Szesnastoletnia Lejla w 1992 r. żyje tak, jakby jutro miało nie nadejść. Wie, że każdy dzień może być jej ostatnim. Z okien swojego mieszkania obserwuje łunę pożarów nad Grbavicą. W Sarajewie dramatyczna przeszłość nie znika – trwa w codzienności ocalałych i w bliznach na murach: śladach po kulach oraz odłamkach.

- Lejla jest nastolatką, gdy 5 kwietnia 1992 r. zaczyna się oblężenie Sarajewa. Uczy się, którymi ulicami chodzić, żeby przeżyć.
- Edin rodzi się w 1992 r. Wojnę zna z opowieści, zdjęć i milczenia ojca, ale jej skutki widzi codziennie: w domu, na ulicach i w oczach ludzi.
- Snajperzy, brak wody, życie pod ostrzałem. Sarajewo przez 46 miesięcy funkcjonuje na granicy przetrwania, a mieszkańcy uczą się normalności w nienormalnym świecie.
- Dziś stolica stara się żyć normalnie. Ludzie siedzą w barach i oglądają mecze, ale wspomnienia z wojny wciąż wracają.
Trudne lądowanie, deszcz i wiatr – tym wita mnie marcowe Sarajewo w 2026 r. Nie zrażam się jednak, bo po prostu czuję w kościach, że to miasto mnie jeszcze zaskoczy. Nie czekam na to dłużej niż pięć minut.
Kiedy po chwili znajduję przystanek autobusowy i postanawiam zaczekać na odjazd do centrum, zaczepia mnie kierowca jednego z nieoznakowanych vanów, których przy lotnisku nie brakuje. Ma – na oko – 50 lat. Po angielsku mówi z twardym, bośniackim akcentem.
– Za autobus zapłacisz trzy euro (sześć bośniackich marek), a ja przewiozę cię za pięć, gdzie chcesz. Tylko muszę jeszcze zebrać trzy osoby. Pakuj się do auta – nakazuje, choć z lekkim uśmiechem.
Patrzę na zegarek – 40 minut do najbliższego autobusu. Nie chcę dłużej moknąć, wsiadam więc do vana. Wraz ze mną para amerykańskich studentów. Zgarniamy jeszcze Turczynkę i ruszamy.
Nawet w strugach deszczu, przez zaparowane okno busa dokładnie widzę, jak wielkie piętno odcisnęła na mieście wojna. Na szarych blokach z wielkiej płyty i niektórych kamienicach dostrzegam ślady po kulach. Większości z nich nie zatarto.
– Moglibyśmy, ale to żywa pamięć i ostrzeżenie dla przyszłych pokoleń – słyszę podczas jednej z wielu rozmów w kolejnych dniach.
Snajper z hotelu
Podczas oblężenia Sarajewa w 1992 r. siły bośniackich Serbów, wspierane przez armię jugosłowiańską, otaczają miasto i ostrzeliwują je z okolicznych wzgórz. Bronią go głównie siły rządu Bośni i Hercegowiny. Wojna wybucha po rozpadzie Jugosławii, gdy różne grupy narodowe zaczynają walczyć o kontrolę nad terytorium i przyszły kształt państwa.

Cmentarz Kovači, na którym spoczywają ofiary wojny. (fot. Zero.pl)
5 kwietnia w Sarajewie dochodzi do gwałtownej eskalacji przemocy – padają pierwsze strzały do demonstrantów i funkcjonariuszy, pojawiają się ofiary cywilne, a w kolejnych dniach rozpoczyna się ostrzał miasta.
6 kwietnia odbywa się marsz pokoju – bierze w nim udział od 50 do 100 tys. Bośniaków ze wszystkich grup etnicznych. Jeden ze snajperów z hotelu Holiday Inn, będącego wówczas miejscem spotkań serbskich polityków z partii SDS, m.in. Radovana Karadžića, otwiera ogień do tłumu i zabija sześć osób. Wśród nich są dwie kobiety stojące w pierwszych rzędach na moście na przedłużeniu ulicy Vrbanja – Suada Dilberović i Olga Sučić. Uznaje się je za pierwsze ofiary oblężenia, a budowla otrzymuje ich imiona.
