- Dziecko w wieku szkolnym ma w ciągu roku około 70 dni wolnych od nauki. Pracujący rodzice, dysponując łącznie maksymalnie 52 dniami urlopu, zostają z kilkunastodniową luką bez żadnego systemowego wsparcia.
- Migracje za pracą, wyższy wiek emerytalny oraz zmiana mentalności współczesnych seniorów sprawiły, że instytucja „dziadków na pełen etat” praktycznie zanikła. Rodzice zostali samotnymi wyspami.
- Rozwiązaniem kryzysu demograficznego nie są kolejne puste programy socjalne, ale stworzenie całorocznej opieki z wykorzystaniem budynków szkół, które w wakacje i ferie świecą pustkami.
Archaiczny system opieki nad dziećmi w Polsce, oparty na feryjności szkół i braku wsparcia dla rodziców, zniechęca wielu moich znajomych do posiadania kolejnych dzieci. Gdy model wielopokoleniowy odchodzi w przeszłość, pracujący na etatach i obciążeni kredytami rodzice zostają sami z kilkunastodniową luką w opiece wakacyjnej. Rozwiązaniem kryzysu demograficznego nie są kolejne puste programy. Bardziej mogłoby pomóc odważne wykorzystanie istniejącej infrastruktury do stworzenia systemowej opieki całorocznej.
Przeczytaj także: Co zostawimy Polsce w 2049 r.? Nie za wiele
Pierwsze dziecko i zderzenie z rzeczywistością
Decyzja o pierwszym dziecku bywa aktem odwagi, optymizmu lub po prostu naturalnym krokiem naprzód. Jednak to właśnie zderzenie z rzeczywistością po narodzinach pierwszego potomka staje się dla wielu par momentem otrzeźwienia. Rodzice, którzy deklarowali chęć posiadania dwójki lub trójki dzieci, nagle brutalnie weryfikują swoje plany. Dlaczego?
Przeczytaj także: Demografia nie kłamie. Rozwijaj się albo giń
Ponieważ współczesna organizacja pracy placówek opiekuńczych i oświatowych w Polsce nie tylko nie wspiera rodzicielstwa, ale do niego wręcz zniechęca, nie przystając zupełnie do dzisiejszych realiów. System pozostawia cały ciężar logistyczny na jednostce, tworząc barierę, której przekroczenie przy kolejnym dziecku wydaje się często fizycznie i finansowo niemożliwe.
Samotne wyspy
Pierwszym i najbardziej fundamentalnym problemem jest intensywnie postępujący, szczególnie w dużych miastach, demontaż dawnego, wielopokoleniowego modelu rodziny. Współczesne młode małżeństwa coraz częściej mieszkają daleko od rodzinnych domów, migrując za pracą do dużych miast. Zostają z wychowaniem dzieci zupełnie sami. Szczególnie że instytucja „dziadków na pełen etat” w wielu rodzinach przestała istnieć. Wynika to z prostych zmian społeczno-gospodarczych. Pierwsza to wzrost wieku emerytalnego i dłuższa praca.
W latach 90. przeciętny wiek przechodzenia na emeryturę był stosunkowo niski, m.in. z powodu szerokiego dostępu do wcześniejszych emerytur i świadczeń przedemerytalnych. W pierwszej dekadzie XXI wieku stopniowo rósł, gdy ograniczano te możliwości. Po reformach z lat 2013–2017 średni wiek przechodzenia na emeryturę jeszcze wzrósł. Po przywróceniu wieku 60/65 lat w 2017 roku wzrost ten wyhamował, ale nie nastąpił powrót do poziomów z lat 90. Coraz więcej osób decyduje się pracować dłużej, również z powodów czysto finansowych.
Przeczytaj także: Wymieramy z wygody? Dlaczego Polacy nie chcą mieć dzieci
Druga zmiana to zmiana mentalności. Dzisiejsi seniorzy coraz częściej stoją na stanowisku, że wychowali już swoje dzieci i na emeryturze mają prawo do własnego życia, pasji i odpoczynku. Relacje z wnukami na poziomie „koleżanki mamy z pracy” – czyli rzadkie, kurtuazyjne spotkania – stają się smutną codziennością.
