Siedmioletni Nedim gna na swoim BMX-ie przez Aleję Snajperów. Rower ma trzy przyspawane do ramy uchwyty – dwa z przodu, jeden z tyłu. Dzięki nim chłopiec przewozi 40 litrów wody w pięciolitrowych bańkach. Nagle słychać przerażający świst. W kanistrach pojawiają się dziury. Wody dzisiaj nie będzie. Nedim żyje. To wciąż jest dobry dzień.

Jest 1992 r. Trwa oblężenie Sarajewa. Jeden z punktów poboru wody znajduje się w schronie – takim, jaki ma wiele większych obiektów w mieście, budowanym jeszcze za czasów Jugosławii na wypadek potrzeby ochrony cywilów. Żeby do niego dotrzeć, trzeba przedostać się przez Aleję Snajperów – odcinek głównej arterii miasta, przede wszystkim ulicy Zmaja od Bosne (Smoka z Bośni).
Nie ma betonowych osłon, murków, worków z piaskiem – niczego, za czym można się schować. Jest tylko szeroka, prosta ulica wśród wzgórz.
Wiedzą to wszyscy. I mieszkańcy, którzy chcieliby się ukryć. I żołnierze, którzy strzelają. Czasem – by nastraszyć. Czasem – by zranić. Niekiedy – by zabić.
Siedmioletni Nedim Abdagić jedzie szybko, ile sił w nogach. Pełne kanistry kołyszą się na boki. Aleja jest pusta. Ale chłopiec nie ma wyjścia. Żadną inną drogą nie dotrze do domu.
Tego świstu nie da się zapomnieć. Uczucia, czy to jeszcze życie, czy już jego koniec – też nie.
– Nie wiem, czy chcieli zrobić mi krzywdę, czy tylko sprawić, bym stracił zapasy. Może chcieli, żebyśmy cierpieli z pragnienia. Może strzelali dla zabawy. Nigdy tego nie rozgryzłem.
Nedim wraca do domu z tym, co zostało. Matka patrzy na dziurawe plastiki. Nic nie mówi.

Kanistry na wodę zniszczone podczas wojny. (fot. Zero.pl)
Z pozycji snajpera
Dziś po dawnej Alei Snajperów, ciągnącej się przez około 4 km, jeżdżą auta, tramwaje, autobusy. Nie ma znaków ani tabliczek informujących o tym, co działo się tu ponad 30 lat temu. Nikt nowy nie dowie się o sąsiedzie Lejli Pajević-Sarić, który zginął właśnie w tym miejscu. Nikomu nawet nie przejdzie przez myśl, że – o mały włos, bez żadnego powodu – na tej arterii snajperzy zastrzeliliby siedmioletniego chłopca.
Rozglądam się wokół, czekając na zielone światło w pobliżu wyróżniającego się żółtą fasadą hotelu Holiday (dawniej Holiday Inn, który na początku wojny był miejscem spotkań serbskich polityków z partii SDS, m.in. Radovana Karadžića, a w późniejszym czasie – bazą dla międzynarodowych dziennikarzy).

