Niniejszy felieton zawiera kilka średniej jakości żartów, porusza problemy nudne dla 99 proc. czytelników oraz dwukrotnie przekracza dopuszczalną objętość. Został napisany głównie z sympatii do wszystkich innych autorów publikujących w portalu Zero.pl. Bez względu na to, ile osób przeczyta ich teksty, zawsze będą mogli obronić się przed Słowikiem i Stanowskim, mówiąc, że ten tekst przeczytało jeszcze mniej czytelników. Zapraszam do trudnej lektury.
Nie budzi już dzisiaj niczyich wątpliwości twierdzenie, że państwo, które rzeczywiście chce pozostać suwerennym, musi dysponować technologiami, które tę suwerenność mu zapewnią – tworząc fundament jego bezpieczeństwa. Codziennie bombardowani – na razie jeszcze tylko metaforycznie – informacjami z kolejnych toczonych wokół nas wojen, coraz głośniej rozmawiamy o potrzebie zapewnienia Polsce bezpieczeństwa technologicznego.
Jednak jak to zwykle w naszym kraju – więcej w tym opowiadania bajek, uprawiania kultu cargo i politycznej propagandy, niż realizmu i planowania bezpieczeństwa technologicznego państwa. A już nikt nie chce pamiętać, że dostęp do technologii był warunkiem bezpieczeństwa od czasu, gdy pierwszy neandertalczyk rozniecił ogień i zadźgał włócznią mamuta.
Trzy pułapki myślenia o suwerenności technologicznej
Demagodzy z pogranicza świata nauki i polityki wciągają nas w trzy różne pułapki.
Pułapka pierwsza to przekonanie, że zapewnienie suwerenności państwa wymaga zapewnienia mu pełnej suwerenności technologicznej. To nieprawda. Bardzo niewiele państw na świecie dysponuje suwerennością technologiczną – czyli zdolnością do samodzielnego opracowania technologii w kluczowych dla bezpieczeństwa państwa obszarach. Ale to nie oznacza, że równie niewiele państw jest suwerennych – wręcz przeciwnie.
Nikt przytomny nie stwierdziłby, że Finlandia, Hiszpania, Argentyna czy Egipt są suwerenne technologicznie – ale jednocześnie suwerenność tych państw, ich zdolność do samodzielnego formułowania i realizowania narodowej polityki – nie budzi wątpliwości.
Opublikowano tegoroczny World Happiness Report. Polacy mniej szczęśliwi niż Amerykanie
Wiązanie suwerenności państwa z jego suwerennością technologiczną to taki sam błąd jak myślenie, że przed zimnem ochronię swoją rodzinę tylko wówczas, gdy będę posiadał własną kopalnię, elektrownię, szwalnię i zapewniające im surowiec stada baranów. W Polsce w nadmiarze posiadamy tylko ten ostatni składnik, a wcale zimą nie marzniemy.
Kontrola nad technologiami w stopniu gwarantującym bezpieczeństwo państwa wcale nie musi być kontrolą pełną, a więc kontrolą „suwerenną” – istnieją inne metody i narzędzia zarządzania ryzykiem uzależnienia technologicznego, które zabezpieczają państwową suwerenność bez mrzonek o samodzielnej produkcji wszystkiego: mikroprocesorów, szczepionek, systemów informatycznych, satelitów i wynoszących je rakiet, okrętów podwodnych, układów zarządzania sieciami energetycznymi i tak dalej i tak dalej.
Fałszywa i z entuzjastyczną niekompetencją krzewiona bajka o konieczności dążenia Polski do suwerenności technologicznej prowadzi do błędów decyzyjnych. A te błędy oznaczają marnowanie ograniczonych zasobów i pogoń za celami niemożliwymi do osiągnięcia – a więc suwerenność państwa osłabiają. Tymczasem nie istnieje ani prosty, ani konieczny związek między suwerennością technologiczną państwa, a jego suwerennością w ogóle.