Płaszcz w kratę i wesołe oczy
Z Lejlą Pajević-Sarić widzę się w centrum starego miasta. Czekam na nią w jednej z tradycyjnych restauracji nieopodal rzeki Miljacka. Droga z hotelu nie zajmuje mi więcej niż 10 minut. Mijam sporo osób w średnim wieku. Każda z nich – jeśli żyła w Sarajewie w latach 90. – pamięta oblężenie.
Dziś niespełna 275-tysięczna metropolia jest w większości boszniacka (zamieszkana głównie przez bośniackich muzułmanów), ale na ulicach próżno szukać ostentacyjnej religijności.
– Wciąż przecież jesteśmy w Europie, a poza tym mamy słowiańskie korzenie. Po co więc komuś chusty? – pyta jeden z moich rozmówców.
Lejla hidżabu nie nosi. Ma za to na sobie stylowy płaszcz w kratkę. Do knajpy wchodzi pewnym krokiem, uśmiechnięta. Już od progu patrzy na mnie dużymi, bystrymi oczami. Perfekcyjnym brytyjskim zamawia typową bośniacką kawę.
Dwadzieścia lat temu współprowadziła w telewizji program dla dzieci. Teraz uczy je – choć już nie na antenie, a w prywatnej szkole – języka angielskiego.
Gdy wybucha wojna, Lejla ma 16 lat.
– Imprezowałam, jakby jutra miało nie być – śmieje się.

Lejla Pajević-Sarić. (fot. Zero.pl)
Kiedy zaczyna mówić o Sarajewie z lat 90., przez chwilę znów jest nastolatką, która 5 kwietnia 1992 r. rano ogląda telewizję i nie może pojąć tego, co widzi na ekranie.
– Najpierw poczułam radość, bo miałam tego dnia sprawdzian z biologii, do którego się nie nauczyłam. Mama powiedziała: „nie idziesz do szkoły”.
Na ekranie – ludzie w maskach, widać tylko ich oczy. Zajmują część miasta. Tę, w której Lejla chodziła niegdyś do podstawówki. To Grbavica. Jedyna dzielnica Sarajewa, która zostanie w całości okupowana przez siły serbskie. Ale tego jeszcze nikt nie wie. Lejla myśli, że niepokoje potrwają maksymalnie kilka dni.
– Byliśmy tak bardzo wymieszani, tak bardzo razem, że po prostu nie mogliśmy pojąć, że coś takiego jest możliwe.
Jeszcze tego samego wieczoru z okien ich mieszkania widać smugi ognia. Rano Lejla idzie do centrum, pije kawę z przyjaciółmi, rozmawiają o tym, co słyszeli w nocy. Normalnie. Jeszcze nie wiedzą, że „normalność” się skończyła.
Bieg pod ostrzałem
Sarajewo leży w kotlinie otoczonej wzgórzami. To, co w czasie pokoju stanowi o jego urodzie, podczas oblężenia staje się pułapką. Siły serbskie zajmują wzgórza i przez kolejnych 46 miesięcy trzymają miasto w kleszczach – ostrzał artyleryjski, snajperzy, odcięte dostawy: wody, jedzenia, prądu.
Lejla mieszka na linii frontu – po jednej stronie Miljacki jej budynek, po drugiej okupowana Grbavica. Woda jest granicą. Przez Aleję Snajperów – główną arterię komunikacyjną miasta, podczas oblężenia będącą pod ciągłym ostrzałem snajperów celujących w cywilów – przechodzi niemal codziennie. Po wodę. Po drewno. Do szkoły, jeśli ta akurat działa.

Ulica będąca niegdyś tzw. Aleją Snajperów. (fot. Zero.pl)
Nie idzie się wzdłuż ulicy. Przebiega się w poprzek – jedną z kilku ścieżek, które każdy mieszkaniec dzielnicy zna na pamięć. Lejla ma swoje trzy. I jedną ulubioną. – Nie wiem dlaczego. Wydawała mi się najszczęśliwsza, najbardziej ukryta. Chodziłam nią najchętniej. To właśnie na tej drodze ginie jeden z jej sąsiadów.