Budynki położone przy dawnej Alei Snajperów. (fot. Zero.pl)
Na niektórych wielopiętrowych blokach widać ślady po kulach i miejsca uszkodzone pociskami. Niektóre odrestaurowane, inne nie. Jeśli ktoś nie przypatrzy się dobrze, nie dostrzeże blizn po walkach.
Przechodząc przez „zebrę”, na sekundę zatrzymuję się na środku ulicy i zadzieram głowę, zerkając na dachy budynków. W 1992 r. ten moment mógłby mnie kosztować życie.
W ostatnich latach wraca też inna historia związana z oblężeniem Sarajewa. Według zeznań świadków i śledztw, prowadzonych m.in. przez włoską prokuraturę, cudzoziemcy mieli płacić za możliwość strzelania do ludzi w mieście – z pozycji zajmowanych przez serbskich snajperów. Tak zwane Sarajevo Safari do dziś nie zostało w pełni wyjaśnione.
Samochodem do dziadków
Co Nedim pamięta z kwietnia 1992 r.? Renault 5. Jego mama, Badema, jedzie z nim na Grbavicę – dzielnicę leżącą nieopodal Alei Snajperów, kontrolowaną przez siły serbskie. To stamtąd strzelcy celują do cywilów. Odwiedza rodziców z okazji Eid al-Fitr – muzułmańskiego święta obchodzonego na zakończenie ramadanu. Są jednymi z ostatnich, którzy w pierwszym dniu wojny wyjeżdżają z tej oblężonej części miasta.
W drodze powrotnej kula trafia w drzewo, tuż obok samochodu. Matka zatrzymuje wóz, jest w szoku, nie może prowadzić. Przypadkowy świadek zdarzenia wsiada za kółko i odwozi ich do centrum – do kamienicy przy samym Zgromadzeniu Parlamentarnym.
Wcześniej dzieje się coś jeszcze. Nad miastem, bardzo nisko, przelatują dwa wojskowe odrzutowce. Przebijają barierę dźwięku. Sarajewo drży.
– Wtedy pierwszy raz pomyślałem, że stanie się coś złego.
Wszyscy w jednym budynku
Kamienica, w której żyją Abdagiciowie, jest austro-węgierska – mieszkania mają po sto i więcej metrów kwadratowych, wysokie sufity. Na parterze mieszka rodzina żydowska. Piętro wyżej – małżeństwo mieszane: prawosławny i katoliczka. Abdagiciowie na trzecim. Muzułmanie, Chorwaci, Serbowie, Żydzi. Wszyscy razem w jednym budynku, w centrum Sarajewa.
Kilka miesięcy przed wojną w Zgromadzeniu Parlamentarnym przemawia Radovan Karadžić – ten sam, który dziś odsiaduje dożywocie za ludobójstwo, oblężenie Sarajewa, czystki etniczne. Ojciec Nedima – Sead – siedzi przed telewizorem.
– Tego nie zapomnę. Patrzył w ekran i słuchał, jak Karadžić mówił: „Nie myślcie, że nie poprowadzicie Bośni i Hercegowiny do piekła, a narodu muzułmańskiego, być może, do zagłady”.
Kiedy zaczyna się oblężenie, ojciec i dwaj starsi bracia Nedima wstępują do Obrony Terytorialnej (Teritorijalna odbrana) – dawnej jugosłowiańskiej formacji, która na początku wojny dzieli się między strony konfliktu, a jej część lojalna Sarajewu staje się zalążkiem armii Bośni.
Ojciec ma pod czterdziestkę. Najstarszy brat – Ahmet – osiemnaście lat. Środkowy – Aldin – szesnaście.

Nedim (pośrodku) z braćmi: Aldinem i Ahmetem. (fot. Zero.pl)
Przez kolejne trzy i pół roku Nedim prawie ich nie widuje. Zostaje w domu z matką i babcią. Żeby przeżyć, uprawiają warzywa w ogródku za kamienicą. Badema chodzi na targ i sprzedaje pomidory.
Raz, zimą, chłopiec idzie z nią po wodę. Z racji pogody nie używa swojego niezastąpionego rowerka. W pewnym momencie, niedaleko punktu poboru, samochód najeżdża Nedimowi na stopę. Opona nie ma powietrza – to go ratuje. Noga cała.
Wojna podczas wojny
Niedługo potem ktoś filmuje go na ulicy. Razem z kolegami z podwórka Nedim bawi się w wojnę. Drewniane karabiny, zużyta wyrzutnia rakietowa – sama rura, bez głowicy, ale da się wsunąć rękę do środka. Reporterką jest Christiane Amanpour z CNN.
– Dzieci bawią się w wojnę podczas wojny. Co za ironia.
Szkoła formalnie nie zostaje zawieszona, ale uczęszczanie do niej jest zbyt niebezpieczne. Uczniowie zbierają się w mieszkaniach – co tydzień w innym. Nauczyciel przychodzi i prowadzi lekcje.
– Czego można się nauczyć przez kilka godzin tygodniowo? Niewiele. Ale większość z nas i tak skończyła potem studia.

