Kiedy Niemcy wycofali dopłaty do samochodów elektrycznych, ich sprzedaż załamała się w skali całej Europy. Teraz wracają z nowymi wagonami pieniędzy i „sprawiedliwym” sposobem ich przyznawania. Dlaczego tę sprawiedliwość ubrałem w cudzysłów – zaraz wyjaśnię.

- Niemcy przeznaczają ok. 3 miliardy euro na dopłaty do samochodów elektrycznych.
- Program budzi kontrowersje, może oznaczać transfer pieniędzy publicznych do chińskich producentów.
- Czy bez dopłat sprzedaż samochodów elektrycznych ma szansę dalej rosnąć?
W roku 2023 Niemcy powiedzieli z nagła „halt!” i wstrzymali wypłacanie dopłat do samochodów elektrycznych w ogóle. Skutki tej decyzji okazały się zatrważające i chyba przestraszyły samych jej pomysłodawców.
Największy europejski rynek motoryzacyjny nagle załamał się w segmencie samochodów elektrycznych, a to wystarczyło, żeby popsuć wyniki dla całej Europy. Boleśnie się przekonano, że bez kroplówki w postaci dopłat rządowych sprzedaż samochodów bezemisyjnych po prostu leży.
Oto nowy program niemieckich dopłat
Budżet w wysokości 3 miliardów euro (w przeliczeniu na nasze ponad 12 mld zł) ma starczyć na wymianę ośmiuset tysięcy pojazdów, czyli mniej więcej 1,6 proc. łącznej liczby samochodów w Niemczech. To niezbyt wiele, ale można też na to spojrzeć inaczej. Dzięki programowi dopłat, który ma w założeniu trwać do 2029 r., liczba aut elektrycznych na niemieckich drogach wzrośnie o 40 proc., z dwóch milionów do 2,8 mln – albo i więcej.
Dopłaty nie będą jednak przesadnie hojne i silnie uzależnione od sytuacji rodzinno-dochodowej. Jeśli ktoś zarabia powyżej 80 tys. euro rocznie w całym gospodarstwie domowym (czyli łącznie ok. 28,5 tys. zł miesięcznie na oboje małżonków), to dopłaty nie dostanie w ogóle.
Rodziny z jednym dzieckiem mają limit na 85 tys. euro, z dwójką lub większą liczbą potomstwa – 90 tys. euro. Przypomnę, że w Polsce dopłaty przysługiwały wszystkim, a różnicę wynikającą z poziomu dochodów zlikwidowano w ogóle już w trakcie trwania programu NaszEauto. Niemcy wprawdzie mają zamiar wydać dziewięć razy więcej niż my, ale bez wspierania osób zamożnych.
„Sprawiedliwy” podział, czyli dopłacamy też tym, którzy emitują CO2
Bazowa dopłata to jedynie 3000 euro – niecałe 13 tys. zł. W Polsce byliśmy dużo hojniejsi, sypiąc importerom samochodów 30 tys. zł za każdy sprzedany egzemplarz na prąd. Jednak niemiecka kwota zależy od wielu czynników – wpływa na nią np. realny poziom dochodów wykazanych w formularzu podatkowym. Maksymalnie można dostać 6000 euro, czyli mniej więcej 26 tys. zł.
A co już mocno zaskakuje, przewidziano także dopłaty do hybryd plug-in oraz samochodów typu EREV, czyli elektrycznych, ale ze spalinowym silnikiem służącym do doładowania akumulatora na bieżąco. Mogą one wynosić do 4500 euro, czyli 19,2 tys. zł.
Zaskoczenie wynika głównie z tego, że auta typu PHEV i EREV mogą emitować dwutlenek węgla podczas jazdy. O ile ktoś nie ładuje stale hybrydy plug-in, to właściwie tak, jakby jeździł samochodem spalinowym, a z tego co wiem, to na razie żadnego przymusu doładowywania nie przewidziano.
Można więc wyobrazić sobie sytuację, w której dany Niemiec lub Niemka otrzymuje 19,2 tys. zł dopłaty do wymiany zużytego auta elektrycznego (np. Citroena C-Zero) na nową hybrydę plug-in, czyli w efekcie tych dopłat łączna emisja CO2 ma szansę wzrosnąć, zamiast spaść. Ale raczej nie o emisję CO2 tu chodzi, a o pobudzenie przemysłu motoryzacyjnego.
Niemcy to największy producent samochodów w Europie
Ma jednak ten sam problem co reszta krajów naszego kontynentu. Starzeje się nie tylko populacja, ale też samochody. Średnia wieku aut w Niemczech rośnie bardzo szybko i w 2026 r. osiągnie pewnie 11 lat – w 2015 r. wynosiła 9 lat.
Nie ma zdroworozsądkowych powodów do pozbywania się aut z okolic rocznika 2015, a sprzedaż samochodów na naszym kontynencie w ciągu kilku lat spadła z 15 do niecałych 11 milionów rocznie. Fabryki nie bardzo mają co i dla kogo produkować, więc rząd pędzi na ratunek, mówiąc ludziom, w tym przypadku mniej zamożnym: złomujcie co macie i kupujcie nowe!
Wisienką na torcie jest brak wykluczeń dla aut chińskich
To nie żart, naprawdę niemiecki nabywca będzie mógł dostać do 6000 euro z kieszeni podatników na zakup samochodu produkowanego w Chinach. Zamiast wspierać przemysł lokalny, rząd niemiecki będzie więc przesypywał sporą ilość pieniędzy wprost do kieszeni Chińczyków czy innych producentów z dalekiego wschodu.
Wygląda na to, że pobudzenie popytu jest ważniejsze niż ochrona własnych interesów. Chińczycy tego nie wiedzą i barykadują swój rynek przed importem, my otwieramy im szeroko drzwi i obiecujemy dużo pieniędzy, jeśli będą sprzedawać swoje samochody elektryczne u nas.
Tylko jedna z tych strategii jest dobra, ale jeszcze nie wiemy dokładnie, która.
