Od tygodni w Polsce bacznie obserwujemy protesty studenckie w krajach Europy Zachodniej: we Francji, Niemczech, Belgii i Hiszpanii. U podłoża protestów leży niezadowolenie społeczne spowodowane rosnącymi kosztami życia, niską jakością usług publicznych oraz polityką rządów.
Nim jednak masowe protesty objęły państwa Unii Europejskiej, fala demonstracji studenckich rozpoczęła się w 2024 r. w Nowym Sadzie w Serbii. Wówczas na tamtejszym dworcu kolejowym doszło do katastrofy. W wyniku zawalenia się zadaszenia zginęło 16 osób. Tragedia ta stała się iskrą, która zapoczątkowała dwuletnią falę protestów przeciwko rządom Aleksandara Vučicia, który przez ostatnie 12 lat sprawował faktyczną władzę w Serbii. Zarzucano mu budowanie systemu autorytarnego, defraudację środków publicznych oraz brak odpowiedzialności politycznej za kolejne afery. Narastające niezadowolenie społeczne doprowadziło do powstania oddolnego ruchu, który następnie zbudował własne struktury polityczne. To właśnie ten ruch, „Lista Studencka”, zwyciężył w niedzielnych wyborach parlamentarnych w Serbii.
Sensacyjny wynik w Serbii. Po 14 latach zmienia się układ sił
Bunt przeciw władzy, nie przeciw Rosji
Zwycięski ruch zapowiada przeprowadzenie gruntownych reform, których celem ma być odbudowa instytucji państwowych po rządach Vučicia. Zaraz po wyborach w europejskiej prasie żywi się nadzieję, że przedstawiciele świata akademickiego, sportu i kultury, dotąd nieznani w serbskiej polityce, wniosą do niej nową, zachodnią jakość. Oczekuje się więc, że zmiana władzy przyczyni się do geopolitycznego zwrotu Serbii. Oznaczałby on odejście od bliskich związków z Rosją, z którą przez lata utożsamiał się Vučić, na rzecz zbliżenia z UE.
Właśnie w tym miejscu pojawia się pytanie, które powinno towarzyszyć każdej analizie przemian politycznych zachodzących w Europie. Przez niemal dwa lata serbskie społeczeństwo wychodziło na ulice, domagając się odsunięcia od władzy elit oskarżanych o korupcję i autorytarne praktyki. Dlaczego dopowiadamy sobie, że te postulaty są tożsame z zerwaniem relacji z Rosją?
Wystarczy bowiem przyjrzeć się pierwszym deklaracjom zwycięskiego ruchu studenckiego, aby dostrzec zasadniczą sprzeczność między oczekiwaniami europejskich komentatorów a rzeczywistymi intencjami nowych elit politycznych Serbii. Jeszcze 30 września, niespełna miesiąc przed wyborami, liderzy zwycięskiej Listy jednoznacznie zadeklarowali, że nie zamierzają dołączać do unijnych sankcji na Rosję. Stanowisko uzasadniono doświadczeniami historycznymi Serbii z lat 90., kiedy kraj przez lata odczuwał gospodarcze i społeczne konsekwencje międzynarodowych sankcji. Przedstawiciele ruchu przekonują również, że polityka sankcyjna nie rozwiązuje problemów bezpieczeństwa, lecz jedynie je zaostrza.
Serbia jest bowiem przykładem kraju, w którym prorosyjskość nie jest równoznaczna ani z poparciem dla rosyjskiego systemu politycznego, ani tym bardziej z przywiązaniem do konkretnej elity sprawującej władzę w Belgradzie. Znaczenie Moskwy w kalkulacjach Belgradu wynika z doświadczeń historycznych, w których Moskwa wielokrotnie stawała po stronie Serbów. Najświeższym historycznie przykładem jest niezmienne od dekad rosyjskie stanowisko w sprawie przynależności Kosowa, kwestii pozostającej żywą raną w serbskim społeczeństwie. Współpraca polityczna opiera się zatem na trwałych fundamentach, a jej wymiar gospodarczy stanowi jedynie pochodną tych relacji.
