Radom właśnie zrobił coś, co powinno zapalić czerwoną lampkę w całym kraju. Rada Miejska zgodziła się na emisję obligacji komunalnych o wartości 100 mln zł. Pieniądze mają pomóc sfinansować wynagrodzenia nauczycieli oraz pracowników administracji i obsługi szkół. Wykup obligacji zaplanowano na lata 2027–2040, a szacowany łączny koszt zobowiązania może sięgnąć około 160 mln zł. Ostateczna kwota będzie zależała między innymi od warunków emisji i zmiennego oprocentowania. Mówiąc brutalnie: dzisiejsze wydatki na funkcjonowanie szkół będą obciążały budżety miasta także za kilkanaście lat.
Można twierdzić, jak robi to lokalna opozycja, że Radom źle zaplanował budżet. Trudno mi to ocenić. Jedno jest jednak pewne: przypadek tego miasta pokazuje problem, z którym mierzy się znacznie więcej samorządów. Sposób finansowania polskiej oświaty sprawia, że odpowiedzialność za organizację szkół i odpowiedzialność za pokrycie ich kosztów nie zawsze idą w parze.
Nowa podstawa programowa w szkołach. Tak ma wyglądać od nowego roku
Finansowanie oświaty. Dlaczego samorządom brakuje pieniędzy na szkoły?
Od lat słyszymy, że brakuje nauczycieli. Że szkoła nie jest konkurencyjnym pracodawcą. Że informatyk, fizyk, matematyk czy anglista często może zarobić znacznie więcej poza edukacją. Stawki wynagrodzenia zasadniczego ustalane przez MEN wyznaczają minimalny poziom płac, a samorządy mogą przeznaczać na wynagrodzenia więcej. Teoretycznie więc bogate miasto mogłoby powiedzieć: potrzebujemy dobrych matematyków, więc będziemy im płacić lepiej, niż wynika to z centralnych stawek. W praktyce wiele samorządów musi najpierw znaleźć pieniądze na pokrycie podstawowych kosztów funkcjonowania szkół. Na dodatkowe środki często po prostu ich nie stać. I to jest clou problemu.
To państwo określa podstawę programową, ramowe plany nauczania, kwalifikacje nauczycieli, minimalne stawki wynagrodzenia i obowiązki szkół. Samorząd jest zaś organem prowadzącym: zatrudnia ludzi, utrzymuje budynki, płaci za administrację, obsługę, energię, remonty i znaczną część bieżących kosztów działania placówek.
Od 2025 r. system finansowania samorządów wygląda inaczej niż wcześniej. Klasyczną część oświatową subwencji ogólnej zastąpiły tak zwane potrzeby oświatowe, których wysokość jest ustalana centralnie, a podział między samorządy odbywa się według określonego algorytmu. W 2026 r. ich łączną kwotę ustalono na około 114,95 mld zł.
Na pierwszy rzut oka wygląda to na zmianę na lepsze. Trzeba jednak pamiętać, że potrzeby oświatowe nie są gwarancją pełnego zwrotu wszystkich kosztów prowadzenia szkół. Nowy model finansowania samorządów opiera się w dużej mierze na dochodach własnych, w tym udziałach w PIT i CIT, a środki naliczane na potrzeby oświatowe są częścią szerszego systemu dochodów JST.
Nowe reformy, nowe wydatki. Czy samorządy stać na zmiany w szkołach?
Rząd może więc wskazać, że ogólnokrajowa pula środków na oświatę rośnie. I będzie to istotny argument. Sam wzrost kwoty nie rozstrzyga jednak, czy pieniądze wystarczą na rzeczywiste koszty funkcjonowania szkół w każdej gminie i każdym mieście. Potrzeby, wydatki i możliwości finansowe poszczególnych samorządów są przecież różne.
Wraca pomysł blokady mediów społecznościowych dla małoletnich. Tym razem się uda?
W efekcie centralna administracja może decydować o rozwiązaniach wpływających na koszty pracy szkół, podczas gdy finansowe skutki tych decyzji w dużej mierze odczuwa budżet samorządu. To trochę tak, jakby minister transportu mógł samodzielnie ustalić, że od przyszłego roku wszystkie miejskie autobusy mają mieć dodatkowego kierowcę, a potem poinformował samorządy, że przecież mają dochody własne, więc niech sobie radzą. Taka decyzja wywołałaby zapewne ogólnokrajową dyskusję. W edukacji podobne napięcie między centralnymi decyzjami a lokalnymi kosztami stało się czymś znacznie bardziej zwyczajnym.
Nie zapominajmy przy tym, że rząd wdraża Reformę 26. Kompas Jutra. Nowe podstawy programowe, zmiany w organizacji nauczania, nowe wymagania i konieczność dostosowania szkół oznaczają również konkretne wydatki. Państwo uruchomiło program „Pracownie Kompas Jutra” z budżetem 200 mln zł, który zakłada także wkład własny organów prowadzących. I właśnie tutaj kontrast robi się szczególnie wyraźny. Z jednej strony państwo projektuje szkołę jutra. Z drugiej, jedno z dużych polskich miast emituje obligacje, by pomóc sfinansować wynagrodzenia ludzi pracujących w szkole dzisiaj.
Zostawcie dzieciom książki, nie kartkówki. Tak ma wyglądać nowa podstawa programowa
Oczywiście sama emisja obligacji nie dowodzi, że winny jest wyłącznie system finansowania oświaty. Każdy samorząd odpowiada również za własną politykę budżetową, a sytuacja Radomia wymaga osobnej oceny. Nie zmienia to jednak zasadniczego pytania: czy sposób podziału odpowiedzialności między państwo a samorządy zapewnia tym drugim realne możliwości wykonywania nałożonych na nie zadań?
Jeśli szkołę przyszłości zaczynamy budować od obligacji na bieżące pensje, mamy problem. Zanim zaczniemy finansować szkołę jutra, zadbajmy o to, by stać nas było na szkołę dzisiejszą. Chyba że zadłużanie się na wypłaty ma zostać nowym paradygmatem finansowania oświaty. Wtedy rzeczywiście nie mam więcej pytań.


