
– Nie wiedzą jeszcze, że wojna zmienia wszystko – mówi w rozmowie z Zero.pl Rana Gabi z Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. Kobieta widziała dzieci czekające na powrót do domów, których już nie ma, ludzi wracających do ruin. Koniec walk nie oznacza jednak, że wszystko od razu się naprawia.
- Rana Gabi pomagała uchodźcom z Syrii, Palestyny, Libanu i Ukrainy. Jak mówi, często wcale nie marzą o nowym życiu. Chcą odzyskać stare.
- Czasem dużą zmianę przynosi mała rzecz. Dla Leili było to kilka lamp, dzięki którym po zmroku mogła znów bezpiecznie poruszać się po domu.
- Z kolei 11-letnia Rima pilnie potrzebowała operacji. Jednej organizacji nie było stać na jej sfinansowanie. Pomogli inni, dołożyli się też mieszkańcy. Udało się.
Sahar miała 42 lata. Tyle samo co Rana Gabi z Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM).
Do szpitala w Syrii trafiła z ciężkimi poparzeniami po napadzie padaczkowym. Na właściwą pomoc medyczną czekała ponad dziesięć dni. Kiedy w końcu ją otrzymała, rany były już poważnie zakażone, a jej życie – zagrożone.
Zespół, w którym pracowała Gabi, chciał pokryć koszty leczenia Sahar w ramach programu Polskiej Pomocy. Była więc pacjentka, był szpital, były pieniądze na leczenie i ludzie gotowi je zorganizować. Teoretycznie wszystko, czego potrzeba, żeby pomóc.
To jednak nie wystarczyło.
Rodzina wypisała Sahar ze szpitala wbrew zaleceniom lekarzy. Przez następne tygodnie pracownicy organizacji kontaktowali się z bliskimi kobiety, szpitalem i Ministerstwem Spraw Socjalnych. Usłyszeli, że Sahar została przewieziona do ośrodka leczenia oparzeń. Potem kontakt się urwał.
W styczniu przyszła wiadomość, że nie żyje. Zostawiła troje dzieci.
– Sahar szczególnie zapadła mi w pamięć. Pokazała nam, jak czasami, nawet kiedy pomoc jest dostępna i jesteśmy zdeterminowani, aby jej udzielić, bariery rodzinne, społeczne i organizacyjne mogą sprawić, że pozostajemy bezradni – mówi Rana Gabi.
Kobieta dostrzegła wtedy, jak cienka może być granica między losami dwóch osób i jak wiele zależy od miejsca oraz warunków, w których przyszło im żyć.
Pomoc humanitarna ma też taką stronę. Nie każda historia kończy się zdjęciem człowieka, który stanął na nogi. Nie każdą sytuację można rozwiązać pieniędzmi, dostępem do lekarza czy determinacją ludzi próbujących pomóc.
Kilka lamp
Leila jest starszą kobietą. Ma poważne problemy ze wzrokiem, przeszła też operację oka. Podczas kryzysu energetycznego w Libanie przerwy w dostawach prądu były niemal ciągłe, a najuboższych rodzin nie było stać na paliwo do generatorów.
Dla Leili ciemność oznaczała coś bardzo konkretnego: problem z przejściem z jednego pokoju do drugiego.
W jej domu zamontowano system solarny. Pojawiło się światło.
Nie odmieniło to całego jej życia i Gabi broni się przed takim opisem. Zmieniło jego fragment. Leila mogła bezpieczniej poruszać się po własnym domu, wykonywać codzienne czynności.
– Pomoc humanitarna nie zawsze musi być czymś wielkim. Czasem kilka lamp i możliwość swobodnego przejścia przez własny dom po zmroku może przywrócić poczucie bezpieczeństwa i niezależności.
W innej miejscowości podobnym „małym” sukcesem była woda.
W Aidamoun, w Libanie, Antoun przestał uprawiać swoją ziemię, bo przepływ wody był zbyt słaby. Odbudowano kanały irygacyjne i mógł wrócić do pracy.
Z perspektywy projektu to niewielka inwestycja infrastrukturalna. Perspektywa Antouna jest inna. To własna ziemia, praca, możliwość ponownego utrzymywania się z tego, co robił wcześniej.
Być może właśnie skala jest jedną z rzeczy, które najłatwiej pomylić, patrząc na pomoc z zewnątrz. To, co w tabeli projektu jest instalacją solarną albo naprawą kanału, w czyimś codziennym życiu oznacza możliwość przejścia po zmroku do drugiego pokoju albo powrotu na pole.
Dzieci czekające na powrót
Gabi nie wskazuje jednego dziecka, które zapamiętała najbardziej. W jej głowie został raczej powtarzający się obraz.
Dzieci rozmawiają o szkole, zabawkach, lalkach i kolegach. Zachowują się tak, jak na ich wiek przystało. Jednocześnie bywają ostrożniejsze i mniej spontaniczne, jakby nauczyły się już, że nic nie jest pewne.
Najtrudniej słucha się ich planów.
Mówią, że kiedy wojna się skończy, wrócą do swojej szkoły, przyjaciół, domu.
– Nie wiedzą jeszcze, że wojna zmienia wszystko. Dziecko, które czeka na powrót, często nie zdaje sobie sprawy, że świat, do którego chce wrócić, już nie istnieje.
