– Czujesz się winny, bo przynajmniej żyjesz, masz co jeść. A w Gazie ludzie głodują, umierają. To poczucie winy sprawia, że milczysz, nie wyrażasz swoich uczuć i nie mówisz, jak bardzo jesteś zmęczony – przyznaje w rozmowie z Zero.pl Sawsan Kanaan. Młoda Palestynka koordynuje działania Polskiej Akcji Humanitarnej na Zachodnim Brzegu. Opowiada nam o swoim codziennym życiu, co i rusz zakłócanym przez huk eksplozji.

- Sawsan jest mieszkanką Zachodniego Brzegu. Jak wszyscy tam, nie może liczyć na alarm syren ani ukryć się w czasie nalotów, bo schronów brak. Są za to ciągłe bombardowania, wybuchy słuchać kilka razy dziennie.
- Punkty kontrolne są otwarte albo nie – nikt tego nie ogłasza. Przedszkola pozostają zamknięte od pierwszego dnia wojny. Pensje urzędników od dawna są zamrożone.
- Z relacji kobiety wynika, że przemoc osadników rośnie, ale świat jej nie dostrzega, bo temat nie jest szeroko obecny w przekazach medialnych.
- – Jeśli nie ma nic o nas w wiadomościach, to znaczy że jest gorzej – podkreśla rozmówczyni Zero.pl.
38-letnia Palestynka pracuje na Zachodnim Brzegu dla Polskiej Akcji Humanitarnej. Rozmawiamy online, przy użyciu jednego z komunikatorów.
Kobieta podczas wywiadu wydaje się dość spokojna – tak jakby drżenie szyb towarzyszące jej na co dzień było czymś zwyczajnym.
– Za każdym razem, gdy słyszymy bombardowanie albo gdy trzęsą się okna, modlimy się do Boga, by nic nam się nie stało – mówi Sawsan.
Nie ma syren. Nie ma schronu
Na Zachodnim Brzegu nie działa system ostrzegania. Żadnych syren ani alarmów. Odgłosy bombardowań dochodzą z drugiej strony muru – bez uprzedzenia, a to oznacza brak czasu na reakcję. Ludność po prostu nie ma jak się ratować.
– Nigdy nie mieliśmy systemu alarmowego, przez wiele wojen. Powtarzam więc sobie: to już było. Jest okej. Nie musisz panikować – opowiada Sawsan.
Gdy zaczyna się bombardowanie, ludzie szukają najbezpieczniejszego kąta w domu i tam zostają. Nie ma procedury, nie ma planu ewakuacji. Jest pokój, który wydaje się solidniejszy od innych, i nadzieja, że to schronienie wystarczy.
Podczas ataków dzieci płaczą, dorośli próbują je uspokajać. Koty nerwowo chodzą po mieszkaniu.
– Gdy widzą, że jestem spokojna, przejmują tę emocję. To pomaga – ale nie w samym momencie bombardowania, tylko potem. W czasie rzeczywistym nie możesz wiele zrobić – wyznaje.
Sawsan jako przykład przywołuje nagranie z kamery przemysłowej z wioski Beitillu, niedaleko Ramallah. Widać na nim ludzi przechodzących przez ulicę. Przejeżdżają dwa samochody. Chwilę później coś spada z nieba – dokładnie w to samo miejsce.
– Przeżyli tylko dzięki kilku chwilom.
Ile razy dziennie słyszy niepokojące odgłosy?
– Wiele. Rano, w ciągu dnia, wieczorem. W nocy budzę się kilka razy. To jest ciągłe. Co kilka godzin bombardowanie.
Pytam ją, czy można się do tego przyzwyczaić. Milczy przez chwilę.
– Mówię sobie, że to tylko nasz układ nerwowy. Że nic nam nie grozi. Że to bombardowanie gdzieś dalej, nie tutaj. Ale do samej chwili nalotu – nie, nie można przywyknąć.
Próbujesz szczęścia
Kobieta opowiada też o trudnościach z przemieszczaniem się. Checkpointy na Zachodnim Brzegu to izraelskie wojskowe punkty kontrolne, na których żołnierze sprawdzają dokumenty i przepustki osób (głównie Palestyńczyków) poruszających się między miastami i strefami. Izrael uzasadnia je „względami bezpieczeństwa”, natomiast ich przeciwnicy wskazują, że poważnie ograniczają swobodę przemieszczania się palestyńskiej ludności cywilnej.
Aktualnie raz są zamknięte, raz otwarte, ale nikt tego nie ogłasza. Nie ma harmonogramu ani nawet aplikacji, która powie, czy dziś uda się przejechać.
– Idziesz i próbujesz szczęścia – wyjaśnia Sawsan. – Możesz czekać godzinami a potem zostać zawróconym. Nigdy nie wiesz.
Niektórzy wychodzą do pracy o czwartej rano, żeby zdążyć przejść przez punkt kontrolny, zanim ten się zamknie. Inni biorą urlopy, bo nie mają wyjścia. Jeszcze inni po prostu przestają próbować.
Ludzie tworzą grupy w mediach społecznościowych, żeby na bieżąco informować się o tym, które drogi są przejezdne, które checkpointy otwarte, a dokąd lepiej nie jechać. Mobilne kliniki Polskiej Akcji Humanitarnej w strefie C (obszar pod pełną kontrolą izraelską, obejmujący ok. 60 proc. Zachodniego Brzegu – red.) działają podobnie – przed każdym wyjazdem pracownicy sprawdzają drogi, zmieniają trasy, dostosowują plany do tego, co zastaną.
– Nie możesz się przemieszczać, zanim nie sprawdzisz wszystkiego. Tak teraz funkcjonujemy.