Jeden z bloków w dzielnicy Grbavica. (fot. Zero.pl)
Kiedy nie ma lekcji, grają w piłkę i koszykówkę na podwórkach. W granicach osiedla, bo dalej może dosięgnąć ich snajper. Nedim i jego kuzyn – prawie rówieśnicy, cztery miesiące różnicy – odwiedzają się nawzajem. Obaj doskonale już wiedzą, którymi ulicami chodzić, żeby ominąć strzelca.
Pewnego razu idą razem do kuzyna, zostają tam na obiad. Pod ich nieobecność pocisk uderza w podwórze, na którym zwykle się bawią. Ginie sześcioro dzieci.
– Pamiętam jedną dziewczynkę. Zizena Avić. Była piękna, nosiła długie włosy. Wiek? Może dwa lata starsza ode mnie.
W centrum Sarajewa, w Veliki Park, stoi dziś pomnik To niewielka fontanna z półprzezroczystą, szklaną rzeźbą, otoczona elementami wykonanymi z łusek amunicji, przy której znajdują się osobne płyty z wyrytymi nazwiskami ponad 1600 dzieci – ofiar oblężenia. Nedim mówi o tym miejscu powoli, uważnie dobiera słowa.
– One nie zginęły. One zostały zabite. To jest różnica – podkreśla Nedim.
Centymetr wyżej
Sam jest w niebezpieczeństwie parokrotnie. Tym razem wojna dosięga go w domu.
Najstarszy brat Ahmet wraca z frontu na kilka dni odpoczynku. Nedim stoi z nim na balkonie, opiera się o ścianę. Nagle pocisk uderza w podwórze przed ich budynkiem i wybucha. Odłamek przelatuje tuż obok twarzy chłopca.
– Zabrakło centymetra, by trafił mnie tutaj – pokazuje dłonią na policzek. – Wyszedłem z tego bez szwanku.
Ludziom nie zagrażają chociaż odłamki szkła. W wielu oknach w mieście – zamiast szyb – wisi folia. Dostarcza ją m.in. UNHCR – agencja ONZ zajmująca się pomocą uchodźcom. Gruba, przezroczysta, przyklejona taśmą do framug.
Sarajewo patrzy zza niej na wojnę.
„Po prostu biegnij”
Koniec oblężenia zapisał się Nedimowi w dwóch obrazach.
Pierwsze wyjście na Grbavicę – dzielnicę, w której kula trafiła w drzewo przy samochodzie matki w pierwszym dniu wojny. Cztery lata pod okupacją, teraz znowu bośniacka. Tam mieszkają dziadkowie ze strony Bademy.

Graffiti na jednym z bloków. (fot. Zero.pl)
I pierwsze derby. Rok 1996. Sarajewo kontra Željezničar, na stadionie Grbavica – tym, który przez lata oblężenia był zaminowany, zdewastowany, spalony. Trybuny pełne. Dla starszych to znak, że to naprawdę koniec.
Dla młodszych – rok później, w 1997 r. – jest koncert U2.
– Odetchnęliśmy, że faktycznie już po wszystkim.
Nedim mieszka dziś z rodziną w Słowenii. Przeniósł się tam osiem lat temu. Jego mama zmarła przed czterema laty. Od tej pory jeździ do Sarajewa jeszcze rzadziej. – Miasto bardzo się zmieniło i przypomina mi złe rzeczy. Choć mam stamtąd też wiele pięknych wspomnień.
Córka Nedima ma prawie dziesięć lat. Kiedy myśli o tym, że sam w jej wieku jeździł rowerem po wodę przez Aleję Snajperów, robi mu się słabo. – Ona jest zależna ode mnie. Ja w jej wieku byłem zdany tylko na siebie.

Ślady po kulach w dzielnicy Grbavica. (fot. Zero.pl)
Pytam go, co by powiedział siedmioletniemu sobie. Milczy przez chwilę.
– Biegnij!
Dlaczego?
– Bo bieg to tryb przetrwania. Jak biegniesz – żyjesz. Jak idziesz – nie żyjesz. Snajper strzela do tego, kto idzie. To pierwsza rzecz, która przyszła mi do głowy. Szczerze.
„Gdzie mój drugi tata?”
Grbavica – szczególnie bloki położone tuż przy rzece Miljacka – widziała wiele takich biegów. Niektóre zakończone bezpiecznym powrotem do domu, inne – śmiercią, jeszcze inne – zranieniem. Mieszkańcy spacerujący dziś wąskim bulwarem zdają się o tym nie pamiętać. Podobnie jak w innych miejscach, o historii przypominają tu ślady po kulach i pociskach oraz opowieści starszych Sarajewian.