Rana pracowała z dziećmi uchodźców z Syrii, Palestyny, Libanu i Ukrainy. Miejsca się zmieniały, potrzeby mniej: bezpieczeństwo, bliskość, zwyczajne dzieciństwo.
Kobieta pamięta maluchy z nieformalnych obozowisk, zimno, śnieg oraz rodziny, które mimo warunków nalegały, żeby usiadła z nimi i napiła się herbaty.
Ten gest nie rozwiązywał żadnego z ich problemów. Był jednak przypomnieniem, że relacja między osobą pomagającą a osobą korzystającą z pomocy nie zawsze przebiega tylko w jednym kierunku.
Zamiast świadczenia
Lublin, 2022 r. Do PCPM zgłasza się kobieta z Ukrainy. Kwalifikuje się do pomocy finansowej.
Nie chce jej jednak przyjąć. Pyta, czy zamiast tego może dostać pracę albo zostać wolontariuszką.
Ma doświadczenie administracyjne, które chce wykorzystać. Po rozmowie dołącza do zespołu i zaczyna pracować w projekcie pomagającym osobom, które znalazły się w sytuacji podobnej do jej własnej.
– Czasami wystarczy stworzyć komuś możliwości, by odzyskał poczucie sprawczości, wykorzystał swoje umiejętności i sam stał się częścią pomocy niesionej innym – mówi Gabi.
Role potrafią zmienić się bardzo szybko.
Podobny mechanizm Gabi obserwowała w libańskim Burdż Hammud. W programie Cash for Work uczestniczyło 358 osób z różnych środowisk: uchodźcy z Iraku, Syryjczycy, Palestyńczycy, Ormianie oraz migranci z Azji i Afryki. Wykonywali prace remontowe, elektryczne, malowali, zajmowali się zielenią i szyciem.
Dostawali wynagrodzenie, ale sens programu nie kończył się na pieniądzach. Chodziło również o możliwość wykorzystania własnych umiejętności i zrobienia czegoś dla miejsca, w którym się żyje.
Praca, własny dochód czy uporządkowana przestrzeń. Poczucie, że jest się potrzebnym. To jeszcze nie „powrót do normalności”, a raczej punkt, od którego można zacząć.
Jedenaście lat
Czasami możliwości jednej organizacji nie wystarczają.
Rima ma 11 lat, pochodzi z Syrii. Od urodzenia cierpi na skoliozę. Z czasem skrzywienie kręgosłupa zaczęło uciskać jej klatkę piersiową. Pojawiły się problemy z oddychaniem, nudności, ból. Potrzebna była pilna operacja oraz pieniądze na ten cel.
Część kosztów udało się pokryć z projektu finansowanego przez PCPM. Dołożyły się lokalny partner, inna organizacja i ministerstwo. Resztę zbierano publicznie, przy udziale sąsiadów i lokalnej społeczności.
Operację udało się przeprowadzić. – Każdy z zaangażowanych wniósł coś innego – pieniądze, kontakty, możliwości czy czas – i dopiero połączenie tych wysiłków pozwoliło zrealizować operację, której Rima tak bardzo potrzebowała.
„Przynajmniej są u siebie”
Jedno z przekonań, które praca z uchodźcami zmieniła u Gabi, dotyczy samego wyjazdu. Łatwo opowiedzieć go jako początek: nowe miejsce, bezpieczeństwo, możliwość zbudowania życia od zera.
Tyle że ludzie, których spotykała Rana, często wcale nie chcieli życia od zera.
W czasie wojny w Libanie, gdy ogłoszono zawieszenie broni, wielu przesiedlonych niemal natychmiast zaczęło wracać do swoich miejscowości. Także tam, gdzie domy były częściowo lub poważnie zniszczone. Brakowało prądu, wody i pracy. Nie zawsze było bezpiecznie. Niektórzy mówili, że wolą zostać właśnie tam, bo przynajmniej są u siebie.
– Uchodźca niekoniecznie szuka nowego miejsca do życia – mówi Gabi. – Bardzo często przede wszystkim chce odzyskać możliwość powrotu do własnych miejsc i przestać być uchodźcą.
Kobieta rozumie pomoc przede wszystkim jako możliwość odzyskania wyboru: wrócić, zostać, próbować ułożyć życie gdzie indziej. Wybór ten wcześniej odebrała wojna.
Koniec walk nie oznacza, że życie po prostu wraca na dawne tory. W czasie wojny większość decyzji podporządkowana jest temu, co najbardziej podstawowe: gdzie spać, skąd wziąć jedzenie, jak zapewnić bezpieczeństwo dzieciom. Pytania o pracę, szkołę czy własne plany schodzą na dalszy plan.
Wracają później, kiedy bezpośrednie zagrożenie mija. Wtedy często nie ma już ani dawnej pracy, ani domu, ani ludzi, którzy wcześniej tworzyli codzienność. Trzeba znaleźć mieszkanie, posłać dzieci do szkoły, zacząć zarabiać. Kolejne zwyczajne sprawy, które po wojnie przestają być oczywiste.
– Człowiek może być już fizycznie bezpieczny, ale nadal – jak podkreśla Gabi – nie mieć poczucia, że jego życie jest znowu jego własnym życiem.

