą być potrzebni.

Bohdan jest tego dobrym przykładem. Stracił wzrok, rozpadło się jego małżeństwo, przez półtora roku uczył się nowego życia. Dziś pracuje i studiuje psychologię, bo chce pomagać innym żołnierzom. Aleksandr po ciężkich obrażeniach odzyskał część wzroku. Nadal słyszy ostrzał za oknem, nadal wracają do niego obrazy poległych kolegów, ale mówi przede wszystkim o tym, że zaczął bardziej cenić życie.

Reklama
Reklama

– Ludzie nie doceniają, że po prostu żyją i mają spokój. To wartość niepodważalna.

Może zainteresuje Cię także:

Reklama
Reklama