Możecie usłyszeć, przeczytać albo pomyśleć różne rzeczy o filmie „Zobaczysz wszystko” w reżyserii Nathana Fieldera i Lance’a Oppenheima. Na przykład to, że nie było dotąd dokumentu o takiej emocjonalnej skali oraz intelektualnym zasięgu. Albo że kino pokazało nam właśnie nowe narracyjne ścieżki, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. A nawet, że wynalezienie penicyliny oraz pisma zebrane Freuda to przy tym betka.
Gdybym miał zweryfikować te opinie z takim samym przekonaniem, z jakim twórcy tkają opowieść o ludzkim mózgu jako pojemniku na kłamstwa, to najpierw odpowiedziałbym: „Bez przesady”. A następnie zamarłbym w tajemniczym półuśmiechu, w nadziei, że wyczytacie sobie z niego resztę. To znaczy – prawdę. A może raczej – „prawdę”.
Problem w tym, że sytuacja trochę ową „przesadę” wymusza. Mówimy w końcu o małym filmie, który rozbił wielki bank. O kinie faktu, które pobiło historyczny rekord otwarcia w amerykańskim box-office; o dokumencie z szansami na historycznego Oscara w najważniejszej kategorii; o seansie, na którym – także w Polsce – dostawiane są krzesła.
Szaleństwo na punkcie „Zobaczysz wszystko” jest w dużej mierze uzasadnione. Gdyby sprowadzić je do pojedynczego pragnienia lub atawizmu, byłaby to potrzeba uważnej, a może i natrętnej obserwacji drugiego człowieka. Oczywiście w płonnej nadziei, że ów człowiek odsłoni o sobie jakąś „prawdę”.
Fielder, Holmes, dom, ocean
Istnieją ludzie, na przykład moja żona, którzy nie znoszą small talku. Gardzą niemal każdym świadectwem pozorowanej bliskości z drugim człowiekiem. Ja dla odmiany go uwielbiam, cementuję w ten sposób przynależność do plemienia. Gdy wchodzimy razem do windy, pytam sąsiadów o zapach kapuśniaku na korytarzu, umaszczenie ich psa oraz sklep, w którym kupili buty. Trochę ze złośliwości i przekory, a trochę po to, żeby pławić się w sytuacjach wolnych od jakiegokolwiek znaczenia. Nic nie kosztują, a wyciągają nas na chwilę z własnej głowy, która, jak wiadomo, bywa mrocznym miejscem.
Wspominam o tym dlatego, że narracyjna gęstość „Zobaczysz wszystko” raczej na podobne sytuacje nie pozwala. Już na samym początku skazana na 11 lat więzienia założycielka biotechnologicznego start-upu Theranos roni łzy, zapewniając o swojej niewinności. Jakiś czas później reżyser, Nathan Fielder, podgląda ją w chwili czułości z mężem. Wszystko jest intymne, nasycone, niepokojące i dziwne. Wszystko coś „znaczy”, symbolizuje i pozostaje ważne. Nawet pichcenie jajecznicy okazuje się prologiem do opowieści o dominacji i uległości. Nic więc dziwnego, że film ogląda się na bezdechu, w ciągłym napięciu.
Elizabeth Holmes, jedna z największych gwiazd Doliny Krzemowej poprzedniej dekady, została skazana za defraudację. Wynaleziony przez jej zespół sprzęt do kompleksowych badań krwi okazał się picem na wodę, czystą spekulacją – straty inwestorów oszacowano na pół miliarda dolarów. W oczekiwaniu na odsiadkę „następczyni Steve’a Jobsa” zniknęła z medialnego radaru. Fieldera i Oppenheima zaprasza do położonej nad brzegiem oceanu posiadłości w San Diego i obiecuje im pełną transparentność. Czasu na wyklarowanie sytuacji jest niewiele – za nieco ponad miesiąc kobieta ma zameldować się w stanowym więzieniu.
O Fielderze, kanadyjskim komiku, twórcy wybitnego serialu „Próba generalna” oraz „Nathan for You”, mówi się, że to geniusz. Jego firmowy gatunek komedii – niewygodnej, rozegranej na granicy fikcji i faktu, prowadzonej w atmosferze ciągłego, trudnego do zniesienia zakłopotania – zdaje się to potwierdzać. Mój ulubiony skecz to ten, w którym zakłada własną linię odzieżową i rywalizuje z właścicielem sąsiedzkiego biznesu, którego chciwość zaprowadziła w szeregi kłamców oświęcimskich. W wymyślonej przez komika reklamie sklepu przystojny i uśmiechnięty facet w puchówce wspina się na szczyt ośnieżonej góry, by wykrzyczeć do całego świata: „Nie zaprzeczaj niczemu”. Kurtyna. Brawa.