Swoje robi też biologia. Coraz później decydujemy się na pierwsze dziecko. W konsekwencji, gdy na świecie pojawiają się wnuki, dziadkowie są w znacznie starszym wieku niż dawniej. Mają po prostu mniej sił i zdrowia na absorbującą opiekę nad energicznym maluchem.
Początek jest zachęcający
Na początku drogi system wydaje się jeszcze w miarę przewidywalny. Żłobek, a potem przedszkole publiczne to tzw. placówki nieferyjne. Pracują one we wszystkie dni robocze przez cały rok, wyłączając zazwyczaj jedynie 2–3 tygodnie przerwy wakacyjnej na tzw. remonty techniczne. Choć znalezienie miejsca graniczy z cudem, a logistyka bywa trudna, rodzic pracujący w systemie 5 dni w tygodniu jest w stanie utrzymać się na rynku pracy. Prawdziwy szok nadchodzi jednak później.
Moment, w którym dziecko idzie do pierwszej klasy szkoły podstawowej, to dla pracujących rodziców zwykle logistyczna katastrofa. Następuje radykalna zmiana organizacji czasu. Szkoła staje się placówką feryjną (niekiedy pracującą na dwie zmiany!), a dni wolnych od zajęć dramatycznie przybywa.
Dwa miesiące wakacji to 44–46 dni roboczych. Ferie zimowe to kolejne 10 dni roboczych. Do tego dochodzą zimowe i wiosenne przerwy świąteczne, długie weekendy oraz dni dyrektorskie (wolne od lekcji np. z powodu egzaminów starszych klas). Łącznie daje to około 70 dni roboczych w roku, w których dziecko nie ma szkoły, a dorosły musi iść do pracy. Teraz zderzmy to z brutalną matematyką Kodeksu pracy.
Przeczytaj także: Demografia, głupcze! Według prezydenta kryzys dzietności zaczyna się w głowach
Statystyczny rodzic ma do dyspozycji 26 dni urlopu wypoczynkowego rocznie. Nawet jeśli małżonkowie zrezygnują ze wspólnych wakacji i będą brać urlopy naprzemiennie, ich zasoby (26 + 26 = 52 dni) nie pokryją potrzeb dziecka (70 dni). Zostaje dziura kilkunastu dni roboczych, w których dziecko z nauczania początkowego (klasy 1–3) – którego z oczywistych względów nie można zostawić samego w domu na 8–10 godzin – nie ma zapewnionej opieki.
Iluzja pomocy, czyli wakacyjne dyżury

Decyzja o pierwszym dziecku bywa aktem odwagi, optymizmu lub po prostu naturalnym krokiem naprzód. (fot. Media_Photos / Shutterstock)
Obecne rozwiązania opisanego problemu, jeśli gdzieś są, to zbyt drogie, rozproszone i niewystarczające. Sam system oferuje z kolei rozwiązania niekiedy wręcz fasadowe. Przykładem mogą być wakacyjne dyżury przedszkoli (np. w Warszawie zapisy na 3-tygodniowe tury). W praktyce to logistyczny koszmar.
Jeśli rodzic chce zapewnić opiekę przez całe lato, dziecko musi zaliczyć np. trzy różne placówki. Dla małego człowieka, który potrzebuje stabilizacji i trudnego procesu akomodacji, rzucanie co trzy tygodnie w nowe środowisko, do nowych wychowawców i obcych dzieci – od razu na cały dzień – jest ogromnym obciążeniem emocjonalnym. A co, jeśli dziecko z braku miejsc na dyżur się nie dostanie, co nie jest rzadkie? Co w przypadku nagłej zmiany planów zawodowych przez pracodawcę? Co z rodzinami, które z powodów życiowych przeprowadzają się między miejscowościami tuż po oficjalnych rekrutacjach? Takie osoby są przez system całkowicie marginalizowane.
Nastolatek sam ze sobą
Problem nie znika, gdy dziecko kończy 10 lat. Starsze dzieci i niepełnoletnia młodzież również zostają bez systemowego wsparcia podczas ferii czy wakacji. Co ma robić nastolatek przez dwa miesiące w pustym mieszkaniu, gdy rodzice pracują? Rzadko kogo stać na ciągłe podróżowanie. Brak zaś masowej, bezpłatnej lub taniej oferty atrakcyjnych i jakościowych półkolonii, zajęć sportowych czy warsztatów sprawia, że domowa samotność jest masowo zagłuszana przez ekrany smartfonów i komputerów.