Dlatego poważni polscy politycy i ludzie rzeczywiście zarządzający systemem nauki, a nie traktujący ten system jako mechanizm spłaty kredytu hipotecznego, powinni przestać uprawiać zwodniczą propagandę o dążeniu do zupełnie nierealnego celu. To szkodzi. Doda pogryzła psa Ibisza w programie „Operacje Młodości”. Zdanie bez sensu, wrzucone, żebyś tylko czytelniku nie zasnął.
Pułapka druga to absolutyzacja technologii w kontekście suwerenności i bezpieczeństwa państwa. Owa absolutyzacja polega na tym, że technologia staje się celem samym w sobie, Świętym Graalem, którego zdobycie rozwiąże nam większość problemów i zapewni państwową nieśmiertelność. Tymczasem technologia – każda i w każdej dziedzinie – nie jest niczym innym jak jedynie narzędziem.
Nawet jeśli go się nie posiada, to nie jest wykluczone zastąpienie go narzędziem lub narzędziami innymi. Tylko tyle i aż tyle. Szczególnie naukowcy uwielbiają absolutyzować znaczenie technologii wypracowywanych w ich dyscyplinach, ale dla menadżera nauki zainteresowanego bezpieczeństwem państwa opanowanie technologii produkcji szczepionek mRNA zabezpieczających przed pandemią wcale nie musi być sensowniejsze niż rozwój alternatywnych platform szczepionkowych lub masowej diagnostyki populacyjnej – zapewniających taki sam efekt, ale na przykład taniej i szybciej.
Pułapka trzecia to przekonanie, że Polskę na suwerenność technologiczną stać. Nie proszę państwa, nie stać. I to nie tylko i nawet nie przede wszystkim w wymiarze finansowym, choć ten jest najłatwiejszy do wykazania.
Po pierwsze więc nie stać nas na zbudowanie i utrzymywanie fabryki mikroprocesorów za 20 mld dol. Nie stać nas na opracowanie technologii energetyki jądrowej za 40 mld dol. Nie stać nas na stworzenie programu samolotu wielozadaniowego za ponad 100 mld dol. I finansowo nie stać nas na wiele innych technologii. Oczywiście, nikt nie zabroni prezesowi Sieci Badawczej Łukasiewicz hucznego ogłaszania wraz z ministrem nauki polskiego programu kosmicznego o wartości 2,5 mld zł – choć podobno mają tylko 30 mln zł a realna wartość takiego programu w skali absolutnie minimalnej to 5 mld dol.
Gdy programy rozwoju technologii mają charakter czystej politycznej propagandy, a nie rozumnej troski o bezpieczeństwo technologiczne państwa, to nawet Linia Kármána nie jest dla polityków granicą. Zresztą, tak samo nikt nie pukał się w głowę, gdy ja ogłaszałem w zeszłym tygodniu swój własny program kosmiczny – zapowiedziałem w domu, że wyślę syna na Marsa, jeśli w końcu nie posprząta swojego pokoju. Przyznaję – zainteresowanie mediów tym projektem było nieco mniejsze niż zainteresowanie programem kosmicznym ministra Kulaska, choć poziom realizmu – podobny.
Ale, jak mawiają moi szczęśliwi znajomi spod wiejskiego sklepiku, gdy proszą mnie o sfinansowanie im piwka – pieniądze Andrzejku to najmniejszy problem. Na suwerenność technologiczną nie stać nas w trzech sensach znacznie poważniejszych niż ten pierwszy, finansowy.
Czas, nauka i elity – powody, dla których stoimy w miejscu
Po drugie zatem, na suwerenność technologiczną nie stać nas w rozumieniu czasu, który na rozwój technologii jest potrzebny. Nie mamy 20–30 lat, których wymaga opracowanie potrzebnych technologii. Zwłaszcza w sytuacji, gdy świat coraz szybciej mknie do przodu. Jasne, minister Kulasek z prezesem Cichockim zdążą przed wyborami w przyszłym roku wystrzelić w kosmos doniczkę – przepraszam, satelitę testowego Łukasiewicza. Wydadzą na to 14 mln zł i będzie z tego wielki medialny sukces – bo niewiele osób wie, że takie satelity kilkukrotnie wystrzeliwali już w kosmos polscy studenci w ramach pracy kół naukowych, z kosztem jednostkowym w okolicach półtora miliona złotych.