– Nie było bezpiecznego miejsca w Sarajewie – mówi spokojnie, a następnie bierze łyk kawy. – Kiedy myślisz o snajperach, przynajmniej wiesz, gdzie mogą być. Pociski moździerzowe nadlatują bez uprzedzenia. Nie wiesz skąd. Nie wiesz, kiedy.
Rodzice ustalają jedną zasadę. Żelazną: nigdy razem. Jeśli wychodzi mama – zostaje tata. I na odwrót. Na wypadek pocisku. Żeby ktoś przeżył. Żeby Lejla z siostrą nie zostały sierotami. – Mama miała wtedy 44 lata. Tata 47. Musieli o tym myśleć codziennie.
„Były tylko dwie możliwości”
Pewnego dnia ojciec, zatrudniony w firmie budowlano-inżynieryjnej, nie wraca z pracy. Wyszedł rano jak zwykle. Pięć minut drogi od domu spada pocisk moździerzowy. Lejla i mama czekają. Nie ma telefonów. Żadnych. Nie ma jak sprawdzić, dowiedzieć się czegokolwiek. Wychodzą pytać sąsiadów, czy ktoś cokolwiek widział. Nikt nic nie wie. Dopiero po trzech czy czterech godzinach przyjaciel rodziny znajduje samochód, zdobywa benzynę i jedzie do szpitala.
– Były tylko dwie możliwości – mówi Lejla. – Albo jest martwy, albo ranny.
Sprawdza się drugi scenariusz. Ojciec został trafiony w rękę, w ramię. Jeden odłamek drasnął go w czoło. Milimetr od śmierci. Dwa kawałki metalu zostają w jego ciele. Nosi je do dziś.

Jedna z wielu sarajewskich róż – miejsc upamiętniających ofiary wojny. (fot. Zero.pl)
Szkoły działają nieregularnie, prąd bywa przez kilka godzin, potem przez cały dzień, potem przez tygodnie go nie ma. Lejla twierdzi, że do wszystkiego można się przyzwyczaić – i właśnie to jest najstraszniejsze. Człowiek przestaje myśleć o tym, że coś jest nienormalne, bo nienormalność staje się normą.
W domu jedzą makaron i chleb. Jest trudno, ale dziewczyna nie doświadcza głodu. Śmieje się, podkreślając, że makaron to do dziś jej ulubione danie. Kiedy jest prąd, oglądają kasety z odcinkami „Beverly Hills, 90210” – w kółko te same, bo innych nie ma. Kiedy nastaje ciemność, Lejla wychodzi. Kluby, choć nie wszystkie, są otwarte. Kilka z nich, te w piwnicach, jest uznawanych za w miarę bezpieczne. Grają punk, rock, blues.
Jeśli wchodzisz na imprezę, zostajesz do rana – godzina policyjna wyklucza powrót po zmroku.
– Kiedy masz w głowie myśl, że może to twój ostatni dzień, naprawdę nie czujesz żadnych ograniczeń. Doceniasz każdą chwilę tak, jak w normalnym życiu nie potrafisz.
Pytam, czy czuła się winna z powodu śmiechu, tańczenia, normalności w cieniu wszechobecnej śmierci. – Nie. Walczysz tym, czym możesz. Śmiechem też – odpowiada krótko. A jak z zakochiwaniem się?
– Ach, oczywiście! Wiele razy! Moja pierwsza wielka miłość była jak z filmu. Był kilka lat starszy. W 1995 r. miał jechać na górę Treskavicę – bardzo niebezpieczny odcinek frontu, z którego wielu nie wracało. Zamiast tego uciekł: przez Zagrzeb, potem Turcję, aż do USA. To było piękne i tragiczne jednocześnie. Jego przyjaciel został. I zginął.
Nejo i Nejad
Jest jedna rzecz, która we wspomnieniach wraca inaczej. Spokojniej, bez dramatyzmu, a właśnie dlatego – mocniej. W pierwszej klasie do szkoły w Grbavicy przychodzi nowa dziewczynka. Rozmawiają jak dzieci: czy masz siostrę, jak ma na imię twój tata.
– Nejo – rzuca tamta.
– Tak jak mój wujek Nejad – cieszy się Lejla. – Myślę wtedy, że Nejo to zdrobnienie od Nejad.
