Mówi się, że gdy termometr dobija do 24 stopni Celsjusza, producenci napojów otwierają szampana. Dla branży FMCG (produkty codziennego użytku) pierwsze ciepłe dni to tradycyjne otwarcie sezonu prosperity.
W tym roku jednak toastom towarzyszy gorzki posmak. System kaucyjny zamiast stać się ekologicznym silnikiem, na razie przypomina PET-owy bieg przez płotki.
S&P o przyszłości polskiej gospodarki. Rating: „A-” z perspektywą stabilną
Jako jeden z posłów głosujących w lipcu 2023 r. za wprowadzeniem tych przepisów muszę dziś z pokorą uderzyć się w pierś. I choć pierwotna ustawa uległa w nowej kadencji rozlicznym korektom – bardziej przypomina organizacyjny chaos niż obiecywany ekologiczny sukces.
Rozwiązania prawne, z których dziś korzystamy, rodziły się w bólach, w atmosferze nagłych zwrotów akcji, a efekt to ewenement na skalę europejską: system wielu operatorów, w dużej mierze stworzony przez prawo, a nie przez naturalną konkurencję rynkową. Bez tych przepisów podmioty te nie miałyby racji bytu, bo w brutalnej rynkowej grze odzyskiwanie butelek po prostu nikomu się nie opłaca.
PET-owy absurd i VAT-owska pułapka
Zasada „kaucja podąża za produktem” w polskim wydaniu brzmi logicznie tylko na papierze. W praktyce to producenci dwa razy w miesiącu kredytują operatorów, przekazując im środki za wprowadzone opakowania. Koszt pieniądza w czasie? To problem producenta. Operator ma już środki na koncie, więc jego motywacja do szybkiego zwrotu kaucji bywa – delikatnie mówiąc – umiarkowana.
Do tego dochodzi fiskalny absurd. Producent, uderzony kaucją „z góry”, musi jeszcze zapłacić VAT od butelki, która nie wróciła. I tu zaczyna się czysta abstrakcja. Producent wody mineralnej czy źródlanej zapłaci 23 proc. VAT, podczas gdy producenci napoju z odrobiną soku – już tylko 5 proc.
To efekt zróżnicowanego opodatkowania tych napojów. Ale dlaczego ta fiskalna kara przeszła też na pustą, niezwróconą butelkę? Tego nie wie nikt. Mimo apeli i – uczciwie warto to zaznaczyć – starań wiceminister klimatu o zerową stawkę za niezwrócone opakowania Ministerstwo Finansów pozostaje nieugięte. Efekt? Branża napojowa staje się mimowolnym sponsorem budżetu i operatorów.
Beneficjenci i wielcy nieobecni
Kto zatem wygrywa? Na pewno dostawcy systemów IT, logistycy oraz producenci butelkomatów, zdominowani przez skandynawskich gigantów, jak Tomra. Sklepy z kolei zostają na placu boju z maszynami, które nie nadążają z odbiorem, albo z zapchaną workami kanciapą – w przypadku małych, lokalnych punktów sprzedaży. Konsument, który zadał sobie trud i przyjechał autem (dokładając swoją cegiełkę do emisji CO₂), często odchodzi z kwitkiem spod zapchanej maszyny.
Paradoksalnie tam, gdzie kończy się cierpliwość klienta stojącego przed zapchanym butelkomatem, zaczyna się świat, w którym polski system kaucyjny radzi sobie znacznie lepiej. Mowa o cyfrowej infrastrukturze, która „mieli” dane szybciej niż maszyny plastik.
Na tym polu największy kawałek tortu zagospodarowała warszawska firma Omecon (z Grupy EIP Pawła Prasuły), stając się technologicznym sercem dla gigantów napojowych skupionych wokół operatora Kaucja.pl. Ich platforma to dowód na to, że polska myśl IT potrafi stworzyć architekturę zdolną udźwignąć miliardy operacji rozliczeniowych.
Tuż za plecami polskiego lidera czają się jednak Słowacy z firmy Sensoneo, którzy po sukcesach w Bratysławie i Bukareszcie dostarczają gotowe, sprawdzone w boju rozwiązania dla kolejnych polskich operatorów. Stawkę zamykają Skandynawowie z Tomry, którzy udowadniają, że nie chcą być tylko dostawcami „żelastwa”.
