Reklama
Świat

Bezimienni bohaterowie. O ludziach, którzy ratują nas przed katastrofą, zanim się wydarzy

Był taki moment, gdy mogliśmy zawrócić. Gdybym posłuchał intuicji, oszczędzilibyśmy sobie stresu i strachu. Nie byłoby jednak opowieści o przejażdżce nad przepaścią, rodzinnego podziwu i refleksji nad tym, dlaczego bardziej cenimy tych, którzy gaszą pożary, niż tych, którzy im zapobiegają.

Igor Zalewski
Opinia autorstwa: Igor Zalewski
Dzisiaj 16:50
5 min
Greckie drogi. (fot. East News)
TYLKO NA

W charakterze przystawki do prawdziwych wakacji wybraliśmy się z żoną na krótki wypad do Grecji. Na lotnisku w Atenach wypożyczyliśmy samochód, podjechaliśmy do przeprawy promowej i przepłynęliśmy na Eubeę. To druga co do wielkości wyspa grecka (po Krecie), ale leży tak blisko lądu, że właściwie nikt nie dostrzega jej wyspiarskości. Wśród turystów dominują Ateńczycy, więc w sumie jest swojsko. I dziko. Bo Eubea jest naprawdę wielka, z wysokimi górami i wybrzeżem, które oferuje wiele pustych plaż.

I w ramach kosztowania greckich rozkoszy ruszyliśmy na jedną taką. Przedarliśmy się przez całkiem spore góry i zalegliśmy w zatoce, w której oprócz nas było jeszcze z pięć osób. Miejsce dawało poczucie, które wyjątkowo lubię – że jest się na końcu świata. Ale na greckim końcu świata musi się znajdować tawerna, więc plażowanie zakończyliśmy smakowitym obiadem za rozsądną cenę.

Przeczytaj także: Jak odpoczywać, by naprawdę odpocząć? Psychiatra zdradza idealny przepis na urlop

Czas było wracać. Google Maps podpowiedziało nam dwie drogi – pierwszą, którą przyjechaliśmy, i drugą, która była niby krótsza, ale miała nam zabrać więcej czasu. Po krótkim namyśle zdecydowaliśmy się na drugą, co okazało się błędem.

Reklama
Reklama

Już na starcie trzeba było wjechać na bardzo stromy szutrowy podjazd i był to moment, w którym gdzieś z dalekich zakątków mojego jestestwa odezwał się rozsądek.

– Lepiej zawróćmy – powiedziałem.

Ale żona lekceważąco machnęła ręką i spytała, czy w takim razie ona ma prowadzić. Na takie dictum oczywiście zebrałem się w sobie, wrzuciłem jedynkę w naszym raczej rachitycznym Suzuki Swift i wgramoliłem się na pierwsze wzniesienie.

Przeczytaj także: „Polska od środka”, czyli pojadę na koniec kraju i porozmawiam z kimś ciekawym. Bo czemu nie?

Reklama
Reklama

Potem nastąpił prawdziwy koszmar. Droga była raczej ścieżką wydeptaną przez osły, a następnie uklepaną przez jakąś dużą terenówkę. Bardzo szybko pięła się do góry i chwacko poprowadziła nas na skraj urwiska. Widok był nieziemski. Przepaść i jakieś 300 metrów pod nami błękit morza. Trasa – cóż – nie była zbyt równa i opadała w stronę otchłani. Instynktownie trzymałem się od niej jak najdalej, ale wtedy nabieraliśmy coraz większego przechyłu i oczyma wyobraźni widziałem, jak się wywracamy, a następnie koziołkujemy po prawie pionowym zboczu.

Do tego doszły zakręty tak ostre, że wysłałem żonę na przeszpiegi, żeby upewniła się, czy za rogiem na pewno jest droga, a nie ta cholerna otchłań. Rozważaliśmy, czy nie zawrócić, ale nie było jak – drożyna była wąziutka i licha, oczywiście bez jakichkolwiek barier, a raczej z kamieniami, które mogły się obsunąć. Manewrowanie nad przepaścią niezbyt nam się uśmiechało.

Kiedy trasa raptownie skręcała, trzeba było jechać wprost na urwisko i wtedy starałem się go nie widzieć – podobnie jak w tych filmach, gdzie radzą bohaterom, żeby nie patrzyli w dół. Więc nie patrzyłem. Widziałem tylko trzy metry drogi przed sobą, a kierownicę ściskałem tak mocno, że nabawiłem się odcisków. W życiu nie byłem tak skoncentrowany.

Lepiej zapobiegać 

Przejażdżka trwała godzinę. Po jakimś czasie odbiliśmy od morza (ufff), ale za to wciąż jechaliśmy do góry. Aż dotarliśmy do wiatraków, które wcześniej oglądaliśmy z naszego miasteczka. Stały na szczytach, pracowicie produkowały prąd i nawet zastanawiałem się, jak dojeżdża tam serwis. No to się dowiedziałem.

Reklama
Reklama

Przeczytaj także: Wakacje. Radość dla dzieci i zmartwienie dla rodziców

Wróciliśmy do hotelu kompletnie wyczerpani, ale żona patrzyła na mnie jak na prawdziwego twardziela, co akurat było dosyć przyjemne (bo rzadkie). A potem opowiadała wszystkim o moich bohaterskich czynach i zimnej krwi (ataki paniki udało mi się ukryć). A ja puszyłem się jak paw i się nadymałem (w czym jestem dobry).

Historyjka ta ma dwa przesłania. Pierwsze jest dosyć oczywiste: lepiej nie wierzyć Mapom Google. Gdybyśmy w tawernie spytali kelnera, czy warto jechać drogą, którą wybraliśmy, popukałby się w głowę i tego felietonu by nie było.

Reklama
Reklama

Drugi sens jest mniej oczywisty. Otóż poważamy ludzi, którzy walczą z kryzysami, a nie im zapobiegają. Ci pozostają bezimienni. Bo przecież był moment, kiedy mogliśmy zawrócić, mogłem tak zdecydować – wtedy nie byłoby nerwów i strachu, ale też nie byłoby przygody i podziwu w oczach mojej żony, że dałem radę. Gdybym zachował się racjonalnie, nie zdobyłbym rodzinnego uznania. Popatrzmy w ten sposób na historię. Nazwiska ludzi, którzy zapobiegli katastrofom, na zawsze pozostają nieznane.

Źródło: Zero.pl
Igor Zalewski
Igor ZalewskiDziennikarz Kanału Zero