Palestynka wspomina też o przedszkolach, które są pozamykane od pierwszego dnia wojny. Rodzice zostają w domach z dziećmi, ale praca nie czeka. Systemy online nie działają wszędzie. Egzaminy na uczelniach odkładane są w nieskończoność. Rzeczy wymagające kontaktu twarzą w twarz – zawieszone.
– Sytuacja jest trochę chaotyczna dla wszystkich.
Słowo „trochę” robi tu całą robotę.
Miesiąc bez pensji. W Ramadanie
Sytuacja ekonomiczna jest – jak zaznacza Sawsan – bardzo krytyczna. W tym miesiącu urzędnicy Autonomii Palestyńskiej nie dostaną żadnego wynagrodzenia. Wcześniej otrzymywali 60 proc., bo Izrael wstrzymał przekazywanie wpływów z podatków, a Autonomia pokrywała pensje z własnych rezerw. Teraz już się wyczerpały.
Na stacjach benzynowych można zatankować tylko za 100 szekli ( około 10 litrów paliwa – red.). Więcej nie wchodzi w grę. Gazu do gotowania i ogrzewania nie ma od ponad dwóch tygodni. Ludzie dzwonią, pytają, słyszą: nie ma. Gdy w końcu się pojawia – tłumy.
To wszystko dzieje się w Ramadanie – miesiącu, w którym wydatki tradycyjnie są wyższe, rodziny spotykają się częściej, stoły są bogatsze. Po nim Eid – święto, które w tym roku dla wielu będzie bardzo skromne.
Bazar jest niemal martwy. Sklepy świecą pustkami. Siła nabywcza – jak mówi Sawsan – bardzo mała.
Polska Akcja Humanitarna przygotowuje się do kolejnych działań. To m.in wsparcie ekonomiczne, zatrudnienie, projekty na Zachodnim Brzegu i w Gazie. Ale wiele jest jeszcze w fazie przygotowań – fundusze, wnioski, procedury. Tymczasem ludzie nie mają czym zapłacić za jedzenie.
Przemoc, której nikt nie widzi
Niemal każdego ranka Sawsan czyta o tym samym: strzelaninach wokół domów, podpaleniach samochodów. Ludzie budzą się i odkrywają, że ich dom się pali, że auto przed blokiem jest wrakiem. Broń na ulicach, nie ukryta, ale widoczna, demonstracyjna – to norma.
– Świat o tym nie słyszy, ale to dzieje się każdego dnia.
Szczególnie uciążliwe jest to w wioskach – tych małych, słabo chronionych miejscach, gdzie nie ma policji ani żadnych innych służb, które mogłyby interweniować.
Sawsan brzmi jeszcze smutniej, gdy przyznaje, że kobiety i dzieci są najbardziej niewidoczne w tym wszystkim. Nie dlatego, że cierpią mniej, ale dlatego, że media już dawno odeszły od tematu. Hashtagi się zmieniły, a uwaga świata poszła gdzie indziej.
– Ludzie wstydzą się mówić, że cierpią, bo myślą, że w Gazie jest gorzej, więc oni nie mają prawa narzekać i powinni milczeć.

Palestyńczycy oglądają zniszczony dom po tym, jak fragment pocisku spadł na palestyński budynek mieszkalny w wiosce Bidya, niedaleko miasta Salfit, na Zachodnim Brzegu. (fot. ALAA BADARNEH / PAP/EPA)
A potem dodaje coś, co zostaje ze mną długo po rozmowie.
– Czujesz się winny, bo przynajmniej żyjesz i masz co jeść. A ludzie w Gazie umierają, głodują. I to poczucie winy sprawia, że milczysz, nie mówisz o uczuciach i o tym, jak bardzo jesteś zmęczony.
Sawsan wyznaje też, że wokół siebie obserwuje samych nerwowych, zamkniętych w sobie ludzi bez głosu. Gospodarka się sypie. Przemoc rośnie, a rozwiązania nie widać.
– Jest trochę rozpaczy. Potrzeba nadziei lub czegokolwiek, co ją da.
Potrzeba nadziei
38-latka pracuje w Palestynie od lat. Na Zachodnim Brzegu i w Gazie. Przeżyła wiele wojen. Widziała wszystko i przez to wie, że można przeżyć jeszcze więcej.
– Nauczyłam się z najtrudniejszych chwil. Przetrwaliśmy dużo i czasem to przetrwanie czyni cię silniejszym.
Stara się nie sprawdzać wiadomości za każdym razem, gdy coś usłyszy, czy nie chodzić po gaz, gdy wszyscy się tłoczą. Woli poczekać, aż kolejka zelżeje. Oraz nie panikować, gdy okna zaczynają drżeć.
– Ćwiczę pozytywne myślenie. Mówię sobie: jest okej.
W Ramadanie rodziny spotykają się częściej. Zapraszają się nawzajem na posiłki, ale potwierdzają wszystko w ostatniej chwili. Rano wysyłają wiadomość: przychodźcie, jeśli będzie spokojnie. I czekają.
– Ten system wsparcia społecznego jest teraz bardzo ważny. W tych czasach liczą się rodzina i wspólnota.
Sawsan przyznaje, że świat odszedł od historii Zachodniego Brzegu. Polskie media też.
– Jeśli Palestyny nie ma teraz w wiadomościach, to nie znaczy, że jest lepiej. To znaczy, że jest gorzej. Że cierpienie jest jeszcze większe, a ludzie czują się jeszcze bardziej zapomniani.
Rozmowa kończy się wymianą uśmiechów i jednocześnie smutnych spojrzeń. Za oknem – póki co – cisza. Oby jak najdłużej.