Obok butelkomatów mają też potężne systemy typu cloud, które nie tylko raportują stan zapełnienia maszyny, ale też integrują się z aplikacjami lojalnościowymi największych sieci handlowych. To właśnie w tym niewidocznym dla oka cyfrowym obiegu toczy się prawdziwa gra o wysoką stawkę – bo w systemie, gdzie butelka bywa deficytowa, to informacja o niej staje się najcenniejszą walutą.
Pułapka rozproszenia: Polska kontra model estoński
Mimo że polskie firmy IT udowodniły swoją klasę, to nawet najlepszy kod nie naprawi błędnych założeń systemowych. Zamiast jednej, przejrzystej platformy krajowej zafundowaliśmy sobie cyfrowy archipelag. Dziś mamy rozproszone systemy, które zmuszają organizacje odzysku do mozolnego podpisywania dziesiątek porozumień tylko po to, by móc wymienić się danymi o tym, kto, ile i gdzie zebrał.
Zabrakło nam cyfrowej mądrości Estonii, która najpierw zbudowała spójne państwo cyfrowe i jeden ogólnokrajowy system kaucyjny, a dopiero potem dokładano kolejne rozwiązania. Tam gromadzenie i wymiana danych tworzą naturalny ekosystem, u nas – to administracyjny tor przeszkód, który generuje dodatkowe koszty i niepotrzebną złożoność.
W efekcie zamiast skupić się na realnych celach środowiskowych polscy przedsiębiorcy i operatorzy tracą energię na budowanie mostów między niekompatybilnymi bazami danych. Dopóki nie zrozumiemy, że w systemie kaucyjnym dane muszą płynąć tak swobodnie jak woda w butelce, będziemy jedynie pudrować systemowy chaos nowoczesną technologią.
Zdrowie pod znakiem zapytania?
Największy absurd kłuje jednak w oczy na półkach z alkoholem. Popularne „małpki” – jedna z najbardziej zaśmiecających frakcji w miastach i lasach – znalazły się poza systemem. Producenci mocnych alkoholi nie ponoszą kosztów sprzątania swoich opakowań, przerzucając ten ciężar na gminy i mieszkańców.
W tle pojawia się jeszcze kwestia 30-procentowego udziału recyklatu w nowych butelkach. Architekci systemu milczą, gdy pyta się o bezpieczeństwo. Czy zmielona butelka, w której ktoś wcześniej trzymał olej napędowy, po przetworzeniu na pewno jest obojętna dla naszego zdrowia? Odpowiedzialność w tym temacie jest zręcznie przerzucana „w pole zdrowie”, bez konkretnych gwarancji.
System do remontu od zaraz
System kaucyjny w Polsce wymaga natychmiastowej reanimacji, a nie kolejnych kosmetycznych poprawek w rozporządzeniach. Pierwszym krokiem powinna być neutralizacja VAT i kosztów finansowania – tak, aby producenci przestali pełnić rolę darmowego banku dla operatorów i fiskusa, a przepływ pieniędzy z kaucji nie zaburzał im płynności ani nie windował cen napojów ponad konieczność.
System kaucyjny w Polsce – ile można zarobić na zwrocie butelek?
Drugim elementem jest stworzenie jednego, wspólnego „operatora rozliczeniowego” – organizacji o charakterze non profit, działającej bardziej jak branżowa izba rozrachunkowa czy Krajowa Izba Rozliczeniowa na rynku finansowym niż nowy urząd. Taki podmiot nie wydaje decyzji administracyjnych, tylko zapewnia jedną, wspólną infrastrukturę: koordynuje przepływ danych między operatorami i sklepami, pilnuje standardów umów oraz porządkuje raportowanie do gmin, żeby z obecnego chaosu informacyjnego w BDO (bazie danych o odpadach) wreszcie powstał czytelny obraz strumieni odpadów.
Trzeci filar to zasada „UE + 0”: do 2029 r. system powinien pozostać dobrowolny i ograniczony do unijnego minimum, tak aby firmy miały czas się dostosować bez ryzyka gwałtownych bankructw i nerwowych skoków cen.
Zamiast „polskiej innowacji”, która komplikuje życie wszystkim – od producenta, przez sklep z zapchaną kanciapą, po klienta w kolejce do butelkomatu – warto podpatrzeć prostsze modele z krajów, gdzie jeden branżowy operator rozliczeniowy po cichu robi swoje, a system po prostu działa. Ekologia musi iść w parze z elementarnym sensem ekonomicznym, także z perspektywy konsumenta. Ostatecznie to on płaci rachunek.