Dziewczynka zerka na nią z lekką pogardą.
– Nie. My nie jesteśmy muzułmanami.
Lejla ma osiem lat i słyszy to słowo – skierowane jako zarzut – po raz pierwszy w życiu. Nie wie nawet, że jest muzułmanką. Nikt jej tego nie mówił – bo nie było po co. Dziadkowie chodzą do meczetu, zna kilka modlitw, ale różnica między nią a rówieśnikami po prostu nigdy nie istniała. Nie jako coś istotnego. Nie jako coś, co dzieli.
„Nowa” wymienia z pamięci wszystkich 30 uczniów w klasie. Wskazuje, kto jest muzułmaninem, kto nie. Zna ten podział lepiej niż tabliczkę mnożenia.
– Ktoś ją tego nauczył – ocenia Lejla cicho. – I kiedy osiem lat później zaczyna się agresja, wiele spraw staje się nagle zrozumiałych. Wiele dzieciaków wychowywano w tej nienawiści od początku.
„Agresja złych ludzi na niewinnych”
Oblężenie Sarajewa było formalnie wojną o terytorium, granice, projekt polityczny zwany „Wielką Serbią”. Lejla podkreśla, że nie była to stricte wojna religijna – choć chętnie się ją tak przedstawia. Po stronie broniących Sarajewa – oprócz bośniackich muzułmanów – walczyli też Serbowie, Chorwaci. Wśród atakujących byli ludzie mający różne motywacje – żołnierze, nacjonaliści, ci, którzy dostali broń i rozkaz.
– To była agresja złych ludzi na niewinnych – ocenia. – Tyle że większość tych złych była Serbami.
Prąd wraca do Sarajewa bez uprzedzenia. Pewnego dnia po prostu nagle słychać lodówkę – ten charakterystyczny dźwięk, kiedy sprzęt zaczyna pracować.
Lejla zaznacza, że do dziś, kiedy w środku nocy słyszy to urządzenie uruchamiające się nagle, przez ułamek sekundy czuje coś trudnego do opisania. Nie strach. Raczej echo przeszłości.
– To jedyna rzecz, o której wiem, że jest z tamtego czasu. Jedyny objaw, który rozpoznaję u siebie. Choć myślę, że każdy, kto przez to przeszedł, ma swój własny „dźwięk”.
Oblężenie kończy się w lutym 1996 r. Według Lejli to, co dzieje się w kraju teraz – politycznie, nacjonalistycznie – wygląda znajomo. Mówi, że broń jest inna, ale język – ten sam. Że boi się nie dlatego, że jest słaba, ale dlatego, że wie, jak to się zaczyna.
– Wystarczy przestraszyć ludzi i powiedzieć im, że jesteś tym, który ich ochroni. I dostajesz wszystko, czego chcesz. To nie jest nowe. My to już widzieliśmy – puentuje, dopijając zimną już kawę.
Kilometry po wodę
Edin Ogrešević urodził się w 1992 r. W środku oblężenia, na Starym Mieście w Sarajewie. Dziś prowadzi lokalne biuro z wycieczkami po stolicy i okolicach – „Meet Bosnia”.
– Moja mama miała dwoje dzieci z czasów wojny – zaczyna rozmowę, spoglądając na mnie zza okularów w grubych, czarnych oprawkach. – Niewiele kobiet ze Starego Miasta mogło się tym pochwalić.
Dziś ma ponad 30 lat, mówi spokojnie, z dystansem człowieka, który przez całe życie układał sobie opowieść o czymś, czego nie pamięta. No, może urywki. Jak choćby to, że włożył but ojca do pieca i tato bardzo się zdenerwował. Albo to, że dla zabawy wylewał wodę będącą towarem deficytowym.

Mały Edin podczas wojny. (fot. Zero.pl)
Mama wiedziała, że będzie musiała wrócić do browaru (podczas oblężenia to główne miejsce jej poboru) po kolejne wiadra.
– Dla nas to była zabawa – wspomina. – Dla niej – kolejny kilometr w obie strony po to, by dać synom odrobinę normalności.