W viralowym zwiastunie filmu twarze Holmes i Fieldera niemal się stykają. Filmowane są wyłącznie w kontrujęciach i dużych zbliżeniach. „Próbujesz mnie zwieść?” – pyta filmowiec. „Jaki miałabym w tym cel?” – odpowiada Holmes, wpatrując się w rozmówcę gigantycznymi, sarnimi ślepiami.

Elizabeth Holmes i Nathan Fielder w filmie „Zobaczysz wszystko”, reż. Nathan Fielder, Lance Oppenheim (2026), prod. A24 (fot. mat.prasowe)
Gdy kamera zmienia plan, widzimy ją w niewygodnej pozycji, przewieszoną przez kanapę, z nogą trącającą bujadełko z dzieckiem. Pojedynczy, pulsujący ton na ścieżce dźwiękowej sugeruje grozę. Bogata wiedza o popkulturowym statusie Holmes oraz Fieldera (i zarazem niewielka o ich faktycznych motywacjach) sprawia, że jeszcze przed premierą dokumentu rozdaliśmy obojgu konkretne role. Oto socjopata i psychopatka w wielkim pojedynku o naturę prawdy.
Twórcy filmu chętnie grają tą kartą. To, jak szybko kształtujemy o kimś zdanie, ma w końcu znaczenie. Nie tylko w życiu, ale i w kinie. Tyle że już w sam zwiastun wpisane jest oszustwo. W filmie scena jest dłuższa, pojawiają się w niej dodatkowe słowa, pauzy, odpowiedzi; kontekst całkowicie zmienia wydźwięk. Gra w prawdę i fałsz toczy się nie tylko między reżyserem i jego bohaterką, ale również między nimi i widzem. Jaki jest cel tej rozgrywki? Jaka jest stawka?
Kontakt wzrokowy
„Myślimy o tym filmie jako o »ludzkiej« historii” – zaczyna Holmes, stawiając interpretacyjny drogowskaz. Fielder nie oponuje, dokumentalistę powinien interesować przecież człowiek. „Zobaczysz wszystko” nie jest filmem o Theranosie i o kompaktowej maszynce do badania krwi. Nie jest opowieścią o Holmes jako sumie życiowych decyzji ani o jej partnerze Billym Evansie – szemranym typie z niejasnymi koneksjami, który pojawił się w życiu kobiety już po wyroku.
To film o całej rodzinie, wraz z adoptowanym do niej Fielderem, pod czujnym okiem kamery. O świadomości tejże kamery, a więc siłą rzeczy – o elastyczności zakładanych masek i precyzji w budowaniu kolejnych ról. Niemal każda rozmowa jest tu pojedynkiem, sporem o definicję kłamstwa, o naturę języka, o konkretne słowa. Niektóre z nich – jak twierdzi bohaterka, błędnie zinterpretowane – zaprowadziły Holmes do więzienia. Niemal z każdej sceny wyłania się obraz człowieka jako kłębka sprzecznych impulsów, nieprzeniknionych motywacji, otwierającego się i zamykającego przed bliźnim niczym nakręcana zabawka.
I tak jak Fielder i Holmes wzajemnie się przyciągają i odpychają, tak logiką ich relacji rządzą dwie sprzeczne, a jednocześnie bliskie sobie konwencje – horroru oraz komedii. Z jednej strony egzystencjalna groza „prawdziwego” obcowania z drugim człowiekiem. Z drugiej – człowiek w całej swojej śmieszności, zafiksowany we własnej „prawdzie”, łaknący kontaktu i zarazem niedostępny.
Ogląda się to wspaniale, głównie dlatego, że Fielder doskonale rozumie wszystkie konwencje, z których korzysta: thriller, melodramat, komedię, kryminał, dokument. Ma oko do fotogenicznych detali, chętnie korzysta z dorobku popkultury, bawi się nawiązaniami do filmu szpiegowskiego, ale w swojej strategii artystycznej bliższy jest wielkim psychologom literatury. Holmes tymczasem pozostaje dziwacznym automatonem. Nie mruga, wbija wzrok w pojedynczy punkt i zastyga w martwych pozach. Widzimy wprawdzie wszystko, ale rozumiemy coraz mniej.