Rzeka Miljacka będąca linią frontu w czasie oblężenia Sarajewa. (fot. Zero.pl)
– Nie potrafię ci tego wyjaśnić. Najlepiej poznać jakiegoś lokalsa, pójść z nim na spacer i wysłuchać jego historii – tak na moje wątpliwości odpowiada Damir Bevanda, obecnie montażysta wideo, niegdyś dziennikarz.
Jego pomysł realizujemy kolejnego dnia. Póki co sączymy niespiesznie kawę i herbatę w centrum.
34-latek patrzy na mnie uważnie, delikatnie uśmiechając się przez większość rozmowy. W jego oczach widać spokój.
Damir przychodzi na świat w 1992 r., w Doboju. To miasto oddalone od Sarajewa o około dwie godziny jazdy autem.

Dwuletni Damir. (fot. Zero.pl)
Ma dwa lata i siedem miesięcy, kiedy po raz pierwszy widzi ojca.
Chłopiec siedzi na nocniku w domu babci (mamy taty), w miasteczku Breza, i nieśmiało zerka na mężczyznę, który wchodzi do środka. Nie poznaje go. Na zdjęciach, z którymi matka nie rozstawała się przez całą wojnę, ojciec jest bez wąsów. Ten mężczyzna wąsy ma.
– Gdzie jest mój drugi tata? – pyta wtedy Damir, a członkowie rodziny wybuchają śmiechem.
Jeden do tysiąca
Wszystko zaczyna się od ślubu. Grudzień 1991 r., Sarajewo. Ojciec Damira – Željko, katolik o chorwackich korzeniach – żeni się z matką, Eminą – muzułmanką z Doboju. Ceremonia odbywa się w Sarajewie, wśród gości są Serbowie. Kilka miesięcy później zaczyna się oblężenie.
Matka wraca do Doboju – miała się przeprowadzić do Sarajewa w maju albo czerwcu, ale nie zdąży. Ojciec zostaje w mieście. Ostatni raz dzwonią do siebie w kwietniu. Potem przez lata nie słyszą swoich głosów.