System nie widzi potrzeb nastolatków, oferując jedynie incydentalne, lokalne programy zamiast rozwiązań ogólnokrajowych. Dla dzieci ogarnięcie czegoś jest względnie łatwiejsze: tu plac zabaw, tam półkolonia. A co ma ze sobą w mieście zrobić nastolatek, który z różnych względów nigdzie nie wyjeżdża?
Neuroatypowość i samotne rodzicielstwo – wyzwanie do potęgi
Opisany wyżej model zakłada sytuację idealną: dwoje zdrowych rodziców i jedno zdrowe, w pełni współpracujące dziecko. Dzisiejsza rzeczywistość jest jednak inna. Gwałtownie rośnie liczba diagnozowanych dzieci neuroatypowych (w spektrum autyzmu, z ADHD, z zaburzeniami sensorycznymi), które wymagają szczególnej uwagi, cierpliwości i stałej rutyny. Zmiany placówek podczas dyżurów wakacyjnych są dla nich barierą nie do przejścia.
Przeczytaj także: Katastrofa demograficzna puka do drzwi. „Rodzina powinna być centrum polityki państwa”
Do tego dochodzi ogromna grupa rodziców samotnie wychowujących dzieci. Dla nich samotne zderzenie z 70 dniami wolnymi od szkoły w roku to sytuacja bez wyjścia. Polski system edukacji i opieki społecznej wyraźnie nie radzi sobie z tym wyzwaniem. Brakuje realnej opieki wytchnieniowej – miejsc i profesjonalistów, którzy pozwoliliby wycieńczonemu rodzicowi na chwilę regeneracji, bez strachu, że straci pracę z powodu kolejnego urlopu na żądanie.
Potrzeba zmian i jeszcze raz zmian
Obecna organizacja oświaty i opieki jest archaiczna, a państwo wydaje się zupełnie nie mieć pomysłu, jak ten realny problem rozwiązać. To bezpośredni kamyczek do ogródka Ministerstwa Rodziny i Polityki Społecznej. Może zamiast tworzenia kolejnych fasadowych programów i pustych haseł urzędnicy resortu powinni wreszcie zająć się czymś naprawdę sensownym?
Mając w perspektywie pogłębiający się katastrofalny niż demograficzny, najwyższy czas pomyśleć o powołaniu do życia nowych, wyspecjalizowanych instytucji opiekuńczych. Nie trzeba do tego budować nowych kosztownych obiektów. Państwo powinno wykorzystać już istniejącą, potężną infrastrukturę szkół, które w okresach feryjnych stoją puste. Co więcej, w dobie mniejszej liczby uczniów warto rozważyć zaangażowanie do tych zadań zwalnianych lub niedociążonych pracą zasobów personalnych – nauczycieli, pedagogów czy pracowników administracji szkolnej, oferując im dodatkowe, atrakcyjne finansowo umowy na czas przerw od nauki. Stoimy w rozkroku: trudno obciążać sam system oświaty i dyrektorów szkół zadaniami czysto opiekuńczymi w wakacje.
Jednak stworzenie odrębnego, systemowego programu opieki całorocznej w murach tych szkół jest niezbędne, jeśli realnie chcemy zwiększyć dzietność. Dzisiaj, gdy młodzi rodzice są uwiązani gigantycznymi kredytami hipotecznymi, praca stanowi dla nich absolutny i bezwzględny priorytet. Nie mogą z niej zrezygnować ani ryzykować konfliktu z pracodawcą. Dopóki Ministerstwo Polityki Społecznej nie zrozumie, że elastyczna, całoroczna opieka nad dzieckiem to fundament bezpieczeństwa ekonomicznego rodziny, lęk przed logistycznym paraliżem skutecznie zablokuje decyzje o drugim czy trzecim dziecku. Oczywiście nie jest to jedyna przyczyna niskiej dzietności, ale na pewno jedna z tych, o których mówi się zdecydowanie za mało.