Serbia po politycznym trzęsieniu ziemi. Studenci pokonali Vučicia. „Nastroje prorosyjskie”
Widać to szczególnie wyraźnie w strukturze serbskiego handlu zagranicznego, w którym dominują państwa UE, odpowiadające za około 59 proc. obrotów handlowych Serbii, podczas gdy udział Rosji wynosi zaledwie 4 proc. Mimo to sytuacja jest znacznie bardziej złożona, ponieważ ponad 80 proc. gazu importowanego przez Serbię pochodzi z Rosji. Serbska gospodarka, chcąc utrzymać konkurencyjne ceny towarów eksportowanych na rynek unijny, pozostaje więc uzależniona od dostaw stosunkowo taniego rosyjskiego gazu. Nieco inaczej wygląda sytuacja w przypadku ropy naftowej. Choć unijne embargo uniemożliwia Serbii import rosyjskiej ropy, Rosjanie pozostają większościowym udziałowcem spółki będącej właścicielem jedynej rafinerii w kraju. Są to zależności, które kształtują wzajemne relacje i których nie da się przezwyciężyć samą deklaracją polityczną. Za takimi decyzjami stoją bowiem konkretne koszty energii, stabilność przedsiębiorstw oraz bezpieczeństwo dostaw.
Co więcej, wbrew uproszczonemu obrazowi państwa pogrążonego w kryzysie gospodarczym, który doprowadził do wyborczego obalenia rządu, serbska gospodarka nie znajdowała się przed wyborami w stanie załamania. Międzynarodowy Fundusz Walutowy przewidywał, że inflacja na poziomie 3,3 proc. nie zahamuje wzrostu gospodarczego. Ten miał wynieść 2,8 proc. w 2026 r. i przyspieszyć do 4,0 proc. w 2027 r.
Nie oznacza to oczywiście braku problemów społecznych czy nierówności. Pokazuje jednak, że źródłem serbskiego buntu nie była pogarszająca się sytuacja materialna. Przede wszystkim wynikał on z przekonania, że państwo przestało działać w interesie obywateli. Instytucje odpowiedzialne za kontrolę władzy i rozliczanie jej nadużyć zostały bowiem, w ocenie protestujących, podporządkowane politycznemu układowi.
Trump mówi o porozumieniu z Putinem, atak na tankowiec w Ormuz. Podsumowanie nocy
Biorąc powyższe pod uwagę, entuzjazm europejskich polityków, którzy wszem i wobec ogłaszają, że w Serbii dokonał się niemal magiczny zwrot geopolityczny i kraj wyrwał się z rosyjskich objęć, wydaje się co najmniej przesadny. Takie oceny dziwią tym bardziej, że Serbia nie należy ani do NATO, ani do UE. Choć w 2014 r. oficjalnie rozpoczęto negocjacje akcesyjne z UE, poziom poparcia dla członkostwa w UE nie zapowiada jednak szybkiego zwrotu ku integracji europejskiej. Świadczą o tym dane „WeBalkans.eu”, na które powołuje się Polski Instytut Spraw Międzynarodowych. Wiosną 2026 r. poparcie dla członkostwa Serbii w UE wynosiło 31 proc. wobec 33 proc. w 2025 r. i 39 proc. w 2024 r. Był to najniższy wynik w regionie. Dla porównania w Bośni i Hercegowinie poparcie wynosiło 64 proc. Co więcej, Serbia pozostaje jedynym krajem na Bałkanach, w którym przeciwnicy członkostwa w UE mają przewagę nad jego zwolennikami. W 2026 r. stanowili oni 40 proc. społeczeństwa.