Damir z mamą w miejscowości Doboj. (fot. Zero.pl)
Piszą listy. Tyle że takowy potrafi podróżować miesiącami – przez Austrię, przez inne kraje, okrężnymi drogami. Kiedy go czytasz, nie wiesz, czy nadawca jeszcze żyje.
– Mój ojciec zawsze był optymistą – mówi Damir, poprawiając prawy rękaw koszuli w kratę. – Powtarzał, że Stany Zjednoczone wkroczą, że to się skończy w kilka tygodni. Oglądał wszystkie programy polityczne. Wierzył.
Željko dołącza do armii w 1992 r. Któregoś dnia granat wpada między żołnierzy. Wszyscy giną. Wszyscy poza nim i jeszcze jednym mężczyzną.
Odłamek trafia ojca Damira w górną część klatki piersiowej. Wchodzi pod skórę, omija serce, zatrzymuje się w brzuchu.
Željko leży na ziemi. Kopie rękami płytki dołek – na wypadek, gdyby nadleciał kolejny granat. Zaciska w dłoniach dwa własne granaty. Na wypadek, gdyby go schwytano.
Bośniaccy żołnierze docierają do niego pierwsi. W szpitalu może wybrać chirurga. Patrzy na lekarzy i wskazuje najstarszego.
– Najwięcej doświadczenia – myśli.
Szanse przeżycia operacji – jeden do tysiąca. Przeżył.
Leży w łóżku podczas rekonwalescencji, kiedy przychodzą żołnierze i mówią, że urodził mu się syn, Damir. Pierwszy raz od tygodni Željko siada.
Emina tymczasem jest w Doboju z niemowlęciem i rodzicami. Wojska serbskie palą ich dom – największy w tej części miasta. Ktoś donosi, że to baza muzułmańskich ekstremistów. Inna serbska rodzina z sąsiedztwa użycza im za darmo jedno ze swoich mieszkań w centrum miasta.
Uratował go koc
Pewnego dnia Emina idzie z małym Damirem na szczepienie. Nie jest aż tak zimno, ale babcia nalega, żeby owinąć dziecko w dwa koce.
– Po co? – pyta młoda matka.
Babcia nie odpowiada, po prostu opatula wnuka i ruszają.
W drodze do szpitala Emina słyszy świst. Rzuca się na ziemię, ciągnie matkę za sobą. Pocisk wybucha kilka metrów dalej. Obie dostają odłamkami w nogi. Jeden kawałek metalu wpada w koc, obraca się i zatrzymuje tuż obok głowy Damira.
– Gdyby nie te dwa koce, nie żyłbyś – mówi mu matka dużo później. Chłopiec uchodzi bez najmniejszego szwanku.
Pocisk ten wystrzeliła bośniacka armia. – Fatalny błąd. Niestety, jeden z wielu, które zdarzały się podczas walki.
Rok 1995. Do ich mieszkania w Doboju przychodzą serbskie oddziały paramilitarne, nazywane czetnikami. Rodzina dostaje dwie godziny na spakowanie się i wyjście.
Emina wsiada z Damirem i jego dziadkami do autobusu. Jadą w góry. W pewnym momencie kierowca zatrzymuje się pośrodku niczego. Mówi: „dalej pieszo”.
Matka bierze syna na ręce i idzie przez całą noc.
W ciemności słychać krzyki. Ludzie znikają. W lesie widać żarzące się punkty – końcówki papierosów. Ktoś ich obserwuje. Bośniacy? Serbowie? Nie wiadomo.
– Mama mówiła, że była to najbardziej przerażająca noc jej życia – wspomina Damir. – I że wtedy paliła jednego papierosa za drugim.
Nad ranem docierają na teren kontrolowany przez bośniacką armię. W miasteczku Breza – u teściowej Eminy, katoliczki, zatrzymują się jej muzułmańscy rodzice.
Kamery CNN filmują uchodźców schodzących z gór.
Po drodze mija ich mężczyzna. Żołnierz, cały we krwi. – Ludzie szepczą, że nie jest to jego krew. Że żywcem zdarł skórę z pojmanego Serba. I szedł sobie tak po prostu, spokojnie – mówi Damir cicho.
Tunel do lepszego życia?
Do Sarajewa, wraz z mamą, dociera przez tunel. Wciąż trwa 1995 r., kilka miesięcy przed końcem oblężenia.
Mowa o Tunelu Nadziei. Pod pasem startowym lotniska w Sarajewie, w latach 1993-1996, biegnie wąski korytarz – ma około 800 m długości. Trzeba się w nim schylać, czasem brnąć w wodzie czy błocie po kostki. Idą nim ludzie – z workami mąki, z rannymi, ze zwierzętami – pełni nadziei, że po drugiej stronie ktoś jeszcze na nich czeka.
Damir ma trzy lata. Nie pamięta tunelu. Wszystko opowiada mu mama.
Pierwszej nocy w Sarajewie, w bloku w dzielnicy Breka, kule z karabinu snajpera wpadają przez okno mieszkania ciotki chłopca. Przelatują przez cały pokój. Nikt nie zostaje trafiony.
– Moja mama powiedziała, że kiedy w grudniu 1995 r. ogłoszono koniec wojny, chodziła po pokoju i powtarzała tylko: „Dziękuję Boże, dziękuję Boże”.