Przez 46 miesięcy oblężenia tysiące mieszkańców przychodzi tam codziennie z kanistrami, butelkami, wiaderkami. Kolejki będące w zasięgu snajperów ciągną się ulicami.
Mama Edina – Belma – bywa w browarze wielokrotnie. Czasem zostawia obu chłopców samych w domu. – Wiedziała, że może nie wrócić. Ale szła.
Dziesięć minut przed masakrą
Ojciec – Mustafa – nie odzywa się za wiele. Przez całe dzieciństwo Edina ani słowa o tym, jak było w wojsku, w górach, na posterunkach. On – jak każdy chłopiec – pyta z ciekawością: czy widział wroga, czy strzelał, jak wyglądała walka.
– Jako dziecko wyobrażałem sobie, że to były potyczki, walki, coś jak z filmów. A potem się dowiedziałem, że to głównie stanie na mrozie w jakimś punkcie obserwacyjnym w górach. I czekanie.
Nie każda linia frontu to ciągła bitwa. Edin rozumie to dopiero jako dorosły mężczyzna.
Ojciec podczas wojny przychodzi czasem do swojej restauracji w centrum. Po to, by sprawdzić, czy szyby są całe, czy nikt nie włamał się w nocy. W oblężonym mieście ludzie kradną szkło – bo fabryk nie ma, bo zima i trzeba czymś zatykać dziury w ścianach.
Pewnego razu Edin z bratem i rodzicami wychodzą z pobliskiego targowiska Markale pięć, może dziesięć minut przed krwawą masakrą.
5 lutego 1994 r. moździerzowy pocisk uderza w środek zatłoczonego bazaru. Ginie 68 osób, ponad 140 jest rannych. To jeden z najtragiczniejszych ataków w historii oblężenia.
Edin ma dwa lata.
– Jest takie zdjęcie… – mówi cicho. – Gdzieś w albumie. Zaraz ci je pokażę. Zrobiliśmy je chwilę przed tragedią. Ja i rodzice, tuż obok Markale.
Długo szuka. Przegląda kolejne fotografie – z urodzin, imprez rodzinnych. Widzę też żołnierza, który przyszedł do nich w gości, auta podziurawione kulami przed domem, babcię i dziadka na tle ściany ze śladami po ostrzale. I jest. Małe, lekko wyblakłe zdjęcie. Chłopiec z bratem oraz mamą i tatą przy straganie.

Edin z bratem i rodzicami chwilę przed masakrą na targu Markale. (fot. Zero.pl)
– Cudem uniknęliśmy śmierci.
Mustafa miał możliwość wyjazdu. Rodzina posiadała nieruchomości poza krajem. Nie skorzystał z tego przywileju. Edin mówi o tym bez patosu, ale wyraźnie – to dla niego ważne.
– Rozumiem ludzi, którzy wyjeżdżali. Zwłaszcza tych będących uchodźcami, którzy zostali wyrzuceni z domów – jak rodzina mojej mamy. Oni nie mieli wyboru. Ale jeśli jesteś w Sarajewie, jeśli jesteś otoczony i możesz zostać, bronić swojego miasta – to zostajesz.
Bośniacka enklawa
Mama Edina pochodzi z Goražde. To miasto we wschodniej Bośni jest dziś najważniejszą bośniacką enklawą po tej stronie kraju, niemal ze wszystkich stron otoczoną przez Republikę Serbską (część kraju z własnymi władzami, ale nadal należącą do Bośni i Hercegowiny). W czasie wojny jest jedną z kilku stref bezpieczeństwa ONZ – obok m.in. Srebrenicy – pozostaje oblężona, ostrzeliwana i odcięta od świata.
Kobieta przez cztery lata nie widuje swoich rodziców. Edin nie zna więc dziadków.
– Kiedy wreszcie ich zobaczyłem, w ogóle ich nie polubiłem. Nie wiedziałem, kim są – śmieje się na to wspomnienie i pokazuje mi zdjęcie z pierwszego wyjazdu do babci.
Belma ma tam przed wojną perfumerię w centrum miasta. Kiedy jej rodzice zostają wyrzuceni z domu, przenoszą się do sklepu – jako uchodźcy we własnym mieście. Ten stoi tuż przy regularnie bombardowanym szpitalu. Pewnego dnia pocisk z moździerza uderza tuż przed wejściem. Babcia Edina zostaje poważnie ranna. Cudem przeżywa.