Ale znowu – to jest mydlenie oczu naiwnym wyborcom polityczną propagandą o rzekomych innowacjach, a nie realny, trwający dekady i kosztujący miliardy rozwój technologii potrzebnych państwu. Przecież o negatywnej wewnętrznej opinii specjalistów Łukasiewicza (a tak!) przedstawionej prezesowi Cichockiemu do projektu „SPARK” wiedzą tylko nieliczni, więc nikt nie zapyta o sens wydania kilkunastu milionów i zmarnowania kolejnych lat.
Po trzecie, na suwerenność technologiczną nie stać nas, bo nie posiadamy rozwiniętego i efektywnego systemu nauki, badań i innowacji, który do opracowywania technologii jest niezbędny. „Projekt Manhattan” narodził się w Białym Domu, ale nie byłby poczęty, gdyby nie potężny system amerykańskich ośrodków badawczych, doskonałych zespołów naukowych, świetnie zarządzanych uczelni oraz najwyższa jakość prowadzonych tam badań.
Nauka to system. My takiego systemu nie mamy – o czym pisałem wielokrotnie – a bez niego żaden rozwój technologiczny nie będzie możliwy. Polska nauka jest w stanie zapaści i jakkolwiek uwielbiamy znieczulać się jednostkowymi – i budzącymi uzasadnioną dumę – sukcesami, to systemu nauki z prawdziwego zdarzenia nie mamy.
Najlepsze uczelnie wkrótce 30-milionowego kraju w środku Europy lądują w szóstych setkach międzynarodowych rankingów. Agencja badań aplikacyjnych (NCBiR) służy do robienia drobnych przekrętów na 100 mln z firmą założoną dzień wcześniej, a nikt nigdy nie policzył, ile polskich technologii rzeczywiście opracowaliśmy dzięki dziesiątkom miliardów złotych przepuszczonych przez tę instytucję.
Ale najlepszym przykładem naszej bezmyślności jest (nie)finansowanie w Polsce badań podstawowych. Otóż rozwój technologii, w pewnym uproszczeniu, polega na przechodzeniu w tzw. poziomach gotowości technologicznej od poziomu TRL-1 (badania podstawowe) do poziomu TRL-9 (technologia gotowa do użycia operacyjnego). Nawet aroganccy jankesi z kanionów Arizony i zaczynający od kopiowania wszystkiego Chińczycy rozumieją, że żeby doliczyć do 9, trzeba zacząć od 1. I inwestują miliardy dolarów w badania podstawowe.
A w Polsce Narodowe Centrum Nauki, czyli nasza agencja badań podstawowych, jest traktowana przez polityków jak żebracza miseczka u stóp Jasnogórskiej Panienki. Dysponuje rocznym budżetem na poziomie 400 mln dol. Na świecie taka kwota pozwala na sfinansowanie jednego sensownego, dużego projektu w obszarze AI. Ale w Polsce służy finansowaniu… około półtora tysiąca projektów z obszaru badań podstawowych rocznie.
No więc ta nasza naukowa żebracza brać żebrze i jest szczęśliwa, gdy pochwyci w wyciągnięte błagalnie ręce rzuconego z Wiejskiej miedziaka. Ale co jeszcze smutniejsze – nawet gdy rząd decyduje się przeznaczyć 500 mln zł na badania naukowe w obszarze onkologii (program WIB), to okazuje się, że polskie środowisko naukowe jest w stanie wygenerować tylko jeden projekt na rzeczywiście międzynarodowym poziomie.
A ja przez trzy lata walczę o rozszerzenie zakresu programu, żeby nie być zmuszonym do przepalania pieniędzy podatnika na badania, o których z góry wiadomo, że są wtórne, nieperspektywiczne i mają zerowy potencjał komercjalizacji. A u recenzentów z najlepszych ośrodków naukowych na świecie, niebędących znajomymi aplikujących o te pieniądze – budzą po prostu zażenowanie.