Damir z rodzicami podczas wojny. (fot. Zero.pl)
Željko ma dziś 72 lata. Nigdy zbyt wiele nie mówi o wojnie.
Emina w 2007 r. przechodzi coś w rodzaju załamania. Przez miesiąc boi się wychodzić z domu. Damir i jego siostra – urodzona w 1996 r., już po wojnie – pomagają jej z tego wyjść.
– Ojciec pewnie też ma traumę – ocenia mój rozmówca. – Ale nie okazuje tego. Może tłumi wszystko w sobie?
Damir jest agnostykiem. Ojciec to katolik, matka – muzułmanka. Mieszka w Sarajewie od trzydziestu lat. Przez ten czas może z dziesięć razy usłyszał coś nieprzyjemnego pod swoim adresem z powodu pochodzenia.
– Sarajewo jest bezpiecznym miejscem, ale politycy robią swoje. I ten brak zaufania między ludźmi nie znika od razu po wojnie. Trzeba na to czasu.
Przez chwilę milczy.
– Nienawidzę mówić o liczbach. Ilu zginęło Boszniaków (grupa etniczna w Bośni i Hercegowinie, przeważają w niej wyznawcy islamu), ilu Serbów (głównie prawosławnych). Każda liczba to brak szacunku dla ofiar. Ale fakty są faktami. Największymi ofiarami byli Boszniacy i nie wolno tego bagatelizować. Tak jak nie wolno bagatelizować Holokaustu.
Z dość poważną miną dopija zimną już kawę. Za chwilę jednak ponownie się rozluźnia i rzuca: – Chcesz się przejść ze mną jutro po mojej dzielnicy? Tam śladów wojny aż nadto.
Jesteśmy umówieni.
Ślady po kulach i sarajewskie róże
Nazajutrz spotykamy się w okolicy Baščaršiji – w samym sercu starego miasta w Sarajewie. Odjeżdża stamtąd tramwaj nr 5, którym dotrzemy na skraj stolicy, nieopodal dzielnicy Dobrinja.
Powstała ona jako blokowisko w czasach Jugosławii. Podczas oblężenia Sarajewa była – obok Grbavicy – jedną z najbardziej odciętych jego części. Linia frontu przebiegała między blokami. To właśnie w pobliżu Dobrinji zaczynał się tunel.
Damir mieszka tam od 1998 r.
Wysiadamy na końcowym przystanku Ilidža. Dalej idziemy pieszo. Choć pogoda nie rozpieszcza – jest około 6 st. C., wieje silny wiatr – wybieramy spacer zamiast trolejbusu. Po drodze mijamy kilka sarajewskich róż – śladów po pociskach, które zabiły co najmniej kilka osób. Oznaczone są one czerwoną farbą, a mieszkańcy – z szacunku dla ofiar – starają się po nich nie stąpać.

Jedna z sarajewskich róż. (fot. Zero.pl)
Wokół nas wyrastają kolejne bloki – niektóre wyższe, niektóre kilkupiętrowe. Beżowe, niebieskie, szare. Naznaczone wieloma bliznami po wojnie.

Blok ze śladami po kulach w Dobrinji. (fot. Zero.pl)
Żartujemy z Damirem, że projektował je chyba ten sam architekt, co osiedla z wielkiej płyty w Polsce.
– O, to jest moja okolica. Przejdziemy teraz przez taką główną alejkę ze sklepikami i kawiarniami – prowadzi mnie 34-latek.
Jest sobotnie popołudnie. Mijają nas ludzie w średnim wieku, czasem rodziny z dziećmi.
Ostatnia przejażdżka rowerem
Przy jednym z żółtych wieżowców dostrzegam tablice z nazwiskami. Podchodzimy tam właściwie od razu.
„Ty, nieznany przechodniu, zatrzymaj się tutaj i wspomnij wszystkich poległych bohaterów, wszystkich zabitych mieszkańców tego osiedla. Niech ich utracone życie będzie przestrogą, jak należy kochać i bronić swojego miasta” – czytam na pomniku, wokół którego ustawiono płyty.

Pomnik upamiętniający ofiary w Dobrinji. (fot. Zero.pl)
Widać na nich ciąg ułożonych alfabetycznie nazwisk ofiar w Dobrinji. Dzielnica, zamieszkiwana dziś przez około 25 tys. osób, leży pomiędzy czterema wzgórzami. W czasie wojny jej mieszkańcy są pod ciągłym ostrzałem, podani wrogowi „na tacy”.
Przy jednej z tablic stoi drobna, starsza kobieta. Blond włosy spięte w kucyk, usta obficie pociągnięte czerwoną szminką, pasującą do dresu w tym samym kolorze. Moją uwagę zwracają też długie kolczyki. To Hedija Efendić.
– Zobaczcie, jedna z tych tablic upamiętnia dzieci zabite w latach 1992-1995. Imię mojego syna też tu jest – wskazuje na wyryte w kamieniu „Amel”.