Na pewno słyszeliście już, że jest to dzieło, którego nie wolno spoilować. Powiedziałbym więcej – już sama informacja o niemożności zdradzania fabuły jest spoilerem. Nie złamię jednak żadnej niepisanej zasady, jeśli zdradzę, że to, co zaczyna się jak psychologiczna gra sił, z czasem przeobraża się w wielki moralitet o miłości i mechanizmach kontroli, a nawet autotematyczny traktat o powinnościach sztuki, także tej dokumentalnej. Chcecie zobaczyć w filmie portret generacji ukształtowanej przez czasy postprawdy? Zobaczycie. Szukacie nostalgicznej opowieści o końcu Doliny Krzemowej jako snu o amerykańskiej potędze? Znajdziecie.
Wiesz, dlaczego to jest śmieszne?
„Kto jest na pierwszej bazie?”, czyli słynny skecz Buda Abbotta i Lou Costello, jest centralną metaforą filmu. Legendy amerykańskiej komedii ustalają skład drużyny baseballowej. „»Kto« jest na pierwszej bazie?” – pyta jeden. „Tak” – odpowiada drugi, wywołując u kolegi konsternację (imię zawodnika na pierwszej bazie to „Kto”, na drugiej „Co”, na trzeciej „Nie wiem”, i tak dalej, w ten deseń). Z czasem eskalująca gra słów zamienia prozaiczną sytuację w festiwal absurdu.
Wielu dokumentalistów przytoczyłoby ten żart w rozmowie z Holmes, żeby zasygnalizować kuriozalny charakter rozmowy o jej oszustwie, a następnie ruszyło dalej z życiem (i z filmem). Ale nie Fielder. Reżyser sadza swoją bohaterkę na kanapie, puszcza jej odcinek programu Abbotta i Costello, a następnie podsumowuje jej bezrefleksyjny śmiech mieszaniną sarkazmu i autentycznej ciekawości: „Wiesz, dlaczego to jest śmieszne?” – pyta.
Holmes nie wie. Albo udaje, że nie wie. Albo wie, ale nie powie. Bez znaczenia. Ów fragment pokazuje jednak, dlaczego „Zobaczysz wszystko” jest wybitnym filmem o zderzeniu z drugim człowiekiem. I paradoksalnie dlaczego ów człowiek średnio nadaje się na matrycę ogółu „ludzkiego doświadczenia”. Bez względu na to, jak finezyjnie Fielder tańczy wokół tematu, Holmes pozostaje albo nieskończenie cyniczną, albo głęboko zaburzoną osobą, która zrobiła wałek na pół miliarda dolarów i została za to prawomocnie skazana.
Płynącą z ekranu konkluzję, że mam prawo tak myśleć, ponieważ to również film o mojej optyce, ufundowanej na indywidualnych doświadczeniach oraz wizji świata, uważam za – delikatny, ale jednak – unik. Tym bardziej że w drugiej połowie „nieoczywista” Holmes staje się wyłącznie ofiarą swojego partnera.

Elizabeth Holmes, jej partner Billy Evans i Nathan Fielder w filmie „Zobaczysz wszystko”, reż. Nathan Fielder, Lance Oppenheim (2026), prod. A24 (fot. mat.prasowe)
Otchłań relatywizmu ma swoje dno, zwłaszcza w kinie dokumentalnym. Nie twierdzę, że Fielder oraz Oppenheim go sięgają. Uważam natomiast, że w swoim rewolucyjnym podejściu do materii kina faktu nawet oni ulegają pokusie rozrzedzania odpowiedzialności. Spotkałem się z opinią, że łatwo przymknąć na to oko, ponieważ Holmes nikogo nie zabiła, tylko ukradła pieniądze bogaczom. No ale przecież nie po to, żeby oddać je biedakom.
Czy – nawiązując do wniosków z niektórych recenzji – „Zobaczysz wszystko” to „najlepszy dokument w historii kina”? Nie, lepsze jest „Miejsce urodzenia” Pawła Łozińskiego, w którym ocalały z Zagłady Henryk Grynberg odnajduje kości i morderców swojego ojca; „Śmierć człowieka pracy” Michaela Glawoggera, w którym mieszkańcy trzech kontynentów schodzą do piekła w poszukiwaniu zarobku; „Cienka niebieska linia” Errola Morrisa, w której fabularne rekonstrukcje słynnego zabójstwa policjanta doprowadzają do uniewinnienia niesłusznie skazanego człowieka. Odbierzcie mi legitymację krytyka, ale wolę ten rodzaj emocjonalnego (i społecznego) rezonansu.
Czy to najlepszy film tego roku? To już prędzej. Także w tym sensie, że dawno nie mieliśmy filmu, który nadawałby się i na wykład antropologii, i na podcast o współczesnych związkach, i na small talk w windzie.


