Targi Szymona Hołowni z Donaldem Tuskiem o skład rządu obrazują dziwactwo demokracji parlamentarnej. I, mówiąc krótko, przesądzają o losach Polski 2050, którą Tusk musi do końca zniszczyć. A mówiąc prawdę, każdy z nas zrobiłby tak samo.
Oto bowiem premier, czyli osoba odpowiedzialna za politykę rządu i mająca na głowie hipotetyczny sukces wyborczy za rok, jest prawdziwym szefem tylko wobec ministrów z zasobów własnej partii. Tam, gdzie „umowa koalicyjna” oddaje ministerstwo w ręce koalicjanta, tam o nominacji nie decyduje szef (!) rządu, lecz ktoś zupełnie inny. W tym przypadku rachityczny sojusznik.
„Krzyżyk na drogę”. Tusk o Pełczyńskiej-Nałęcz
Od koalicjanta do politycznego petenta
Zaraz po rezygnacji Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz szef rządu ujawnił nam, że ma na opuszczone stanowisko „dwie kandydatki” (wybrał już jedną – red.). Były marszałek Sejmu nie czekał długo z ripostą: halo, zgodnie z umową koalicyjną to nasze miejsce. Zaraz, czy ta ugoda nie zawierała przypadkiem przekonania, że Polska 2050 ma 30 posłów? A nie, jak teraz, 14? I że można na nią liczyć w każdym głosowaniu (od dawna nie można). Rozbita, słabiutka partia bez struktur i bez poparcia społecznego, której liderki i liderzy zakiwali się na śmierć, naprawdę ma stawiać jakieś warunki przewodniczącemu KO? Wyobraźcie sobie siebie na jego miejscu. Gotowi jesteście odpuścić? Powiedzieć: e tam, bardzo proszę, nie jestem toksycznym samcem alfa, kochajmy się, hasłem naszym zgoda będzie i ojczyzna nasza?
Owszem, małym drukiem było w tamtej ugodzie dopisane, że Polską 2050 będzie rządził sympatyczny fajtłapa, i tego akurat Szymon Hołownia dotrzymywał. Aż znienacka okazał silny charakter podczas zabiegów o, jak sam mówił, „zamach stanu” – jakieś zablokowanie zaprzysiężenia Karola Nawrockiego. Dalszy ciąg pamiętamy. Ogromny nacisk, łącznie ze straszeniem, intrygi, doprowadzenie Hołowni do granicznych stanów emocjonalnych. Wreszcie jego upadek. I dalsza, niemal natychmiast podjęta gra, aby obrzydzić życie dwóm nowym liderkom. A kolejnymi krokami zdewastować do końca, przekupić stołkami, wchłonąć posłanki i posłów, straszyć potem wypadnięciem z łask.
Co Donald Tusk może ugrać w Indiach? „Nikt nas nie zatrzyma”
Brzytwa Ockhama
Można się oburzać, ale taka jest polityka. Można nie przepadać za Donaldem Tuskiem, ale trudno by oczekiwać, by nie starał się rozwiązać kryzysu z pogardzaną przez niego formacją za pomocą brzytwy Ockhama. Jakby ktoś zapomniał szkolne nauki, chodzi o to, by „bytów nie mnożyć ponad potrzebę”. A tu potrzeby istnienia Polski 2050 ani widu, ani słychu. Miała zdobywać poparcie u tych, dla których PiS to za dużo szczęścia, ale nie ufają Tuskowi. Nie zdobyła.
Szymon Hołownia, co nieco kłóci się z jego wizerunkiem fajnego gościa, bierze udział w podśmiewaniu się z byłej już przewodniczącej partii. Nie potwierdza i nie zaprzecza, że mógłby zostać wicepremierem i ministrem kultury – to akurat jedno z ministerstw sprezentowanych przez umowę koalicyjną. Jakby nie dostrzegał, że krytykowanie Pełczyńskiej-Nałęcz to wspieranie Tuska. A przyjmowanie stanowisk i współdziałanie z Tuskiem w rządzie to tylko przyspieszenie własnej klęski. Bo albo będzie wchodził w buty poprzedniczki i utrudniał życie premierowi, wtedy ponownie skończy źle. Albo będzie coraz bardziej cieniem samego siebie i partii nie obroni. Na koniec dostanie propozycję startu do Senatu z województwa warmińsko-mazurskiego.