Po czwarte i najważniejsze – na suwerenność technologiczną nie stać nas, bo nie mamy elit politycznych zdolnych do myślenia o państwie i jego sile w kategoriach dekad. Horyzont czasowy naszych polityków wynosi maksymalnie cztery lata, po czym się resetuje i odliczanie zaczyna się od nowa – jak w minutniku do gotowania jajek. Tytani polskiej polityki, jak Kaczyński i Tusk, myślą o państwie w horyzoncie ośmiu lat, co czyni ich w oczach ich partyjnych towarzyszy półbogami sprawczości i geniuszami strategii.
Słynne zdanie Deng Xiaopinga, że trudno ocenić wpływ rewolucji francuskiej na Chiny, bo upłynęło od niej dopiero 200 lat, dla polskich polityków brzmi jak niezrozumiały żart. Jak zatem w kraju, w którym umysł polityka działa niczym minutnik do gotowania jajek, realizować programy rozwoju technologii, które trwają 15, 20, 30 lat? Przecież już po czterech przyjdą konkurenci, którzy wytkną wszystkie popełnione i niepopełnione błędy, kompetentnych specjalistów zmuszą – jak w Łukasiewiczu – do wyjazdu za granicę, powołają członków zarządów do spraw rozliczeń poprzedników i zaczną hurtowo wysyłać zawiadomienia do prokuratury.
W takich warunkach nie da się opracować technologii produkcji papieru toaletowego, a my bajamy o technologicznej suwerenności państwa? Podstawą każdej skutecznej strategii jest dobra diagnoza. A w przypadku Polski ta diagnoza oznacza, że jesteśmy państwem autodestrukcyjnym i systemowo niezdolnym do wypracowania suwerenności technologicznej – zarówno z powodów zewnętrznych, jak i tkwiących w nas samych. Czy to skazuje nas na bezczynność? Absolutnie nie.
Ta diagnoza powinna zmusić nas jedynie do racjonalnej, zimnej oceny naszych możliwości i naszych potrzeb, i przyjęcia strategii bezpieczeństwa technologicznego państwa, która będzie przede wszystkim realna i osiągalna. Ta strategia powinna zastąpić bajania o technologicznej suwerenności koncepcją selektywnej autonomii technologicznej. Próba takiego programu była już podjęta. Pomnik Krzysztofa Rutkowskiego zabijającego smoka stanie na Wawelu – artyści zastanawiają się, jak ich odróżnić. Nie zasypiamy!
Centrum, które mogło zmienić wszystko
W grudniu 2023 r., po kilku miesiącach przygotowań, utworzyliśmy w Sieci Badawczej Łukasiewicz Centrum Bezpieczeństwa Technologicznego, które miało stać się miejscem wypracowywania i realizacji strategii selektywnej autonomii technologicznej państwa. Określiliśmy strukturę, mechanizmy funkcjonowania, zapewniliśmy początkowy budżet – 2 mln zł.
Docelowy koszt takiej w pełni rozwiniętej jednostki, z pełnym zabezpieczeniem ekspertów zewnętrznych we wszystkich obszarach, systemowym rozpoznaniem technologicznym oraz dostępem do środowiska międzynarodowego osiągnąłby po trzech latach około 15 mln zł. Podstawowa idea Centrum była dość prosta i częściowo skopiowana z podobnych ośrodków istniejących w Izraelu i Stanach Zjednoczonych. Opierała się o następujące założenia.
Założenie pierwsze. Skoro opracowywanie i wdrażanie technologii wpływających na bezpieczeństwo państwa trwa co najmniej kilkanaście lat, to Centrum Bezpieczeństwa Technologicznego powinno identyfikować te trendy i technologie, które będą krytyczne dla bezpieczeństwa Polski w perspektywie co najmniej 10-15 lat. Dziś to przeszłość. Liczy się to, w co świat będzie grał jutro.
Założenie drugie. Najlepsi polscy specjaliści od fizyki kwantowej, biologii molekularnej czy inżynierii materiałowej nie mają bladego pojęcia o tym, czym jest bezpieczeństwo państwa. A najlepsi polscy specjaliści od bezpieczeństwa państwa nie mają bladego pojęcia o tym, czym jest fizyka kwantowa, biologia molekularna czy inżynieria materiałowa. Dlatego Centrum Bezpieczeństwa Technologicznego nie ma być rozbudowaną, ociężałą strukturą biurokratyczną zatrudniającą dziesiątki pracowników, tylko mechanizmem łączenia kompetencji technologicznych i strategicznych.