Przykład Węgier
Trudno zatem podzielać entuzjazm związany z demokratycznym odsunięciem od władzy kolejnego po Viktorze Orbánie polityka określanego mianem „proputinowskiego”. Sama zmiana rządu nie musi bowiem oznaczać zerwania relacji z Rosją. Pokazuje to przykład bardziej „europejskiego” Pétera Magyara, który wielokrotnie powtarzał, że „geografii nie da się zmienić”. István Kapitány, minister gospodarki i energetyki w jego rządzie, deklaruje, że Węgry będą w stanie zapewnić dostawy gazu z innych źródeł do listopada 2027 r., kiedy zacznie obowiązywać całkowity unijny zakaz importu rosyjskiego gazu. Wskazywał jednak, że choć Węgry są w stanie zastąpić dostawy z Rosji, odpowiadające za 75 proc. gazu i 90 proc. ropy naftowej, takie rozwiązanie byłoby nieopłacalne ekonomicznie. Podobne względy ekonomiczne pojawiają się przy ocenie projektu rozbudowy elektrowni jądrowej „Paks II”. Węgierski rząd zapowiedział wprawdzie przegląd inwestycji, który ma rozstrzygnąć, czy budowa nowych bloków jest uzasadniona. Nie zmienia to jednak faktu, że całe paliwo jądrowe do węgierskich elektrowni dostarcza rosyjski Rosatom.
Słowacja
Wśród polityków uznawanych w unijnej debacie za szczególnie „prorosyjskich” pozostaje ostatni: premier Słowacji Robert Fico, którego w przyszłym roku czekają wybory parlamentarne. Podobnie jak w przypadku Węgier, sytuacja Słowacji zasadniczo różni się od położenia Serbii. Bratysława należy bowiem zarówno do UE, jak i do NATO. O ile członkostwo w NATO nie ma w tym kontekście większego znaczenia, o tyle przynależność do UE daje Słowacji rzeczywiste instrumenty wpływania na politykę całej wspólnoty. W sprawach wymagających jednomyślności, w tym przy podejmowaniu decyzji o sankcjach wobec Rosji, każde państwo członkowskie dysponuje prawem weta. Bratysława ma zatem realną możliwość wpływania na kierunek unijnej polityki sankcyjnej wobec Moskwy.
Zatrzymano dziewięciu Serbów w Kosowie. Podejrzenia o zbrodnie wojenne
Podobnie jak w przypadku Węgier, nie wynika to ze szczególnej sympatii na linii Bratysława–Moskwa, lecz z czystego pragmatyzmu gospodarczego. Rządząc krajem, trudno zignorować fakt, że około jednej trzeciej słowackiego importu gazu pochodzi z Rosji. Nie oznacza to, że Słowacja nie byłaby w stanie zastąpić rosyjskiego surowca alternatywnymi dostawami. Podobnie jak w przypadku Węgier, decydujące znaczenie ma ekonomiczna opłacalność rosyjskiego gazu. Według wyliczeń premiera zatrzymanie jego tranzytu miałoby kosztować Słowację nawet 500 mln euro rocznie. Jest to koszt utraty przychodów z tranzytu rosyjskiego gazu, a nie koszt jego zastąpienia w słowackiej gospodarce.
Obecnie, dzięki kontraktom na dostawy rosyjskiego gazu, Słowacja płaci za niego około 70 proc. mniej, niż musiałaby zapłacić za amerykański gaz dostępny na rynku europejskim. Na tle wydatków rządowych sięgających 65,57 mld euro sama utrata przychodów z tranzytu nie wydaje się więc kwotą, która mogłaby zachwiać słowackim budżetem. Nominalnie rzeczywiście nie. Problem polega jednak na tym, że jest to zaledwie część potencjalnych kosztów.
Wynika to z prawa „popytu i podaży”, które kształtuje ceny gazu na europejskim rynku: w samym 2026 r. jego notowania wzrosły o 233 proc. Konsekwencje tej zależności odczuwa cały europejski przemysł, z którym silnie związana jest słowacka gospodarka nastawiona na eksport. Szczególnie wyraźnie widać to na przykładzie branży motoryzacyjnej. W 2025 r. Słowacja, licząca około 5,4 mln mieszkańców, wyprodukowała 1,07 mln samochodów. Sektor ten odpowiada za około 10 proc. PKB i ponad połowę krajowej produkcji przemysłowej. Aby utrzymać rozwój przemysłu, słowacka gospodarka potrzebuje przewag konkurencyjnych. Oprócz niższych kosztów pracy niż w Niemczech czy Francji kluczowe znaczenie ma dostęp do taniej energii. Tymczasem ceny energii na Słowacji należą do najwyższych w UE. Według danych Eurostatu Słowacja zajmuje szóste miejsce, a ceny przekraczają unijną średnią o 23 euro za megawatogodzinę.