Mama dowiaduje się przez radio. To jedyna forma komunikacji między miastami. Nadaje się depesze, słucha wiadomości, łapie strzępki informacji. Najpierw słyszy, że jej matka nie żyje – bo wybuch przy szpitalu, bo sklep obok, bo logika podpowiada najgorsze.
– Potem okazało się, że babcia nie umarła. Mama przez jakiś czas o tym nie wiedziała.
O Goražde świat mówi mniej niż o Sarajewie, choć – jak zaznacza Edin – bywało tam jeszcze gorzej. Jedyną możliwością wydostania się były niebezpieczne, górskie szlaki – strome, zimne i praktycznie nieprzejezdne.
– Mieszkańcy tego miasta to prawdziwi bohaterowie. Nie mieli nic. Dosłownie nic.
„To zostaje w człowieku”
Edin dorasta w powojennym Sarajewie ze świadomością, którą trudno opisać komuś z zewnątrz. Nie pamięta oblężenia, ale je „zna”. Z opowieści mamy, z albumów ze zdjęciami, z milczenia ojca, które też jest rodzajem opowieści. Twierdzi, że syndrom posttraumatyczny jest jedyną chorobą, która się przenosi z rodziców na dzieci przez atmosferę domu, przez to, jak mama reaguje na marnowanie jedzenia.
– Powtarzała nam: jak nie widzisz jajka przez rok, zaczynasz je szanować. Dziś w wielu miejscach na świecie kupuje się mnóstwo i wyrzuca, bo za dużo. Wtedy przez kilkanaście miesięcy nie było mleka, nie było owoców. To zostaje w człowieku.

Tata Edina podczas wojny. (fot. Zero.pl)
Kiedy pytam go, czy dla niego – jako dziecka dorastającego po wojnie – wróg miał czyjąś twarz, Edin przez chwilę milczy.
– Dla mnie to były potwory – wydusza w końcu. – Dosłownie. Wyobrażałem sobie coś w ich rodzaju. Bez twarzy.
Dziś Edin mówi o Sarajewie z dumą, która nie jest prosta. To coś bardziej złożonego – świadomość, że miasto przetrwało niemożliwe i wyszło z tego z pewną ideą siebie.
Burmistrzem gminy Centar w Sarajewie jest obecnie Serb – Srđan Mandić. Edin – podobnie jak Lejla – zaznacza: także podczas wojny po stronie broniących miasta walczyli Serbowie i Chorwaci, którzy wybrali Sarajewo zamiast nacjonalizmu.
– To największe osiągnięcie po całej tej historii. Że to było możliwe, że ta otwartość przetrwała.
Ojciec Edina przeżył wojnę. Już po niej przeszedł ciężką operację. Przed zabiegiem powiedział, że jeśli Bóg chciał go zabrać, miał ku temu okazję przez cztery lata oblężenia. Skoro nie zabrał, to znaczy, że zostało jeszcze coś do zrobienia. Dziś ma 70 lat.
Zjednoczeni
Ze spotkania z Edinem wracam wieczorem. Sarajewskie ulice są niemal puste, za to lokale – pełne. Bośniacy – stłoczeni w niewielkich restauracjach i pubach – oglądają właśnie mecz z Walią, półfinał baraży o tegoroczny mundial, który może przybliżyć ich do pierwszego od lat awansu na wielki turniej.
Ostatecznie tak właśnie się dzieje – choć do samego końca nie brakuje emocji. Zarówno z Walią, jak i później z Włochami, Bośnia remisuje, a o zwycięstwie decydują dopiero rzuty karne, które rozstrzyga na swoją korzyść. Tym samym kraj ten awansuje na World Cup.
Sarajewo, które przez 46 miesięcy (5 kwietnia 1992 r. – 29 lutego 1996 r.) żyło pod ostrzałem i straciło ponad 11 tys. mieszkańców (w tym ponad 1500 dzieci), dziś jednoczy się w barach i z nadzieją patrzy w ekran, a następnie wspólnie świętuje zwycięstwo na ulicy.