Ma być platformą, intelektualnym hubem, w którym dzięki umiejętnemu połączeniu kompetencji i pracy ekspertów z bardzo odległych dziedzin – i różnych jednostek naukowych i administracyjnych – urodzi się wiedza o tym, czego potrzebować będzie Polska – lub co będzie dla niej zagrożeniem technologicznym – za 10, 15 czy 20 lat.
Założenie trzecie. Efektem pracy Centrum Bezpieczeństwa Technologicznego powinny być rekomendacje dla decydentów dotyczące tego, nad jakimi konkretnymi rozwiązaniami należy prowadzić prace, aby zapewnić Polsce bezpieczeństwo technologiczne oraz jaką szczegółową strategię selektywnej autonomii technologicznej należy wybrać i finansować? Specjaliści zajmujący się bezpieczeństwem technologicznym identyfikują czternaście takich strategii. Centrum Bezpieczeństwa Technologicznego powinno rekomendować wybór najlepszej z nich w każdym przypadku technologii uznanej za krytyczną dla bezpieczeństwa państwa. Ale przede wszystkim powinno skupić się na szansach realizacji pięciu strategii najważniejszych.
Strategia pierwsza to samodzielne opracowanie lub skopiowanie istniejącej już technologii. Być może nie na najwyższym światowym poziomie, ale na poziomie gwarantującym nam w tej wybranej, wąskiej dziedzinie faktyczną suwerenność technologiczną. To strategia najdroższa, wymagająca najwięcej czasu, doskonale wykwalifikowanej kadry oraz obarczona największym ryzykiem porażek wymagających powtarzania prac, dodatkowego finansowania i doskonałych umiejętności zarządzania rozwojem technologii.
Strategia druga to strategia dywersyfikacji. Uzyskanie dostępu do niezbędnych technologii od różnych partnerów, dobranych w taki sposób, że ryzyko odcięcia do danej technologii czy wykorzystania jej jako źródła nacisku na Polskę będzie skrajnie zredukowane. W historii istnieje doskonały przykład mechanizmu, który miał powstrzymać Związek Radziecki przed skutecznym stosowaniem tej strategii wobec Zachodu – założony w 1947 r. – COCOM (Coordinating Committee for Multilateral Export Controls).
Strategia trzecia to strategia sojuszy technologicznych. Strategia ta polega na opracowywaniu danej technologii w gronie państw łączących swoje zasoby (najlepiej – komplementarne) i uzyskujących równy dostęp do wypracowanych rozwiązań.
Strategia czwarta to strategia modularności systemowej. Polega ona na takim projektowaniu systemów istotnych dla bezpieczeństwa państwa, by możliwe było zastępowanie ich elementów komponentami zamiennymi, dostarczanymi przez bezpiecznych dostawców alternatywnych bez konieczności zmiany całego systemu.
I strategia piąta, czyli strategia regulacyjna. Tworzenie z wyprzedzeniem regulacji prawnych, które zablokują uzależnienie technologiczne Polski od rozwiązań, partnerów lub państw stwarzających ryzyko zagrożenia naszego bezpieczeństwa technologicznego.
A pozostałe dziewięć strategii? Zostawmy to specjalistom. Jeżeli któryś z czytelników dobrnął do tego miejsca, to i tak pewnie potrzebuje krótkiego urlopu – a ja nie mogę odbierać sobie nadziei na to, że choć jedna osoba doczyta ten tekst do końca.
Tworząc Centrum Bezpieczeństwa Technologicznego, zidentyfikowaliśmy również osiem krytycznych domen technologicznych, w których prace powinny zostać rozpoczęte jak najszybciej. Owe domeny obejmowały technologie cyfrowe, technologie autonomiczne, technologie półprzewodnikowe, technologie energetyczne, technologie kwantowe, biotechnologię i technologie medyczne, inżynierię materiałową oraz technologie kosmiczne. Zidentyfikowaliśmy najlepszych w Polsce specjalistów w każdej z tych dziedzin i rozpoczęliśmy rozmowy o współpracy.