Tablica upamiętniająca dzieci z Dobrinji zabite podczas wojny. (fot. Zero.pl)
1977-1992.
18 sierpnia chłopiec jedzie na rowerze wraz z kolegami. W tym czasie dochodzi do ostrzału moździerzowego. Jako jedyny ginie, raniony odłamkami pocisku. Ma 15 lat.
Hediję spotykamy przed pomnikiem 28 marca. – Wczoraj Amel miałby urodziny, dlatego tu jestem – uśmiecha się smutno i wskazuje na kilka wiązanek na chodniku.

Hedija Efendić opłakująca syna Amela. (fot. Zero.pl)
Z pomocą Damira tłumaczę, dlaczego tu jestem.
– Wiecie, że to ja zebrałam nazwiska dzieci, które zginęły? Zadbałam o to, by powstała oddzielna tablica upamiętniająca ich krótkie życia. Zapewne nie ma tu wszystkich ofiar, bo było to dość trudne. Chciałam jednak, by ona powstała – wyjaśnia Hedija, odgarniając włosy z czoła. Zaczyna padać śnieg.
Wymieniamy jeszcze kilka uprzejmości, po czym kobieta odchodzi w kierunku pobliskiego sklepu. Damir wskazuje na imiona i nazwiska poległych. – Zobacz, to Serb, a to Chorwat. Najwięcej tu Boszniaków, ale bywało, że Serbowie zabijali Serbów będących po dobrej, naszej stronie walk.
Na moment oboje milkniemy.
– Jeszcze z 10 minut i będziemy w mojej okolicy – rzuca po chwili zadumy. Zanim odejdziemy od pomnika, robię kilka zdjęć. Tłem dla tablic jest ściana wspomnianego wcześniej wieżowca. Na niej kilkadziesiąt śladów po kulach. W tym przypadku załatanych, choć nieotynkowanych.

Lista ofiar z dzielnicy Dobrinja w Sarajewie. (fot. Zero.pl)
11-letni Marko
Zmarznięci i nieco zmęczeni spacerem w taką pogodę docieramy w okolice bloku, w którym aktualnie mieszka Damir z rodzicami. To spokojna, zielona ulica z niskimi zabudowaniami. Na beżowej elewacji ślady po kulach i odłamkach pocisków. Znowu.

Okolica, w której mieszka Damir. (fot. Zero.pl)
– Tu, za rogiem, doszło do tragedii. Lokalsi wspominają ją do dziś.
Przechodzimy między budynkami. Nagle Damir zatrzymuje mnie i wskazuje niemal niewidoczne już imię i nazwisko chłopca wyżłobione w asfalcie.
Marko Žižić.
1982-1993.

Miejsce, w którym zginął 11-letni Marko Žižić. (fot. Zero.pl)
Idziemy kilka metrów dalej. Stajemy przed parkingiem wypełnionym samochodami. – Tu wydarzyła się tragedia – mówi cicho Damir.
1 czerwca 1993 r. dzieci spontanicznie rozgrywają mecz piłki nożnej w pierwszym dniu muzułmańskiego święta Kurban Bajram. Grę przychodzi obejrzeć około 200 osób. O godzinie 10:20 w kierunku Dobrinji – z pozycji kontrolowanych przez siły serbskie – wystrzelone zostają dwa pociski moździerzowe.
Trafiają w boisko. Ginie 15 osób – żołnierzy i cywilów, w tym siedmioro dzieci. Jest wśród nich 11-letni Marko. Ponad 130 osób zostaje rannych.
„Nie doczekaliście wolności, ale Dobrinja wierzy, że jesteście teraz w lepszym miejscu” – napisano na niewielkiej tablicy upamiętniającej ofiary.

Tablice upamiętniające ofiary ataku na Dobrinję. (fot. Zero.pl)
W tym miejscu nasze drogi z Damirem się rozchodzą. Niespiesznym krokiem – rozglądając się i co chwilę zatrzymując przed kolejnymi śladami wojny – idę w kierunku przystanku tramwajowego. Kilkadziesiąt minut marszu przy paskudnej pogodzie jest, paradoksalnie, pewnym ukojeniem emocji po kilku godzinach trudnych rozmów i przebywaniu w miejscach śmierci tak wielu osób.
Jadę linią nr 5 i ponownie znajduję się na Alei Snajperów. Zza lekko zaparowanej szyby widzę parę nastolatków trzymających się za ręce. Dziś mogą iść powoli i beztrosko. Nikt do nich nie strzela.