Susza paraliżuje energetykę na Węgrzech i w Serbii. Budapeszt wstrzymuje elektrownię
Właśnie w tym miejscu dochodzimy do kwestii, o której w europejskiej debacie gospodarczej często się zapomina. Kapitał ma bowiem narodowość. Jeśli rosnące ceny energii zaczną coraz mocniej ograniczać rentowność słowackich fabryk, zagraniczne koncerny staną przed wyborem, gdzie utrzymać produkcję, a z których zakładów stopniowo się wycofywać. Trudno przy tym oczekiwać, że niemieckie, francuskie czy włoskie przedsiębiorstwa, zmuszone do ograniczenia produkcji, będą w pierwszej kolejności chronić miejsca pracy na Słowacji kosztem zakładów we własnych krajach. Szczególnie gdy rządy państw macierzystych zaczną oferować ulgi, dopłaty i zachęty do przenoszenia produkcji z powrotem do kraju.
Strategia politycznego jiu-jitsu
W sztukach walki jedną z najważniejszych umiejętności jest efektywne wykorzystywanie siły przy możliwie najmniejszym zużyciu własnej energii. Nie zawsze wygrywa ten, kto dysponuje większą masą czy silniejszym ciosem. Często przewagę zdobywa ten, kto potrafi wykorzystać ruch przeciwnika, wytrącić go z równowagi i skierować przeciwko niemu jego własną energię. Fundamentem skutecznego kontrataku nie jest więc wyłącznie własna siła, lecz umiejętność rozpoznania odpowiedniego momentu. To chwila, w której przeciwnik, próbując osiągnąć swój cel, sam naraża się na założenie dźwigni lub duszenia.
Europa od kilku lat mierzy się z problemami, których źródeł nie sposób sprowadzić do działalności rosyjskich służb czy kampanii dezinformacyjnych. Wysokie ceny energii, dodatkowo podbijane przez skutki wojny w Zatoce Perskiej oraz rosnące koszty prowadzenia działalności gospodarczej, stawiają europejski przemysł w trudnej sytuacji. Presję zwiększają konkurencja ze strony gospodarek azjatyckich i coraz kosztowniejsza transformacja energetyczna. Dochodzą do tego problemy strukturalne związane ze starzeniem się społeczeństw, zadłużeniem publicznym i dążeniem rządów do dalszego zwiększania wydatków socjalnych. Jednocześnie rządy próbują utrzymać konkurencyjność przemysłu i realizować coraz ambitniejsze zobowiązania regulacyjne.
Nie trzeba więc wierzyć w mit o wszechmocnym, długim ramieniu Moskwy, aby dostrzec mechanizm, który Rosja może wykorzystywać do budowania przekonania o ekonomicznej opłacalności współpracy z nią. Kreml nie jest w stanie za pomocą kilku operacji informacyjnych doprowadzić do kryzysu francuskich finansów publicznych ani wywołać problemów niemieckiego przemysłu. Nie może też samodzielnie wzbudzić niezadowolenia wśród mieszkańców Słowacji. Wszystkie te zjawiska mają własne przyczyny, często narastające przez lata wskutek polityki obecnych elit. Rosja może jednak wpływać na sposób, w jaki społeczeństwa interpretują rosnące koszty życia, przedstawiając je jako konsekwencję pomocy Ukrainie lub rezygnacji z rosyjskich surowców energetycznych.
Zwrot w sprawie masakry w Raczaku. Aresztowano byłych serbskich policjantów
Nie trzeba nawet szukać przykładów poza granicami Polski. Wzrost poparcia dla środowiska politycznego związanego z Konfederacją Korony Polskiej nie jest przyczyną, lecz konsekwencją niezadowolenia społecznego. W tym ujęciu pojawia się paradoks: znaczenie rosyjskiego wektora rośnie, nawet gdy nie zwiększa się sympatia do Rosji. Właśnie w tym miejscu zaczyna się strategia politycznego jiu-jitsu.