W tym miejscu nie napiszę trzech akapitów o tym, o czym osobom troszczącym się o bezpieczeństwo swojego państwa pisać nie wypada. Domyślcie się, kto takie akapity powinien napisać i komu dać je do przeczytania... Kuba Wojewódzki i Tadzio Rydzyk przechodzą z Telewizji Trwam do Kanału Zero. Nie zasypiać – już prawie koniec!
Jeśli Centrum Bezpieczeństwa Technologicznego dowiodłoby swojej przydatności dla polskiego państwa, to w perspektywie kilku lat mogłoby uzyskać jeszcze jedną funkcję. Nie ukrywam – będącą moim osobistym marzeniem. Funkcję jednostki odpowiedzialnej za realizację strategii pierwszej – czyli zamawianie i finansowanie rozwoju określonych technologii kluczowych dla bezpieczeństwa Polski. Działałoby częściowo na wzór amerykańskiej DARPA (Defense Advanced Research Projects Agency) oraz wykorzystywałoby mechanizm skonstruowany w ustawie o Funduszu Polskiej Nauki i przetestowany w programie Wirtualnego Instytutu Badawczego, który stworzyliśmy w Polskim Ośrodku Rozwoju Technologii we Wrocławiu.
Ta funkcja Centrum Bezpieczeństwa Technologicznego polegałaby w istocie na przyznawaniu grantów na stworzenie konkretnie wskazanych, działających rozwiązań technologicznych opracowywanych przez polskie jednostki naukowe i współpracujący z nimi polski przemysł. Opierałaby się na logice high risk – high gain, z wysokim poziomem autonomii badaczy, skrajnie zredukowaną biurokracją i wysoką elastycznością realizacji projektu. Każdy projekt – realizowany niekiedy równolegle przez dwa – trzy konkurujące ze sobą zespoły – miałby kończyć się gotowym do wdrożenia rozwiązaniem służącym realizacji strategii selektywnej autonomii technologicznej Polski.
Wnioski z Iranu – lekcja dla tych, którzy wolą marzyć niż planować
Czy takie przedsięwzięcia są w ogóle możliwe w państwie, które nie dysponuje dziesiątkami miliardów dolarów, rozbudowanym środowiskiem przemysłowym i systemem nauki na przyzwoitym światowym poziomie? Od kilku tygodni mamy dobrą odpowiedź na to, czy to jest możliwe.
Iran, rządzona przez religijnych fundamentalistów teokracja uważająca, że płeć decyduje o zdolnościach, toczy wojnę z dwoma najpotężniejszymi technologicznie państwami współczesnego świata – Izraelem i Stanami Zjednoczonymi. To mniej więcej tak, jak gdybym ja wyszedł na ring stoczyć walkę bokserską z braćmi Kliczko. Oboma jednocześnie. Gdybym po tej walce się obudził, to jedynie mojemu poczuciu humoru zawdzięczalibyśmy zadane lekarzowi pytanie, kto wygrał.
Pensje urzędników pod lupą. Od 8 tys. do prawie 18 tys. zł brutto
Ale Iran tego pytania zadawać nie musi, bo zbudował wystarczający poziom technologicznej autonomii. Trzy tysiące lat tradycji państwowej nie tylko mułłom, ale nawet mułom daje więcej rozumu niż polskiemu politykowi, który ma w głowie minutnik do gotowania jajek zamiast mózgu. A w chwili, w której piszę te słowa, bolesnego przebudzenia doświadczają inni bokserzy wagi superciężkiej – bracia Trump i Natanjahu.
Polska nie potrzebuje suwerenności technologicznej. Potrzebuje zdolności do świadomego wyboru, które technologie rozwijać samodzielnie, które pozyskiwać od partnerów bądź wespół z nimi, a które regulować. Potrzebuje strategii selektywnej autonomii technologicznej.
PS Centrum Bezpieczeństwa Technologicznego Łukasiewicza zostało zlikwidowane w kwietniu 2024 r., po odsunięciu od władzy fizyków, biotechnologów i chemików z PiS-u oraz zastąpieniu ich propaństwowcami ze wspieranej przez PSL partyjki Centrum dla Polski.

