Działacze Ruchu Wolności i Pokój (WiP) to byli idealiści. Sprzeciwiali się zbrojeniom i wojnie, wspierali obdżektorów, czyli ludzi, którzy woleli iść do więzienia niż do wojska. Byli częścią światowego ruchu na rzecz nuklearnego rozbrojenia. Ich wyjątkowość polegała też na tym, że podpisywali się na buntowniczych dokumentach imieniem i nazwiskiem, że gdy na ich protesty przychodziło ZOMO, oni zamiast uciekać, stawiali bierny opór i dawali się zanosić do suk. Rzucali władzy PRL otwarte wyzwanie i gotowi byli ponosić konsekwencje. To było coś, co władze przerażało.
Przeczytaj także: Szczyt NATO w Ankarze: Sukces mimo obaw, stała baza USA w Polsce coraz bliżej
Z lewej na prawą
Mój dobry kumpel, Jacek Czaputowicz, z okazji swoich 70. urodzin i wydania książki o swojej drodze politycznej zadał pytanie, dlaczego ci młodzi, inteligentni ludzie nie załapali się do władz w dopiero co zdemokratyzowanej Polsce. Bo żeby wejść do dorosłej polityki, musieli się zmienić. Musieli wyzbyć się ideałów, którymi się kierowali, walcząc z reżimem. Musieli z lewej przejść na prawą stronę sceny politycznej. A przede wszystkim odrzucić „mrzonki” o pokoju na świecie, o rozbrojeniu.
Do rangi symbolu urasta postać Javiera Solany, który był autorem dokumentu „50 powodów, dla których Hiszpania nie powinna wejść do NATO”. Jednak później „dojrzał” i zmienił zdanie. Tak dalece, że został sekretarzem generalnym NATO.
Nie inaczej było z częścią naszych działaczy pokojowych z WiP-u, którzy nie tylko porzucili dawne ideały, ale wręcz, tak jak choćby współzałożyciel WiP-u Bogdan Klich, który objął stanowisko ministra obrony narodowej, stali się trybikami w militarystycznej machinie.
To bardzo ciekawe, jak od przeciwnika zbrojeń i paktów wojskowych można przejść do stania się częścią machiny wojennej. Niektórzy próbują zacierać ślady swojej dawnej działalności, inni, jak Jacek Czaputowicz, zadają sobie pytanie, dlaczego tak późno dopuszczono do stanowisk i dorosłej polityki jego i jego towarzyszy z Ruchu Wolność i Pokój. Nie dziwi go nawet, że część WiP-owców zasiliła służby specjalne.
Oczywiście są i tacy, którzy nie pchają się do władzy, a dawnym kolegom, dziś w służbach, nie podają ręki.
Przeczytaj także: Prezydent Nawrocki po rozmowie z Zełenskim: Dobrze, że się spotkaliśmy
Paradoks polegał na tym, że polscy działacze pokojowi z WiP-u nie pasowali do obrazu zachodniego ruchu pokojowego, który miał być zapleczem politycznym Moskwy. Dlaczego? Bo ich władza z nadania moskiewskiego ścigała i zamykała. Bo oni domagali się rozbrojenia zarówno Wschodu, jak i Zachodu.
Po stronie ludu
Dziś, kiedy stało się oczywiste, że NATO nie jest paktem obronnym, tylko agresywnym, trudno nam, lewicowcom, było wybrać strony. Zadanie ułatwił nam Putin, napadając na Ukrainę. Trzeba było stanąć po stronie napadniętego kraju w jednym szeregu z NATO i USA, które na początku konfliktu wsparły Ukrainę. I tu zdziwienie: znaczna część lewicy na Zachodzie i niewielkie grupki także w Polsce stanęły po stronie Rosji, ubierając tę postawę w pozory „ruchu pokojowego”. Oczywiście chodziło o to, żeby Ukraina się poddała, doprowadzając w ten sposób do końca wojny. I co ciekawe, podobną postawę zajął prezydent USA Donald Trump, który ciśnie Ukrainę, żeby oddała bez walki Donbas. Najbardziej ufortyfikowaną część kraju, dzięki której Putin nie dotarł jeszcze do Kijowa.
Przeczytaj także: Oddaliśmy jedne z najcenniejszych rakiet. „To poważny błąd”
Odruch popierania Rosji stał się dla części lewicy odruchem bezwarunkowym. Mój przyjaciel, francuski związkowiec z CGT (Powszechnej Konfederacji Pracy), pytał mnie w mailu, dlaczego jestem przeciwko ludowi. Bo dla niego Rosja, jeden z najbardziej kapitalistycznych krajów świata, to wciąż „lud”. W sytuacji, kiedy większość polskiego ludu boi się (słusznie lub nie) rosyjskiej agresji, stanąłem po stronie polskiego ludu. Wojna to sytuacja, kiedy w interesie bogatych giną biedni. Ale każdy uczciwy człowiek musi odróżniać sprawców napaści od jej ofiar.
Nie chcą umierać za ojczyznę
Jaka jest więc szansa na pokój? Znam pewną Ukrainkę, która co miesiąc wysyła synowi w Kijowie 1000 euro, które ten wręcza werbownikom, żeby zanotowali w dokumentach, że nikogo nie zastali w domu. Większość Polaków nie zamierza ginąć na froncie i zapewne czmychnie w razie czego za granicę. Cena ludzkiego życia zdrożała, coraz mniej ludzi, zwłaszcza młodych, uważa, że jest „słodko umierać za ojczyznę”. W rosyjskich republikach odległych od Moskwy werbuje się ludzi za duże pieniądze. Podobno zginęło już pół miliona Rosjan.
W Moskwie i Petersburgu wieje klęską. Ci z dużych miast na wojnę się nie wybierają. A front stanął, mimo że Trump wstrzymał dostawy pocisków, Ukraińcy zatrzymali Rosjan dronami. Brak zwycięstwa na froncie ukraińskim może ostudzić zapał wojenny Putina. Tak jak niepowodzenie kampanii przeciw Iranowi utemperuje trochę Trumpa.
Ale to tylko drobne pocieszenie. Świat się zbroi i jest gotowy do kolejnej wojny światowej. Chińczycy, uzbrojeni po zęby, szykują się na przyłączenie Tajwanu, a osłabiony po awanturze z Iranem Trump nie śmie już dostarczać wyspie broni. Jedyna nadzieja to równowaga strachu. Choć najsilniejsze na podwórku łobuzy będą dalej bić maluchy. Szkoda mi Kuby.

